Andrzej Koraszewski: Czy suweren jest blondynem?

Suweren stał się modny, więc dziś nie mówimy już nikomu, żeby wybrał sobie inny naród, marzymy o innym suwerenie. Lament na suwerena staje się coraz głośniejszy, dobiega również od sąsiadów z lewa i z prawa, a i za oceanem wydaje się rozbrzmiewać całkiem donośnie (może wręcz donośniej niż u nas). Suweren wybiera niesłusznie, jest albo nazbyt lewicowy, albo nazbyt prawicowy, a przede wszystkim stanowczo za mało rozgarnięty i niczego nie łapie.
Tak czy inaczej, nie daje się o nim powiedzieć niczego dobrego. Dureń i blondyn, jakby zawyrokował na wpół zapomniany poeta.

Jedni mają wrażenie, że demokracja się wykoleiła i pora na inną, bardziej autokratyczną formułę, inni, że jest wykolejana. Postronny obserwator ma wrażenie, że ci pierwsi mają lepszy pas transmisyjny partii do mas, które to masy, śledząc wypowiedzi tych drugich, doszły do wniosku, że świat jest w ruinie, chociaż nigdy nie był ani tak zamożny, ani tak szybko się nie rozwijał.

Wśród autorów, których śledzę, dwóch jest niepoprawnymi optymistami. Steven Pinker, amerykański psycholog ewolucyjny, jest między innymi autorem książki Zmierzch przemocy, Lepsza strona naszej natury, w której pokazuje rzecz sprzeczną z naszą intuicją, a mianowicie, że mimo wszystkich zawirowań i informacji o koszmarach, na przestrzeni dziejów stawaliśmy się coraz mniej gwałtowni, bardziej cywilizowani, zabijamy rzadziej, rzadziej również rozstrzygamy nasze konflikty przy pomocy wojen. Obserwacja zaskakująca, ale poparta żmudnymi badaniami i silnymi dowodami. Drugi autor, Brytyjczyk, Matt Ridley, jest m. in. autorem książki i strony internetowej pod samym tytułem: The Rational Optimist i nieustannie stara się pokazać, że świat się nie wali, że wręcz przeciwnie, nie tylko dłużej żyjemy i jesteśmy zdrowsi, nigdy nie byliśmy tak bogaci, kurczą się obszary głodu, nie tylko jesteśmy bardziej wrażliwi na ekologię, ale dzięki postępom nauki możemy dziś dbać o naturę skuteczniej niż kiedykolwiek, zaś niesamowicie wzrastająca wydajność rolnictwa pozwala nie tylko zatrzymać branie coraz to nowych obszarów ziemi pod pług, ale redukować obszary rolne i powiększać obszary dzikiej natury. To dzięki nauce, technice i wolnemu rynkowi biedny człowiek przestaje być biedny i jest coraz więcej miejsc na świecie, gdzie ludzie częściej martwią się, że mają za mały samochód, czy przestarzały model telefonu, niż tym, czy będą mogli wieczorem dać dziecku kolację.

Obszary głodu i nędzy kruczą się, ale wątpliwe, czy kiedykolwiek znikną całkowicie, a tempo tego kurczenia się jest znacznie wolniejsze niż byłoby to możliwe, gdybyśmy byli nieco bardziej racjonalni.

Czy jest tak, że racjonalność już była, a teraz przechodzimy do postracjonalności? Oczywiście może to być złudzenie powodowane optymistyczną cechą pamięci. Chociaż z drugiej strony, długi okres przechodzenia do parlamentaryzmu, reformy społeczne i rynkowe, przynajmniej w niektórych społeczeństwach wskazywały na okresowe (i tylko częściowe) zwycięstwo rozsądku. Niektórzy łączyli to z oświeceniem i laicyzacją. Sam Harris  w Letter to a Christian Nation  (List do chrześcijańskiego narodu) pisał, że:

„Auschwitz, sowieckie gułagi, pola śmierci w Kambodży to nie były przykłady tego co się dzieje, kiedy ludzie stają się bardziej racjonalni. Przeciwnie, te koszmary są świadectwem zagrożenia, jakie niesie polityczny i rasowy dogmatyzm. Czas by chrześcijanie, tacy jak wy, przestali udawać, że odrzucenie waszej wiary na podstawie racjonalności oznacza ślepe wpadanie w objęcia ateizmu jako dogmatu.”

Harris podkreślał, że racjonalizm jest odmową akceptacji czegokolwiek bez dowodów, wyłącznie na wiarę. Niektórzy sądzą – pisał – że powszechna rezygnacja z wierzeń religijnych nie jest możliwa. Jednak dziś Norwegia, Islandia, Australia, Kanada, Szwecja, Szwajcaria, Belgia, Japonia, Holandia, Dania i Wielka Brytania należą do najmniej religijnych społeczeństw na świecie. To są również kraje, w których ludzie są najzdrowsi, najdłużej żyją, mają najwyższe dochody, gdzie zlikwidowano analfabetyzm, gdzie jest najwyższa średnia wykształcenia, równość płci, najmniejsza ilość morderstw, najniższa śmiertelność niemowląt. Przestępczość w tych krajach, pisał Harris, jest głównie produktem imigrantów. We francuskich więzieniach 70% stanowią muzułmanie. Pięćdziesiąt krajów, w których jakość życia jest najniższa, to kraje z bardzo silną religijnością (i słabą laicyzacją).

