Jerzy Łukaszewski: Na moczarach

2017-06-15.

C:\Users\Lenovo\Desktop\a2.jpgOczywiście tekst nie będzie dotyczył tow. Mikołaja Demko vel Moczara choć i on przychodzi na myśl kiedy co chwila słyszy się „Ja, jako …” itd., który to zwrot przeszedł do historii humoru ludowego po przeczytaniu pierwszego zdania z „Barw walki”.

Moczary, te prawdziwe, kojarzą się z grząskim gruntem, brakiem stabilnego oparcia, ryzykiem poruszania się w przestrzeni, czyli mniej więcej tym z czym mamy do czynienia od dłuższego czasu, a co całkiem dopiero niedawno i boleśnie sobie uświadomiliśmy.

Bywa, że oprócz bojowych pohukiwań naszą reakcją jest poszukiwanie rozwiązań systemowych, które zabezpieczyłyby nas na przyszłość przed plagami egipskimi podobnymi do obecnie przeżuwającej nasz kraj. Oczywiście – przy założeniu, że jest jakaś przyszłość.

Na ogół wtedy jednym z pierwszych pojawiających się haseł jest edukacja.

Trudno się dziwić. To rzeczywiście najważniejszy obszar jeśli ktoś myśli na dystans dłuższy niż koniec własnego nosa i sięga wyobraźnią dalej niż dzień jutrzejszy.

Tyle, że podstawą jakiejkolwiek akcji naprawczej jest rzetelna diagnoza, opis stanu obecnego, bez upiększeń, chciejstwa, spoglądający prawdzie w oczy, choć polska prawda najczęściej bywa zezowata, co utrudnia nieco kontakt wzrokowy.

Przywykliśmy do myśli, że żyjemy między ludźmi mniej więcej wykształconymi i niechętnie godzimy się na stwierdzenie, że pokłosie działań edukacyjnych ostatnich lat kilkudziesięciu nie przyniosło rezultatów spodziewanych. Być może spodziewanych na skutek owego polskiego chciejstwa.

Jadąc ostatnio trolejbusem wysłuchałem z wielkim zainteresowaniem rozmowy dwóch pań o spełniających się wróżbach Cyganki spod hali targowej. Opowiadanie było serio z dodatkiem szczegółów z życia jednej z rozmówczyń i przyjmowane z równą powagą przez słuchaczkę.

Powiecie, że to incydent, przypadek odosobniony, osoba z gatunku moherus non sapiens itd.

No to idźmy w inne miejsce, opanowane w większości przez ludzi młodych. Na Allegro sprzedający odmówił realizacji transakcji, ponieważ zwycięzca licytacji miał w nicku liczbę „666”. Żart? Wcale nie, sprawa oparła się o zarządzających serwisem, którzy ostatecznie przyznali rację sprzedającemu. „666” nie kupił wylicytowanej wędki.

Mógłbym tak bardzo długo, ale nie w tym rzecz.

Kiedy się dobrze rozejrzeć tego rodzaju sprawy zaczynają się pojawiać wręcz masowo, widać to choćby po komentarzach w Internecie. I nie chodzi o czyjeś durne poglądy, ale o zasób wiedzy, którym komentujący nie dysponuje zabierając głos.

Czy Rysy leżą gdzieś na Śląsku? Może ktoś podpowiedzieć? Pomoc jest konieczna, bo akurat ten problem roztrząsało w mojej obecności dwóch licealistów i to na dodatek takich, którzy latem … wybierali się w góry.

Sądzicie, że przytaczam przykłady drastyczne? A skąd! Uczeń gimnazjum, którego wzięła pod opiekę korepetytorską emerytowana nauczycielka przyprawia ja o dreszcze pytaniami typu: – A co to jest szkapa? Dodam – uczeń ma całkiem dobre oceny na świadectwie.

I nie ma się co znęcać nad minister Zalewską, bo nie sądzę by ona była w stanie zrobić coś gorszego, niż już zrobiono, a czego efekty potrafią przyprawić o zawrót głowy.

