Ernest Skalski: Czy warto urządzać się w czarnej dupie?

2017-05-27.

To zależy w dużym stopniu od tego jak przebiegną lata 2018 i 2019, czyli od wyników wyborów samorządowych i parlamentarnych. Od tego ile władzy będzie miał PiS w samorządach i od tego czy utrzyma on władzę w państwie. Nie wiemy jak będzie, lecz co nieco możemy założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa. Taką, która upoważnia do budowania planów.

Nie folgujemy więc ad extremum katastroficznej wyobraźni, zwłaszcza przed nocą. Grzegorz Sroczyński, jeden z filarów lewicy w „Gazecie Wyborczej” przedstawił sytuację, która wymusi powstanie przy premierze Kaczyńskim rządu ocalenia narodowego z udziałem wszystkich znaczących sił politycznych, w tym oczywiście opozycji. Nie trzeba mówić jakie i z której strony byłoby to zagrożenie. Zapewne Jarosław Kaczyński widziałby się w roli takiego przywódcy narodu w dramatycznym momencie, w którym by go ojczyzna musiała wezwać na ratunek. I pracuje na rzecz tego dramatu. Rząd osłabia pozycję naszego państwa, oddalając się od naszych sojuszników, osłabia też bezpośrednio naszą obronność. Teraz więc, aby perspektywę takiej, niechby hipotetycznej, sytuacji oddalić, trzeba państwo spod władzy Jarosława Kaczyńskiego wyzwolić.

Demokracja, durniu!

Jak? Najlepiej – a innego wariantu nie chcemy i nie przewidujemy – drogą wyborów, po których PiS pozostanie w parlamencie, może nawet jako najsilniejsza partia – wszak jego elektorat nie zniknie – ale nie będzie rządzić. A na jakie wybory się zanosi?

Co najmniej 45 – 48 procent uprawnionych nie będzie głosować, bo nie głosuje stale i nie zanosi się na wstrząs, który by mógł to zmienić. Dalej; PiS utrzyma swój ideowy elektorat z jakimiś przyległościami i w skali kraju może liczyć na 27 – 35 procent głosujących. Czyli NIEPIS miałby przewagę liczebną, z czego wcale nie musi wynikać odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Ten NIEPIS to niejednolity zbiór i nie wiadomo jak liczny okaże się w nim ANTYPIS, motywowany w pierwszym rzędzie zamiarem odsunięcia od władzy Kaczyńskiego. Bo są też tacy, dla których nie to jest najważniejszym i najpilniejszym zadaniem, a ich podstawową motywacją jest realizacja celów, które są ważniejsze akurat dla nich. To zdobywanie i umacnianie pozycji swojego ugrupowania. Od razu wskazuję Razem, a od paru dni – choć może jednak nie – Nowoczesną. Robią to kosztem PiS, lecz niekoniecznie i nie tylko, bo w pierwszym rzędzie kosztem konkurentów w opozycji, z czego niewątpliwie korzysta PiS.

Przy typowym dla demokratycznych – wciąż jeszcze! – społeczeństw rozkładzie głosów, wynik zależy od aktualnej decyzji stosunkowo niewielkiego centrum. W wyborach prezydenckich 2015 Komorowskiemu zabrakło do Dudy wszystkiego trzech procent – 518 tysięcy głosów. Ale już w październikowych wyborach parlamentarnych NIEPIS był o ilość wyborców tego centrum liczniejszy od PiS i przegrał!

W polityce bowiem nie wolno zapominać o realiach, czyli o ordynacji wyborczej i zasadzie d’Hondta. Dzięki niej PiS z przyległościami Gowina i Ziobry zdobył 5,7 miliona, czyli 37 procent głosów, a uzyskał w Sejmie 51 procent mandatów. I władzę. Co więc z tego, że Platforma, Nowoczesna, Zjednoczona Lewica i PSL zebrały łącznie 7,2 miliona głosów, co daje 44,2 procent całości? Podzielona demokratyczna większość przegrała ze zwartym antysystemowym ugrupowaniem. Skupienie głosów na liderze tego zbioru, lub demokratyczna koalicja wyborcza korzystająca z metody d’Hondta, i nie bylibyśmy w tej czarnej d… PiS byłby, owszem, największą partią i frakcją w parlamencie, Kukiz by rozrabiał i szkodził, lecz byłaby to OPOZYCJA! A Polska byłaby nadal szanowanym w Europie – i szerzej – państwem prawa!

A zatem sposobem PiS na utrzymanie się przy władzy niekoniecznie jest zmiana ordynacji, cuda nad urną, terror, ale głupota i zaślepienie opozycji. NIEPIS choć większy od PiS znowu może nie starczyć, jeśli będzie podzielony i w wyborach będzie przegrywać z PiS.

Potrzebny jest poszerzony ANTYPIS. Nie musi być więcej tych, który nie głosują na PiS. Musi być więcej, może o jakieś dwa – trzy miliony tych, którzy przed wszystkim innym chcą zaprzestania niszczenia Polski przez PiS. Tak więc odsunięcie od władzy Prawa i Sprawiedliwości wymaga spełnienia tych warunków, których zabrakło w roku 2015. Musi się znaleźć partia czy koalicja – wyborcza – wyborcza, durniu! – która zbierze więcej głosów niż PiS i KUKIZ i której zasada d’Hondta zapewni większość mandatów. Dixi.

Wkurwieni:

Z czasów PRL zapamiętałem czyjąś uwagę, że jak po kolejnym wrednym posunięciu władzy, następuje okres względnego pokoju, to ona tego długo nie wytrzymuje i musi znowu wbić ludziom kolejną szpilę w dupę. Przy władzy PiS nie ma tych okresów spokoju.

