Krzysztof Mroziewicz: Plastiki

Print Friendly, PDF & Email

2017-06-06.

Brud to dodatek psujący doskonałą całość. Zdanie, które jest niezgrabne, warto zaadiustować. Samolot, który drga w powietrzu, trzeba wyprowadzić z turbulencji.

Gdybyśmy w spektaklu „Plastiki” mieli do czynienia z takimi „brudami” a ściślej – „nad-brudami”, zwykła sprzątaczka by ich nie wyczyściła. Brud stylistyczny lub  komunikacyjny różni się od plamy po kawie na kartce maszynopisu czy keczupu na fotelu w samolocie.

Jan Gondowicz robi z „Plastików” traktat o czystości, powołując się na Kafkę i Gombrowicza a także na Jolantę Brach-Czainę. Tymczasem autor, Marius von Marienburg, mówi wyraźnie o braku dezodorantu w torebce wynajętej do sprzątania dziewczyny z Polski. Traktat o czystości przedstawiony w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy unosi  się dumnie nad prozaiczną opowieścią  z czterech ścian mieszkania, w którym rozegrano  niemiecką wersję „Miedzy nami dobrze jest”. Kafka i Gombrowicz – oczywiście. Ale i Masłowska.

W spektaklu występuje pretensjonalny  bęcwał Serge Haulupa, artysta czyniący sztukę. Genius loci Teatru Dramatycznego sprawia, że idąc na spektakl przechodzimy obok miejsca, gdzie znajduje się wystawa dzieł prawdziwego bęcwała, Andy’ego Warhola. Haulupa to jego odmiana. Przy okazji – z ukłonem dla pana Gondowiczowej interpretacji gry słownej Hau Lupa  – przywołam Józefa Chałupkę, który też zrobił światową karierę, jednakże pod uwierzytelnionym jako nazwisko pseudonimem. Zamiast ducha Gombrowicza wolałbym znaleźć w tym spektaklu autobus z Siemiatycz wiozący Polki do pracy w Brukseli i drugi, pełen Ukrainek, jadący z Równego do Warszawy. Z tym, że wtedy byłby to  film a nie teatr.

W spektaklu występuje nieznośny nastolatek z kapturem na głowie, który eksperymentuje z ukradzionym lakierem do paznokci i pod koniec spektaklu pojawia się w sukience. Genis loci sprawił, że idąc na spektakl do  teatru przechodziliśmy przez tęczowy tłum Parady Równości. Kiedy na scenie szokuje rodziców chłopiec – nastolatek w sukience, mamy wrażenie, że przyszedł nie z kart dramatu a z placu przed teatrem.

Jeśli utwór Mariusa von Marienburga, skądinąd tłumacza Szekspira, ma być interpretowany za pomocą cytatu z Kafki, trzeba znaleźć zawieszoną nad spektaklem równoległość języków tego autora i na przykład Habermasa (jak w „Zdziczeniu obyczajów powszechnych” poszukiwalibyśmy, idąc tropem Gondowicza, neologizmów Leśmiana i ich odpowiedników u Heideggera).  A to się nie uda, bo wtedy nie wiadomo, co zrobić z Masłowską, czyli piętnastoletnim uczniem, który podgląda i fotografuje nagą Karolinę Bacię. I jak czytać wrzask niedokochanej żony Lekarza Bez Granic Oj-boli, który boi się eboli. Przy okazji – twórcy pozwolili sobie na aluzję polityczną: bouillabaisse jedzą… widelcem.

Tropienie podobieństw jest zajęciem pouczającym. Kiedy porównamy techniki pisarskie Kraszewskiego i Prousta, łatwo dostrzec brak między nimi różnicy. Mamy tam jednak „nad-różnicę”, tę, która występuje między poobijaną w wojnach Francją i ówczesnym Brakiem Polski. Między „Plastikami”, którzy są polskimi „słoikami”, różnica – wszelkie proporcje zachowawszy – jest taka, jak między panią kanclerz Angelą Merkel i panią premier Beatą Szydło.

Recenzja – jeśli to recenzja –byłaby niekompletna bez jeszcze jednego zdania, które zachęca do wizyty w teatrze lub do niej zniechęca: wybierzcie się. Jest to dobrze napisana i dobrze zagrana komedia, którą Grzegorz Chrapkiewicz wystawił jednocześnie na dwa sposoby: tak jak chce Jan Gondowicz, którego cenię, i tak, jak uczyniłem to ja.

Krzysztof Mroziewicz   

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 6.7/10 (6 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 6 votes)
Krzysztof Mroziewicz: Plastiki, 6.7 out of 10 based on 6 ratings

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com