A kiedy się pomyśli, że to towarzystwo po ukończeniu 18 lat otrzymuje prawa wyborcze, to przestaje dziwić, że wybierani są ludzie, na widok których człowiek odruchowo wyłącza telewizor.

Frasyniuk to złodziej, który ukradł 80 milionów „Solidarności” i założył za nie firmę transportową. Prawda to czy nie? Znajdziecie państwo w Internecie gorących obrońców tej tezy i nie będą to wcale PiS-owscy płatni hejterzy.

Jest w tym wszystkim jeszcze coś o czym rzadko rozmawiamy.

Nasze narzekania i zbawienne recepty na ogół mają to do siebie, że pozostają w sferze dyskusji tak, jak gdyby znalezienie genialnego rozwiązania było wystarczającym powodem do dumy i nie wymagało już realizacji w praktyce.

Tymczasem druga strona nie zasypia gruszek w popiele i ciężko pracuje na tym polu i to od lat. Nie zauważyliśmy/nie chcieliśmy tego zauważyć w porę. Szkoda, bo może zwycięstwo Pis i jego wciąż wysokie notowania nie byłyby wówczas takim zaskoczeniem.

Z racji wykonywanych obowiązków śledzę tzw. politykę historyczną obecnej ekipy i muszę powiedzieć, że należą się jej realizatorom słowa uznania za konsekwencję w działaniu, której darmo by szukać po naszej stronie barykady.

Ostatnio zajmowałem się nieco kontrowersjami dotyczącymi II wojny św. Na Pomorzu, a konkretnie sporem między Józefem Dambkiem a Józefem Gierszewskim z dowództwa „Gryfa Pomorskiego”, który to spór zakończył się wyrokiem sądu organizacyjnego na Gierszewskim, wyrokiem śmierci wydanym z inicjatywy Dambka, a wykonanym w dość niejasnych okolicznościach.

Od kilkunastu lat bratanek Dambka, który startując w wyborach samorządowych z ramienia Pis opowiada, że „walczył w powstaniu grudniowym 1970”, robi ludziom wodę z mózgu wchodząc nawet nieproszony na czyjeś imprezy otwarte po to by opowiadać o swoim stryju i jego świetlanej przeszłości. Byłem świadkiem jednego z takich wejść, więc wiem co mówię.

Od lat co najmniej kilku nie ma publicznego zgromadzenia na Kaszubach, żeby nie pojawił się Dambek, a ostatnio także posłowie dojnej zmiany – Fotyga, Śniadek i in.

Ponieważ musiałem wyjaśnić swoim słuchaczom zagadkę tego sporu poświęciłem jej więcej czasu, niż zwykle.

Po pierwsze – zadałem sobie pytanie: dlaczego, skoro sprawa jest oczywista, ten pan tak zawzięcie walczy o pamięć swego stryja?

Otóż okazało się, że sprawa wcale nie jest taka oczywista jak się ją przedstawia.

Po drugie – dlaczego walcząc o dobre imię jednego z uczestników sporu nie poprzestaje się na przywołaniu sprawdzalnych faktów, a oblewa się kubłami pomyj drugą stronę, jak gdyby miało to być argumentem w dyskusji?

Po trzecie – dziwaczna, zachowawcza postawa historyków uniwersyteckich, którzy swe zdania wypowiadają tak oględnie i ostrożnie, jakby czegoś/kogoś się bali, a przecież to do nich powinno należeć rozstrzygnięcie sporu.

Najkrócej jak można: spór z czasów wojny polegał na tym, że Gierszewski – oficer rezerwy, jeden z założycieli „Gryfa” (podobnie jak Dambek) od 1942 roku optował za połączeniem pomorskiej organizacji z AK jako siłą zbrojną w kraju podporządkowaną legalnemu rządowi na emigracji. Dambek sprzeciwiał się temu, chcąc utrzymać niezależność (niektórzy twierdzą, że sprawa miała podłoże ambicjonalne).

Ponieważ jeden z panów był tzw. II prezesem „Gryfa”, a drugi (Gierszewski) jego komendantem wojskowym, spór musiał mieć konsekwencje dla całej kaszubskiej partyzantki.