Nie ma, nie było i zapewne nie będzie w świecie władzy, która by różnym grupom nie dawała powodów do niezadowolenia. Przy umiejętnej polityce jakoś ona to niezadowolenie ogranicza, dzieli, rekompensuje, zagaduje. Trzeba wyjątkowego antytalentu do rządzenia by się narażać jednocześnie tak licznym grupom społecznym. Nie tylko tymi posunięciami, które PiS wykonuje. Lecz także tymi, które bezmyślnie zapowiada. Władza przy tym o nikim nie zapomina. A poddani powoli zaczną sobie zdawać sprawę, że to właśnie jest dobra zmiana.

  • Podobał mi się wielki, wspaniały świerk i kombinowałem jakby tam, na działce naprzeciw mojego domu, ktoś mógłby postawić dom bez wycinania tego drzewa. Już ten świerk leży. Wielu, jak ja, czuje się okradzionymi przez lex Szyszko i jesteśmy wkurwieni na władzę. A ci którzy dzięki PiS już wycieli co mieli wyciąć, mogą już nie mieć interesu w bronieniu tej władzy. Wdzięczność jest bardzo słabą walutą w polityce.
  • Mój wnuk, uczeń szóstej klasy, cieszył się, że za kilka miesięcy zostanie gimnazjalistą. Pięcioletnia wnuczka cieszyła się że z przedszkolaka zostanie uczennicą. Zmartwienie dla kilku osób w rodzinie. Ale nie tylko. Ponad 900 tysięcy obywateli domaga się – na piśmie – referendum w tej sprawie. Rwą sobie włosy nauczyciele, dyrektorzy i samorządowcy. A pandemonium zacznie się przy rozpoczęciu roku szkolnego. I do tego, tak jak trudno było kiedyś znaleźć logiczne argumenty za wprowadzeniem gimnazjów, tak teraz trudno je znaleźć na rzecz ich likwidacji. Dla wielu deforma oświaty będzie wystarczającą przyczyną by nie głosować na PiS.
  • Płacę ciężkie pieniądze za całoroczne trzymanie łodzi w przystani na Mazurach, po których żegluję już ponad sześćdziesiąt lat. Nie wiem ile teraz, po podniesieniu cen „za wody” będę płacił i czy przystań nie będzie musiała być zamknięta. Żeglujących w są w Polsce chyba miliony. Większość czarteruje łódki. Czartery będą musiały znacząco podrożeć, cumowanie w przystaniach też. Wątpliwe aby ten biznes, a więc i ten sposób rekreacji utrzymał się w dotychczasowych wymiarach. Czy wypchnięci z Bełdanu będą żeglować na Wyspach Dziewiczych?
    Niewykluczone, że może za tę perspektywę akurat odpowiada nie PiS, a jakaś regulacja unijna, ale odium spadnie na aktualną władzę.
  • Podobnie może być z drożejącymi raz po raz opłatami za AC i OC, co przy samochodzie w każdej – statystycznie – rodzinie dotyczy prawie wszystkich.

Wymieniłem krzywdy, które akurat mnie, wśród wielu, wielu innych, spotykają. Ale to przecież daleko nie koniec.

  • 500+ to już jest 490+, a jeśli uwzględnić to, co najbardziej drożeje, to nawet nieco mniej. W drugim roku funkcjonowania to już nie jest dar serca Prezesa. To się należy. Opozycja zarzeka się, że tego nie cofnie, a może coś nawet dorzuci. Natomiast władza zapowiada pewną ograniczającą modyfikację. Można się bać. Chwyt z 500+ przestaje być plusem dodatnim dla PiS, a od początku był ujemny dla tych którzy się nie załapali i mają podstawy by uważać, że ich sytuacja do tego by ich upoważniała. W dodatku ktoś ma tę dotację stracić, a nie wiadomo kto. Nawet wielu obdarowanych może się czuć niespokojnie.
  • Na minimalnej stawce godzinowej – 13 złotych – i minimalnym uposażeniu – 2000 – jedni skorzystali, inni przez nią stracili pracę. Większość, chyba, wraz z pracodawcami kombinuje jak zachować pracę, z płacą poniżej tej stawki, na którą firmy nie stać.
  • Powrót do wcześniejszych emerytur jawi się jako plus, dopóki emeryci, a szczególnie emerytki, nie zetkną się z ich wysokością. To zacznie się już w najbliższej jesieni, a potem będzie tylko gorzej i gorzej.
  • Problem górnictwa węglowego może nie interesować bezpośrednio większości ludzi. Lecz jego koszty wliczone w rosnącą cenę prądu – już tak. Za tę cenę jednak nie zadowoli się górników, bo nawet państwowa energetyka nie utrzyma całej branży węglowej, a w niektórych kopalniach po prostu nie będzie co wydobywać. Napięta sytuacja nie ustąpi.
  • Apteki. Farmaceuci, którzy zdążyli założyć ten biznes zostaną być może wyborcami PiS. Ale jest ich garstka w porównaniu z milionami, które stracą możność szukania tańszej apteki i dołożą do tego interesu.
  • Służba zdrowia. Grosza nie przybędzie. Od samego mieszania przez dr. Radziwiłła ta herbata będzie tylko zdecydowanie mniej słodka. Prywatna medycyna odsunięta od zasilania z kasy, która zastąpi NFOZ, stanie się droższa i zmuszona będzie zmniejszyć zakres świadczeń. Zwiększy się nacisk na placówki sieci, mające stały, większy dopływ pieniędzy i mniejsze zainteresowanie w obciążaniu się pracą z pacjentami.
  • Sądy. Przegrupowania organizacyjne i personalne, mianowanie lojalnych prezesów i dyrektorów nijak się ma do usprawnienia pracy sądów, a w szczególności do przyśpieszenia procedury. Zaś bajzel okresu przejściowego dodatkowo zwiększy zaległości.
  • Jeśli nie brać pod uwagę wzmożenia pod hasłami; „Nie rzucim ziemi” , „Chłop potęgą” , to nie bardzo wiadomo kto i jak może zyskać na ograniczeniach w obrocie gruntami rolnymi. Natomiast stracą ci, którzy nie będą mogli zawrzeć transakcji, czy wziąć kredyt pod zastaw własności, nie podlegającej zbyciu.
  • Przedsiębiorcy nieustannie słyszą od wicepremiera Morawieckiego o ułatwieniach. Na razie wielokrotnie wydłużył się okres rejestracji VAT.