Ta mała książeczka wydana była po raz pierwszy w 2006 roku. Nowe tysiąclecie obok starych zapowiedzi rychłego końca świata, przynosiło nową erę szybkiej komunikacji. Ta rewolucja przyspieszyła wszystko, niestety włącznie z przyspieszonym powrotem do najgorszych przesądów i dogmatów.

Horror sprzedaje się lepiej niż solidna informacja, popyt na pseudonaukę jest wielokrotnie wyższy niż na naukę, nowe, cyfrowe media ostatecznie rozprawiły się z cenzurą, ale uszczupliły respekt dla renomowanych źródeł informacji. Renomowane źródła informacji zrobiły wszystko co w ich mocy, żeby dostosować się do ery obrazkowej. Marzenie o karmieniu suwerena lepszą strawą zakończyło się niemal totalną klęską.

Jeszcze trzydzieści lat temu mogło się wydawać, że zlaicyzowane kraje skandynawskie są modelem społeczeństw przyszłości. Kapitalizm, ale cywilizowany przez pragmatyczną socjaldemokrację, daleko posunięty egalitaryzm płacowy, równość płci, areligijność, humanistyczna społeczna wrażliwość, brak rasizmu. Oczywiście można pamiętać, że Norwegia miała swojego Quislinga, a nazizm był tam całkiem popularny, można zauważać, że szwedzka neutralność podczas wojny nie była tak moralna, jak to się może wydawać, a do 1945 roku spora część świata akademickiego miała do nazizmu  ciepłe uczucia, można uświadomić sobie, że czterdzieści lat temu we wszystkich krajach skandynawskich partie komunistyczne miały kłopoty z przekroczeniem pięcioprocentowego progu wyborczego, ale komuniści w mediach i na uczelniach stanowili około 20 procent, warto zauważyć, że skandynawski pragmatyzm kończył się, gdy tylko wkraczali na pole ideologii.

Inteligencja, ta globalna i ta rodzima, na zarobek produkuje dla suwerena taką paszę, na jaką suweren zgłasza popyt, zaś do siebie mówi rzeczy tak głębokie, że czasem sama ich nie rozumie.

Jeden z najbardziej znanych polskich intelektualistów powiedział kiedyś głupstwo, co jak wiadomo każdemu się zdarza, ale kto wie, czy to głupstwo nie było bardziej znamienne niż inne. Otóż powiedział on, że polski naród ma lepszą inteligencję, niż na nią zasługuje.

Ciekaw byłem jak też  on definiuje inteligencję? Jest tych definicji sporo, moje obserwacje podpowiadają, że z gloryfikacją inteligencji wiąże się domyślna definicja – „ja i moi znajomi”. Jest również trochę definicji pretendujących do naukowych, ale tu mamy cały wachlarz, od kryterium wykształcenia (przed wojną matura, po wojnie wyższe studia). Przy tym kryterium kilku autorów wykluczało z inteligencji inżynierów, czasem również nauczycieli niższego szczebla, a wreszcie ludzi spoza towarzystwa. Stanisław Ossowski definiował inteligencję jako „szeroko pojętą warstwę nauczycielską”. Taka definicja brzmi apetycznie, ale kiedy zaczynamy wypełniać ją treścią, okaże się, że mamy do czynienia z wszystkimi nauczycielami, pracownikami mediów, pisarzami, artystami, staniemy przed problemem, co mamy zrobić z politykami (którzy tak pięknie nauczają), duchownymi i innymi (o których przecież nie wolno zapominać).

Krótko mówiąc, są tu wszyscy karmiący suwerena strawą duchową zawodowo oraz ci, którzy zajmują się produkcją materialną, nauką lub dostarczaniem usług, karmiący suwerena strawą duchową w czasie wolnym.

Handel strawą duchową podlega prawom podaży i popytu, więc wielu zastanawia się, co ciemny lud kupi, a czego nie kupi, jak również czy nie skorzystać z opcji produkcji strawy duchowej dla odbiorców niszowych (odpowiadając na zapotrzebowanie na przykład na lament na suwerena).

Podczas gdy fachowcy dyskutują o rozwiązaniach praktycznych, doradzając, by skorzystać z pomocy innych fachowców, gdy problem wykracza poza ramy ich fachowej ekspertyzy, poeci nie mają takich skrupułów, więc jako warstwa nauczycielska nie ustają w lamentach na marnych uczniów. Romantyzm ma swoje prawa, a należy do nich przywiązanie do ducha i lekceważenie litery.

Sam Harris ma rację i jej nie ma. Ateizm uwalnia od religijnych dogmatów i sam w sobie dogmatów nie posiada. Jako lekarstwo na irracjonalizm i potrzebę mitów okazuje się jednak lekiem homeopatycznym bez zawartości substancji leczniczej, tą jest bowiem oświata przepojona respektem dla rzetelnej fachowości. Suweren już od dawna nie daje na mszę w intencji, żeby mu się samochód sam naprawił, wszelako jeśli idzie o zdrowie fizyczne i psychiczne, szeroko pojęta warstwa nauczycielska chroni go przed nieufnością do szamanów i znachorów.

Z czegoś trzeba żyć, a w końcu pamiętamy, że

„Naród nasz jak lawa,
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.”

Nie pozostaje nic innego jak plwać i podgrzewać, podgrzewać i plwać. A suweren wiadomo, dureń i blondyn, jak nie kupi tego, to da się namówić na co innego. Konsumerysta taki, nawet w kwestiach strawy duchowej.

 Andrzej Koraszewski
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.4/10 (8 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +12 (from 12 votes)
Andrzej Koraszewski: Czy suweren jest blondynem?, 7.4 out of 10 based on 8 ratings