Skończył się tragicznie i to nie tylko dla Gierszewskiego, któremu Dambek zafundował wyrok śmierci.

Wyrok oficjalnie uzasadniono „niesubordynacją i prowadzeniem własnej polityki organizacyjnej”. Na tyle ogólnie by mogło się w tym zmieścić wszystko.

Najwyraźniej nie wszyscy podzielali zdanie Dambka, bo natychmiast po wykonaniu wyroku na Gierszewskim odeszli z „Gryfa” jego najważniejsi ludzie, w tym założyciele jak legendarny na Kaszubach ksiądz Wrycza, szef kontrwywiadu Leon Kleinschmidt, a także całe grupy jak np. „prywatna” partyzantka braci Kulasów.

Ferment musiał być na tyle silny, by Dambek zrozumiał potrzebę innego wyjaśnienia wydania wyroku śmierci na dowódcę wojskowego. Jak na zamówienie, w kilka miesięcy po śmierci pojawiły się zupełnie inne oskarżenia nieżyjącego komendanta. Zarzucono mu „niemoralny tryb życia, sprzeniewierzenie pieniędzy i współpracę z gestapo”.

Zawodowy historyk nie ma problemu z oceną takich „dowodów”, tryb ich pojawienia się sam mówi za siebie.

Ale wiele lat po wojnie, jak się okazuje, wszystko można ludziom wmówić. I wielu jest takich, którzy uwierzą.

W 2008 roku w Słupsku miał miejsce proces, w którym to rodzina Gierszewskich i stowarzyszenie „Naji Goche” (nasze Gochy – Gochy to część Kaszub w okolicach Człuchowa i Tucholi) pozwała redakcję katolickiego dwutygodnika „W Rodzinie” o spotwarzanie pamięci ich krewnego w zamieszczonym artykule.

Najkrócej mówiąc, autorka artykułu ożywiła wszystkie możliwe psy, które wieszała „dambkowa” strona na Józefie Gierszewskim. A psy, jak to psy, narobiły hałasu w okolicy.

Dla mnie najciekawsze w tym wszystkim były zeznania pozwanych, bo zawierały one coś co daleko wykracza poza sprawę, o której piszę. Współczesne pojmowanie prawdy i to przez najróżniejsze środowiska – od katolików po historyków. To bowiem powoduje konsekwencje, z którymi borykamy się ostatnio coraz częściej.

Redaktor naczelny pisma zeznawał m.in.

„Nie posiadam wiedzy na temat dokumentów źródłowych w postaci wyroku wydanego na Józefa Gierszewskiego . Nie posiadam też wiedzy na temat osób które ten wyrok wydały.”

Cała „wiedza” redaktora opierała się więc na rozmowach ze „świadkami” Jakimi? Ot, choćby autorka artykułu.-, która w sądzie mówiła:

„W 1943 r. miałam 8 lat. O działalności Józefa Gierszewskiego matka mówiła mi po wojnie. Ja nie znałam osobiście Józefa Gierszewskiego, natomiast matka znała go z czasów partyzanckich, była łączniczką. Uważam się za naocznego świadka historii, bo przekazuje wiedzę, którą uzyskałam od osoby, która była działaczką Gryfa Pomorskiego. Moja matka nie była obecna ani przy wydaniu ani przy wykonaniu wyroku śmierci Józefa Gierszewskiego. Wiedzę którą matka mi przekazała z tego tytułu, gdyż była łączniczką Gryfa Pomorskiego. Nie wiem od kogo mama posiadała przekazaną mi wiedzę.”

W normalnych warunkach tego rodzaju „wiedza” może być wykorzystana przez historyka jedynie do zaznaczenia, że wśród osób zainteresowanych sprawą występują i takie opinie. Niczego więcej uczciwemu historykowi nie wolno.

W normalnych warunkach.

Szef pionu edukacyjnego miejscowego IPN dał popis.