Każdy prowadzący interes stara się zapłacić mniejszy podatek niż większy i jeśli nie narusza prawa to jego prawo. Teraz jeśli fiskus uzna, że tzw. optymalizacja podatkowa była jedynym celem operacji, to stanie się ona nieważna chociaż legalna. Ocena należy do fiskusa, odwołania nie ma. Zostaje sąd, praktycznie: pisz na Berdyczów.

Budżet z trudem zbiera na 500+, a od jesieni będzie problem z przyśpieszonymi emeryturami. Nacisk na podatników – przedsiębiorców coraz większy. Kontrole miały zelżeć, nic z tego. Mają wędrować do fiskusa dane z każdego dnia. Pracodawcy narzuca się wysokość płacy, inspektor pracy może w prywatnej firmie zmieniać formę zatrudnienia. ZUS może ściągać z jednej firmy zaległości innej.

  • Wypłaty środków z UE opóźniają się, bo nowa administracja się nie wyrabia. Polityka PiS nie pobudza hojności Unii. Pobudzi to antyunijną propagandę, ale beneficjenci bardziej cenią euro niż radość z wstawania z kolan.
  • Sukces czarnego protestu nie pozwala uspokoić się i udobruchać uczestniczkom. PiS tylko zatrzymał natarcie, lecz nie zarządził odwrotu. Kościół, ze swymi strukturami pro life nie odpuszcza, więc władza gra na zwłokę, ale nie odstępuje od zamiaru. Trwa napięcie. Obie strony konfliktu są oburzone na PiS.
  • Bezhandlowe niedziele. PiS kluczy, bo wie czym to grozi, ale nie może się zdecydować na decyzję: wprowadzić czy zrezygnować. Miliony zagrożonych w swych nawykach niedzielnych bywalców galerii, ci pracownicy tychże, którzy boją się utraty pracy – to jedna strona. A z drugiej; Kościół i „S” dla których ten zakaz to sprawdzian ich siły oraz drobni sklepikarze, liczący na dzień bez przemożnej konkurencji. Tu też władza naraża się wszystkim jednocześnie.
  • I podobnie wygląda na odcinku samorządowym. Kaczyński pochłonięty przez Grosspolitik wie, że musi opanować wszystko, a więc i samorządy, ale nie zdawał sobie chyba sobie sprawy dla jak wielu struktur i ludzi istotna i ważna jest ich autonomia. Jak wielu interesom on zagraża. Poniósł tu dwie spektakularne porażki. To wymuszona rezygnacja z ustawy metropolitalnej dla Warszawy i okolic oraz odstąpienie od zakazu startowania na trzecią i dalszą kadencję już w roku 2018. Lecz Prezes wie, że dopiero opanowanie samorządów będzie oznaczać, że opanował Polskę. Na razie ogranicza ich uprawnienia na rzecz władzy centralnej. I wszyscy wiedzą, coś jeszcze wymyśli.
  • Wreszcie Opole. Jednym go będzie brakować. A nawet ci, którzy są w stania przeboleć jego brak, dostrzegają medialną wpadkę. Jacek Kurski raz jeszcze udowodnił, że jeden gorliwiec gorszy jest od dziesięciu sabotażystów.

Wymienione wyżej konflikty różnorakich grup społecznych z władzą w dużej części nakładają się na siebie. Zważywszy ich charakter, można stwierdzić, że wiele jest osób, które mają do władzy pretensje z kilku powodów naraz. Można twierdzić, że „prostego człowieka” nie obchodzi trójpodział władz czy kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, bo interesuje się tylko swoimi sprawami. W dużej części to prawda, ale PiS tym ludziom naraża się właśnie w tych ich sprawach. Z ich charakteru wynika, że większość związanych z nimi dolegliwości będzie z czasem coraz dotkliwiej odczuwana. A swego „prości ludzie” bronią zażarcie i tu – aborcja, samorządy – PiS musi brać na wstrzymanie. Ale i tak trudno mu będzie grać rolę przyjaciela ludu w walce przeciw postkomunistyczno– neoliberalnym „elytom”.

Benefis popaprańców

Można się nie przejmować konstytucjonalizmem, procesami zachodzącymi w Europie i świecie, ale nie sposób było przeoczyć głosowania 27:1. Tu już trzeba wyjątkowego oddania, nawet w ludzie pisowskim, żeby to uznać za sukces w ramach wstawania z kolan.

W ludzie opozycyjnym inaczej. Nie ma co ukrywać schadenfreude z kolejnych porażek PiS, lecz łączy się ona ze wstydem za Polskę, która staje się chorym człowiekiem Europy. A wstyd – twierdził Marks – jest uczuciem rewolucyjnym.

Wielką nadzieją PiS był Wacław Berczyński, któremu nie stało rozumu, by wiedzieć co mówi, kiedy i gdzie. Partii, która go wynajęła strzelił strasznego samobója, trafiając ją jednocześnie i w kolano i w stopę. MON czyli Antoni Macierewicz dementuje, kłamiąc, że Berczyński nie miał do czynienia z caracalami. Zatem Berczyński zmyśla. A w sprawie Smoleńska to co? Głosi prawdę, tylko prawdę i całą prawdę? Udało mu się jednocześnie pogłębić skandal z caracalami i skompromitować religię smoleńską, razem z jej arcykapłanem.

W najlepszym czasie dla PiS, w zamach wierzyła prawie jedna trzecia badanych. Przed rewelacjami doktora B. już tylko 18 procent. Teraz ta liczba nie musi się radykalnie zmniejszyć. Już jest chyba nie większa ponad liczebność sekty smoleńskiej, dla której zamach stanowi kanon wiary, nie poddający się faktom i logice. Znacznie więcej jest takich, którzy bronią się – sami przed sobą? – przed przyznaniem, że król jest nagi. Ci, którym trudniej, namiętnie żądają; prawdy, prawdy! Bardziej zdystansowani; może był, może nie był ten zamach, już nigdy się nie dowiemy. I uważają, że się im udało wywinąć.

Mnie się to podejście uparcie kojarzy z ordynarną góralską przyśpiewką:

Tam na polu, tam na równem,
Zabił baca bacę gównem.
A czy zabił czy nie zabił,
Ale bardzo go osłabił.

Istotnym rezultatem tego blamażu jest to, że w znaczącym stopniu psuje się wizerunek PiS. Zbiegło się ze sprawą Misiewicza i ujawnieniem rozdźwięku, a może konfliktu, między Kaczyńskim i Macierewiczem, czyli numerem jeden i numerem dwa – dwa i pół? – w strukturze władzy. Z podrygami Dudy, które mogą być planowaną zagrywką, ale też zapowiedzią jakichś prób zagrania na swój rachunek. Niezależnie od niepewnej przyszłości Macierewicza, ministrowie Waszczykowski i Radziwiłł zdają się być na wylocie. A jeśli nawet się ustoją, to są już to, wedle amerykańskiego określenia, kulawe kaczki. Słabe karty w talii Prezesa. Trudno sobie wyobrazić powtórzenie zwycięstwa z takimi asami jak Macierewicz, Waszczykowski, Radziwiłł, Szyszko. Może znikną krótko przed wyborami. Na tyle krótko, by ich następcy nie zdążyli się jeszcze narazić. Ze względów taktycznych Platforma powinna ponawiać wnioski o ich odwołanie, żeby PiS nie mógł się ich pozbyć.

Chociaż… W wyborczym roku 2015 nie eksponował się Jarosław Kaczyński. Kto teraz uwierzy, że głosowanie na PiS nie jest głosowaniem na rządy Kaczyńskiego?

W zeszłym roku rządziła zwarta, jednolicie zmotywowana kohorta, zagarniająca kolejne obszary. Teraz ta formacja jeszcze nadal prze do przodu, lecz coraz trudniej jej idzie. Jej walka o samorządy będzie trudna, a wynik niepewny. Społeczność sędziowska na pewno nie ulegnie w całości. Władza musi się na niektórych odcinkach hamować, niekiedy wycofywać.

Różnice zdań, wręcz spory, brak konsekwencji, rozterki są normalne w dniu powszednim zwyczajnej władzy, lecz grupa szturmowa w natarciu nie może sobie bezkarnie pozwalać na coś takiego. Jawi się jako mało skuteczna, niepoważna. Żelazny elektorat trwa, lecz inni zwolennicy słabną w swej motywacji, obojętni się zniechęcają, przeciwnicy – pozbywają się strachu. Znajduje to odbicie w sondażach. Są różne i zmienne. W ostatnich dniach PiS się znowu podciągnął, choć już nie do wcześniejszego poziomu. Suma sondaży pokazuje już dość jednoznacznie, że okres trwałej dominacji PiS minął. W jednym z sondaży miało zaledwie jeden punkt przewagi nad PO. Był i taki, w którym PO miała przewagę nad PiS! Tak słabej pozycji w półtora roku po wyborach nie miało dotąd żadne zwycięskie ugrupowanie. Póki co jednak, skóra jeszcze jest na niedźwiedziu, lecz Tysiącletniej IV RP raczej nie będzie.

Opozycja nie powinna się cieszyć przedwcześnie. Marne systemy potrafią się niekiedy trzymać u władzy długo. Przez pokolenia, aż się złożą różne warunki. PiS straci władzę nie wtedy kiedy naród pociągnie jakaś konkretna wizja szczęśliwej przyszłości bez niego. Wizja, która nigdy nie będzie wspólna dla wszystkich i która mało kogo spoza klasy politycznej będzie obchodzić. Straci władzę kiedy ludzie centrum, jeden – dwa miliony, ci którzy decydują o wyniku wyborów, zdadzą sobie sprawę, że przy Kaczyńskim już nie idzie wytrzymać. Trzeba myśleć jak to zrozumienie wyborcom przybliżyć i ułatwić, a nie uciekać od zgrzebnych realiów w przyjemną ułudę prac nad konstruowaniem nierealnej przyszłości.