„Nie ma żadnych dokumentów które dotyczyłyby okoliczności śmierci Józefa Gierszewskiego, gdyż został on skazany przez sąd organizacyjny organizacji TOW Gryf Pomorski. Żaden historyk zajmujący się historią konspiracja II wojny św. nie zakwestionował wyroków sądów specjalnych np. wyroków Armii Krajowej. Przyjmuje się bowiem iż w warunkach konspiracji i ekstremalnego zagrożenia takie wyroki były wydawane wg uproszczonych procedur.”

Argument nie do odparcia, prawda? I dalej:

„Nie ma wiedzy na temat co było bezpośrednią przyczyną wydania takiego wyroku, natomiast są relacje m.in. relacja Gertrudy Wojewskiej – Medyńskiej., zam. obecnie w USA. Gertruda Wojewska była żona szefa pionu wojskowego organizacji inż. Grzegorza Wojewskiego. Z jej relacji spisanych przez dr St. Ucińskiego wynika, że były dostateczne podstawy wydania tego wyroku. Oświadczenie pani Gertrudy Wojewskiej Medyńskiej zostało spisane. W mojej ocenie oświadczenie to jest wiarygodne, gdyż nie posiadam żadnej wiedzy, które mogłoby je zdyskwalifikować, takie jak np. stan niepoczytalności.”

Trzeba wiedzieć, że p. Wojewski był szefem pionu wojskowego po zamordowaniu Gierszewskiego i już sam ten fakt powinien nastawiać historyka na zwiększoną ostrożność, nie mówiąc już o takich drobiazgach, że mąż niekoniecznie musiał przekazywać żonie rzetelne informacje, bo niby z jakiej racji?

Co do swoich kwalifikacji szef pionu edukacyjnego IPN (lat 54) mówi: „Jestem doktorantem. Mój promotor zmarł. Jestem głównym specjalistą w Instytucie Pamięci Narodowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.”

Przyznam jednak, że najbardziej wstrząsnęły mną zeznania kolejnego świadka, nauczyciela historii w zespole szkół ponadgimnazjalnych.

„Na terenie szkoły urządzona jest izba pamięci poświęcona działalności TOW. Wśród działaczy wymieniamy Józefa Dambka. Natomiast nie wspominamy jako działacza Józefa Gierszewskiego ps. Ryś. W naszych materiałach Józef Gierszewski jest przedstawiony jako zdrajca, który zginął, rozstrzelany decyzją sądu wojskowego, działającego przy TOW Gryf Pomorski. Na zajęciach z kółka historycznego przedstawiam członkom tego kółka okoliczności które były podstawą do wydania takiego wyroku i jego wykonania. Wiedzę na temat tych okoliczności czerpię z wyjazdów na uroczystości o charakterze patriotyczno – religijnych na terenie Kaszub.”

I to jest w tym wszystkim chyba najważniejsze.

Owszem, możemy się zżymać, wydziwiać na nauczyciela, który znalazł sobie tak wiarygodne źródło wiedzy jak „uroczystości patriotyczno religijne” (Czytelniku: zgadnij przez kogo organizowane? Zgadniesz?), ale najistotniejsze jest to, że ten człowiek uczy dzieci.

Z taka „wiedzą” wychodzą one potem ze szkoły, dorastają i … mamy co mamy.

Pokazałem Czytelnikom jedną z tysięcy spraw, jakie dzieją się dokoła nas, a na które na ogół nie zwracamy uwagi.

Tymczasem druga strona pracuje w pocie czoła urabiając umysły od małego, zapewniając tym samym sobie wyborców na długie, długie lata.

My natomiast wygłaszamy, dyskutujemy, rozmawiamy, znajdujemy rozwiązania i … nic.

Może to niezbyt optymistyczny obraz, ale prawdziwy.

Jak to mówią – optymista wierzy, że świat stoi przed nim otworem.

Pesymista wie, gdzie jest ten otwór.

Jerzy Łukaszewski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.5/10 (20 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +26 (from 28 votes)
Jerzy Łukaszewski: Na moczarach, 9.5 out of 10 based on 20 ratings

3 komentarze

  1. Magog 2017-06-15
  2. Magdalena 2017-06-16
  3. slawek 2017-06-16