Zawsze jednak musi być widoczny ktoś zdolny do przejęcia masy upadłościowej. I już widać, że PiS ma z kim przegrać. Pozostaje pytanie: KIEDY?

KOD zrobił swoje

Przez cały zeszły rok Schetyna, Petru, Nowacka, Kamysz, walcząc o uwagę w narodzie, zgłaszali się do Kijowskiego, by stanąć obok niego na trybunie i razem z nim pójść w pierwszym szeregu demonstracji KOD. W ostatniej demonstracji, zwołanej i firmowanej przez PO, Kijowski szedł z tyłu, wśród rzeszy demonstrantów. Sic gloria transit.

Położenie KOD zmieniło się w ciągu kilku miesięcy, głównie dlatego, że zmieniła się sytuacja polityczna. Powiedziałbym, że znormalniała. Perturbacje wewnątrz Komitetu – odsyłam koniecznie do tekstu Haliny Flis-Kuczyńskiej, „Strefy cienia w KOD” (Halina Flis-Kuczyńska: Strefy cienia w KOD) – zdecydowanie dołożyły się do tej zmiany. Mogło być lepiej, lecz generalnie to KOD w dużym stopniu sprawił, że skończył się okres przejściowy i polityka wróciła do partii, czyli polityki. I na tym KOD musiał stracić.

W pierwszych dniach po wyborach 25 października 2015 roku, mogło się wydawać, że rozpoczyna się era triumfu PiS oraz okres apatii i bezwładu potencjalnie opozycyjnego społeczeństwa. Że będziemy skazani na gadanie po kątach i podpisywanie apeli, które na nikim nie robią wrażenia. I będziemy lokować się w tej czarnej… „bo żyć trzeba”, „bo należy chronić materię”, co po roku 1945 mogło mieć jakiś sens.

Platforma przeżywała swoja porażkę, pognębiana gniewem za przegraną ze strony tych, którzy się na niej zawiedli, choć niekoniecznie na nią głosowali. Taka specyfika. Nowoczesna dopiero się wykluwała, zajęta sobą. PSL był marginesem politycznym, z bazą, którą mu wyszarpywał PiS, a mocne w gębie, rozproszone odłamki lewicy nie liczyły się w społeczeństwie i polityce.

Wtedy jednak pojawił się KOD i, niespodziewanie dla wszystkich, wyzwolił ogromny potencjał społeczny. Ruszyły się w różnych miejscach setki tysięcy ludzi. Każdy z nich przekonywał się, że nie jest sam w obliczu złej władzy, że jest jakiś podmiot który stoi po jego stronie i posiada znacząca siłę sprawczą, skoro porusza takie masy. Wystarczyło znaleźć się w takim zgromadzeniu, by odczuć jakieś podobieństwo – pośrednie, bynajmniej nie identyfikację – do atmosfery zgromadzeń podczas pielgrzymek Jana Pawła II w latach 1979, 1983, 1987. Pod warunkiem, że się je pamiętało. Stąd może nadreprezentacja ludzi raczej dojrzałych na tych demonstracjach. Może trzeba było pamiętać PRL, żeby widzieć do czego nawiązuje PiS i co się traci wraz z III RP.

A w wyborach, każdy głos jednaki, bez względu na pesel.

Okazało się i to nagle, że nie ma wszechmocnej władzy, która z nikim nie musi się liczyć, że istnieje duża, aktywna, opozycyjna część społeczeństwa, że może mieć legalną strukturę, dostrzeganą w Europie i w świecie. A to oznaczało, że istnieje, wyjawiony i wyzwolony przez KOD, kapitał społeczny dla politycznej opozycji. Czyli po prostu ludzie, jeśli nie członkowie poszczególnych partii, bo do tego się u nas nie kwapią, to ich zwolennicy i potencjalni wyborcy. A jak już taka prawdziwa partia – partia, a nie tylko część ruchu oporu, to ważne się stało jaka.

O partiach, zresztą, nieco dalej. Na razie jeszcze o KOD.

Tę swoistą rolę galwanizatora aktywności partii Komitet mógł spełniać przez to, że sam nie stał się partią, mimo iż były w nim takie tendencje. Przeciwstawiał się im skutecznie Mateusz Kijowski, wiedząc, że prowadziły by one do powstanie jeszcze jednej siły stricte politycznej, konkurencyjnej wobec innych, dzieląc jeszcze bardziej i tak już podzieloną opozycję. To było krytykowanym torpedowaniem inicjatyw w ruchu. Ponieważ jednak poparcie Kijowskiego liczyło się, partie konkurując między sobą, nie wchodziły w otwarte zwarcie. Dobrze to rokowało na przyszłość.

KOD też, w dużym stopniu dzięki Kijowskiemu – znów to torpedowanie – wystrzegał się przed radykalizmem, co pozwalało mu pozostawać szerokim ruchem. Ci którzy nie mieścili się w tym nurcie rozstawali się z Komitetem bez gniewu, jak chociażby Obywatele RP. Dla wielu jest robota w opozycji. Różna dla różnych i na tym między innymi polega jej siła i szansa. Mieści się tej palecie i KOD. Jako organizator protestów w różnych sprawach i w różnych miejscach. Można oczekiwać znaczącej roli jego struktur w przyszłorocznych wyborach samorządowych. Mogą one popierać różne demokratyczne siły, skłaniając je do wspólnego występowania. Mogą wchodzić do lokalnych komitetów wyborczych, czy nawet tworzyć własne. Trudno już dziś planować kampanię przyszłego roku, ale na pewno będzie potrzebna jedność opozycji i KOD może tu mieć rolę do odegrania. Pod warunkiem, że zachowa swój apartyjny profil i będzie podmiotem, z którym warto będzie się liczyć. Szansą na to mogą być odbywające się właśnie wybory lidera. KOD zrobił swoje, ale lepiej by nie odchodził.

Tu deklaruję się jako gorący zwolennik tego ruchu, uczestnik większości demonstracji, ale nie jego członek. Ciągle jestem dziennikarzem, choć już w węższym niż dawniej zakresie i pisząc o Komitecie nie chce być traktowany jak ten ptak, co to własne gniazdo kala albo zachwala. Gdybym jednak miał tę legitymację, to – z całym szacunkiem – w przeciwieństwie do pana Zbigniewa Szczypińskiego nie rzuciłbym jej w przypadku ponownego wybrania Mateusza Kijowskiego i tak samo nie rzucałbym przy wyborze Krzysztofa Łozińskiego, mając odmienną preferencję wyborczą od pana Dobiesława Pałeczki, którego opcji nie popieram, chociaż szanuję.

Jeśli chodzi o aferę fakturową i pochodne, to jeszcze raz się odwołuję do Haliny Flis– Kuczyńskiej na naszej stronie – patrz wyżej – i przywołałbym też rozmowę Jacka Żakowskiego z dr. Maciejem Bartkowskim, dyrektorem w waszyngtońskim Międzynarodowym Instytucie Konfliktu bez Przemocy, w 19– tym numerze „Polityki”. Polecam znalezienie w Internecie.

Na podstawie badań wielu tego typu organizacji dowiadujemy się, że wszystkie perturbacje – kryzysy, tarcia, skandale w KOD mieszczą się w jednakowym, powszechnie powtarzalnym schemacie. Można się oburzać, lecz nie warto się dziwić. Uspokaja? Uświadomienie sobie, że nie tylko my, lecz Malinowski z Wiśniewskim też muszą umrzeć, pozwala na dystans.

Gdy wybierano szefa mazowieckiego regionu KOD, mało kto znał kandydata p. Bilskiego. To było głosowanie za czy przeciw MK. Teraz Mateusz Kijowski kontra Krzysztof Łoziński to jest prawdziwy wybór. Trudny, lecz podnoszący rangę przedsięwzięcia i struktury, której dotyczy. Nie jest trudny jedynie przy motywacji; każdy, byle nie Kijowski! Co mimochodem uwłacza Łozińskiemu.

Znam obu i obu ich darzę szacunkiem. O Krzysztofie Łozińskim pisałem w SO; „Człowiek, który wymyślił KOD” LINK? – chociaż miał na myśli replikę Komitetu Obrony Robotników. Podobnie Mateusz Kijowski, który w planie miał kolejny klub dyskusyjny na fejsie, a wyszło co wyszło. Ceniąc obu – z całą sympatią, Krzysztofie – uważam, że na lidera masowego ruchu bardziej się nadaje Kijowski. Howgh!

Gdyby chodziło jedynie o kierowanie dziewięciotysięczną strukturą i jej aparatem, to chyba nadawałby się Krzysztof Łoziński, z jego walorami osobistymi i życiorysem, a nawet bez doświadczenia w kierowaniu ludźmi. I nawet z jego latami, których ma już ciut więcej niż wtedy kiedy się powoływał na nie, oznajmiając, że sam się swoim pomysłem nie zajmie. Istotą KOD nie jest jednak stricte Komitet, lecz tłumy, które jest on w stanie zmobilizować. Nie tylko KOD jest już w stanie je poderwać. I bardzo dobrze, im więcej tym lepiej, byle tylko ramię przy ramieniu, ewentualnie „wspólnie i w porozumieniu” jak napiszą prokuratorzy Ziobry. Ale na wiec PO może nie chcieć wychodzić zwolennik Nowoczesnej czy SLD. A na demonstracje Komitetu pewna ilość wyjdzie, niechby i mniej z powodu zniechęcenia Kijowskim.

Nie można wykluczyć, że PiS wyskoczy z jakimś numerem extra. Z czymś z zakresu gwałtu na ordynacji wyborczej, czy z użyciem jakiejś formy przemocy. Może to zresztą być jakiś zupełny drobiazg, który wyzwoli nagromadzone emocje. I wtedy będzie potrzebna mobilizacja wszystkich, którzy będą skłonni wyjść na ulice. Skala wystąpień ma wówczas decydujące znaczenie. Nikogo z opozycji nie powinno wówczas zabraknąć, a KOD najbardziej miałby się do czego odwołać. W moim przekonaniu, Mateusz Kijowski – taki jaki jest, ze wszystkim obciążeniami – lepiej niż ktokolwiek inny będzie/byłby wówczas najbardziej skuteczny. Będzie/byłby, bo gdy będziecie państwo to czytać kwestia może już być przesądzona.

Tempora mutantur

Mówimy o ustrojach politycznych – dyktatura takim ustrojem nie jest – gdzie są prawdziwe wybory, w których trzeba zabiegać o możliwie szeroki poparcie. Takim ciągle jeszcze jesteśmy. Otóż w takich wyborach przeważnie kształtują się dwie podstawowe siły, dwa podstawowe kierunki, które ogarniają większość sceny politycznej i dominują na niej, rządząc przemiennie. Przy czym schemat trwa przez pokolenia, lecz jego części składowe się wymieniają. W Anglii – klasyka parlamentaryzmu – przez pokolenia byli to Tories – konserwatyści i Whigs – liberałowie, którzy zostali zastąpieni przez Labour Party, socjalistów. W Niemczech są socjaldemokraci i chadecy SPD i CDU/CSU. W krajach skandynawskich socjaldemokraci i koalicje w założeniu przynajmniej konserwatywne. We Francji, która od Rewolucji 1789 przoduje politycznie kontynentalnej Europie, układ się właśnie przepoczwarza. Do niedawna składali się nań socjaliści i gaulliści w kolejnych wcieleniach partyjnych. Układ ten dotrwał do wyboru Macrona i może się ostatecznie załamać lub jeszcze utrzymać w wyborach parlamentarnych, co będziemy wiedzieli niebawem.

W wieku XIX i w początkach XX w Europie, w ramach demokratyzującego się systemu i coraz bardziej kapitalistycznej gospodarki były to, z grubsza walczące ze sobą politycznie, nurty; konserwatywny i – pod różnymi nazwami; liberałowie, radykałowie – nurt zmian. Znajdujący się poza tym układem socjaliści vel socjaldemokraci w założeniu mieli obalić ten system drogą rewolucyjną.

Nurt radykalny w ruchu socjalistycznym przekształcał się w komunizm, wywoływał rewolucje; poza Rosją – Węgry, Bawaria, co nurt umiarkowany w tym ruchu skłaniało do planowania zmiany ustroju drogą parlamentarną. Próbki mieliśmy w Chile z Allende i w Wenezueli z Chavezem.

W Europie ten nurt odchodził w ogóle od pomysłu zmiany ustroju, na rzecz akceptacji jego zasad i ulepszania go w pożądanym kierunku państwa opiekuńczego. Klasyczny manewr to program SPD z Bad Godesberg z roku 1959. W uproszczeniu, na Zachodzie ukształtowały się; partia wyższych świadczeń socjalnych i partia niższych podatków. Na spotkaniu w „Gazecie Wyborczej”, Angela Merkel, na krótko przed objęciem funkcji kanclerza mówiła, że statystyczny Niemiec zatrzymuje pięćdziesiąt centów z wypracowanego przez siebie euro, a jej zdaniem powinno to być sześćdziesiąt. To nie jest rów nie do przebycia. W tym czasie kanclerz z SPD, Gerhardt Schroeder wprowadzał Agendę 2010, ograniczającą politykę socjalną państwa. Przy tak niewielkich różnicach w Niemczech po raz drugi pojawiła się koalicja SPD z CDU/CSU. Rządzi do dziś i prawdopodobnie zostanie po tegorocznych wyborach. Niezależnie od tego czy wygra je Merkel czy Schultz.

W innych krajach nie było takich idylli, wymiana u władzy oznaczała zmiany, ale nie wstrząsy. Byłem w Danii na przełomie lat 1967 i 1968 kiedy kończyła się era rządów socjaldemokracji i po latach z przyjemnością stwierdzałem, że podobnie odbywają się zmiany władzy w IIIRP, jeśli nie uczestniczy w tym Prawo i Sprawiedliwość.

Po wyborach 2011 roku, wygranych ponownie przez Platformę, już bardziej centrową niż liberalną oczekiwałem – co chyba można znaleźć w SO – że jej zmiennikiem u władzy będzie podreperowane SLD, sprowadzone przez Millera, Hausnera, Belkę do roli partii władzy, bardziej centralnej niż lewicowej. A wyszło jak wyszło. Tym zmiennikiem okazał się PiS prawicowo-lewicowy, w gruncie rzeczy populistyczny, mieszczący się między ONR i Razem. Dwa w jednym, co czyni go silnym i groźnym.

Francuzi mają łatwiej, bo tam przypływ destrukcyjnego populizmu wzbiera dwoma nurtami. Ogromna przewaga Macrona nad Le Pen w drugiej turze dodaje otuchy, lecz przecież brakowało niecałe 4,5 procent głosów, aby do drugiej tury zamiast obecnego prezydenta wszedł lewicowy demagog i populista Jean-Luc Melenchon i nieszczęście gotowe. Jean-Luc i Marine w pierwszej turze zebrali łącznie dwa razy więcej głosów niż Macron. Nadzieja w tym, że trudno im się połączyć, chociaż przy zawirowaniach naszych czasów można sobie i coś takiego wyobrazić.

Nasze czasy to wiek XXI, w którym niesłychanego przyśpieszenia doznały: postęp technologiczny ze szczególnym uwzględnieniem komunikacji internetowej i wynikająca z niego globalizacja. Zostawmy sobie na później szukanie mechanizmu, który to przyśpieszenie cywilizacyjne przekłada na zmiany systemów politycznych Zachodu. Wystarczy powiedzieć, że kształtujący je podział na umiarkowaną liberalną konserwę i umowną lewicę ustępuje podziałowi na ruch liberalnej demokracji kontra populizm socjalny, który wszędzie jest ksenofobiczny i radykalny, a sięgać może po sztafaż i hasła zarówno lewicy jak i prawicy.

Można mieć nadzieję, że w jakiejś perspektywie ten radykalizm się stępi i, jak to było z socjalistami, ruch ten stanie się wymienianą w pokojowy sposób częścią establishmentu. Takim PiS bez Kaczyńskiego i Macierewicza. Ale nadzieja to nie pewność.

W Niemczech i w krajach skandynawskich dotychczasowy układ polityczny broni się skutecznie przed populizmem z obu stron i albo się utrzyma, albo nie. Może przemożne natarcie populizmu nie musi być nieuchronne, ale myśmy się przed nim nie uchronili.

Po szkodzie głupi?

Niniejszym przepraszam pana Grzegorza Schetynę – o ile trafi mu się ten tekst – bo jakiś czas temu poddałem w wątpliwość jego kwalifikacje na stanowisko, które zajmuje. Niesłusznie. Po owocach jego… Nadaje się! Platforma wyszła na prowadzenie. Wydaje się, mnie przynajmniej, że jest to normalne i pożądane.

Znajomej pani podoba się ostatnio Nowoczesna z jej zdecydowanie liberalnym programem. Mnie też. Ona uważa, że jest w Polsce wystarczająca ilość mądrych ludzi, by partia ta zajęła dobrą pozycję w wyborach, a potem niech każdy policzy swe szable i można będzie mówić o sensownej koalicji. Możliwe, a nawet prawdopodobne. Ale byłaby to koalicja w opozycji, nawet jeśli by zebrała łącznie więcej głosów niż PiS, który korzystając z systemu d’Hondta znowu zdobyłby większość w Sejmie, a nie daj Boże – nawet konstytucyjną. Nie zapominajmy przy tym o destrukcyjnym Kukizie ’15, który raz tak, raz owak, ale jak dotąd PiS z nim wychodzi na swoje.

Podobną drogę widzą przed sobą przyjaciele ludu z sercem po lewej stronie. Ci co za Nowacką lub za Zandbergiem. A w sumie to recepta na powtórzenie roku 2015 z jego porażką liberalnej demokracji, czy nawet z katastrofą konstytucyjną.

Mamy sytuację, w której opozycja ma zdecydowanego lidera. Można go przeciwstawić władzy i byłby on w stanie tę władzę przejąć, pod warunkiem, że go mniejsze siły opozycyjne poprą. To lepsze od sytuacji, w której PO i .N walczyły ze sobą o przywództwo w opozycji, a jej czołową siłą był szeroki ruch społeczny, które tę opozycję jakoś scalał, ale nie był predystynowany do zdobywania władzy.

Dlaczego właśnie Platforma? To zostawmy na kiedy indziej. Pomógł jej zjazd w dół Nowoczesnej. A ta zjechała nie z powodu osobistych perypetii lidera. One się tylko przyczyniły do tego. Za główną przyczynę można uznać to, że owo decyzyjne centrum wyborcze popiera raczej siły centrystyczne, a Nowoczesną uznało – i słusznie – za liberalną w sensie ekonomicznym i społecznym. .N wyciągnęła z tego wniosek i stała się… bardziej wyrazista w swoim liberalizmie. A zatem; koniec z 500+, znów podwyższamy wiek emerytalny, przechodzimy na euro, wprowadzamy związki partnerskie i separujemy państwo od Kościoła.

Wyrazistość jest dla małej partii sensownym sposobem zwracania na siebie uwagi i przyciągnięcie, niechby niewielkiej, części elektoratu, której jej program odpowiada. Nie powinno to przeszkodzić w zawarciu taktycznej koalicji wyborczej z Platformą, której to wsparcie jest potrzebne. W zamian .N może uzyskać jakiś udział we władzy – jeśli będzie zwycięstwo – i kompromis, dający realny wpływ na politykę, którego nie ma przy rządach PiS.

Platforma, z jej doświadczeniem politycznym, już wie, że w centrum, o które walczy, nie wystarczy „światłych i mądrych” by jej zapewnić zwycięstwo gdy wystąpi z programem takimi jak .N. Musi jak najmniej sobie zrażać. Jeśli większość nie chce uchodźców, euro, rezygnacji z 500+, związków partnerskich i konfliktu z Kościołem, to trzeba to uznać, jeśli chce się wygrać wybory. Wygrywając je weźmie Polskę ze straszliwym bagażem, ale może powstrzymać dalsze jej psucie. Demokratyczna opozycja, przejmująca władzę w roku 1989, przejmowała ją z jeszcze większym bagażem po prawie pół wieku realnego socjalizmu.

Kiedy lider prowadzi atak na bramkę, to członkowie drużyny nie podstawiają mu nogi, lecz grają na niego, nawet jeśli się potknie. Chyba, że maja ego większe od celu jakim jest wynik meczu. Wciąż polskie piekło? W kręgach postępowej inteligencji, która swój punkt widzenia uważa za powszechny, Platforma, jak na razie, ma przechlapane. Może przejdzie, a może nie będzie miało większego znaczenia.

Mnie też najbliżej do Nowoczesnej w jej najnowszym wariancie. Ale, pamiętając o ordynacji, głosować będę znów na Platformę, jeśli nie powstanie koalicja wyborcza – WYBORCZA! – sił demokratycznych. To jest jedyna szansa i to daleko niepewna, że uda się odsunąć od władzy PiS już w roku 2019. Jeśli zostanie na kolejną kadencję, to dla wielu wahających się czy nawet dzisiaj jeszcze niezłomnych odpowiedzią na tytułowe pytanie stanie się TAK!

Ernest Skalski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.0/10 (24 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +19 (from 27 votes)
Ernest Skalski: Czy warto urządzać się w czarnej dupie?, 9.0 out of 10 based on 24 ratings

15 komentarzy

  1. PIRS 2017-05-27
    • BM 2017-05-27
    • jacekm 2017-05-27
    • bisnetus 2017-05-28
  2. PIRS 2017-05-27
  3. Zbyszek123 2017-05-28
  4. Sir Jarek 2017-05-28
  5. Obywatel RP 2017-05-28
  6. elpi 2017-05-29
  7. hazelhard 2017-05-29
  8. andrzej Pokonos 2017-05-30
  9. slawek 2017-05-30
  10. slawek 2017-05-30
  11. hazelhard 2017-05-30
  12. emwe 2017-05-31