Ludwik Turko: Postawić sprawę na nogi

Print Friendly, PDF & Email

2017-06-30.

Daliśmy sobie narzucić uchodźczy dyskurs w stylu narzuconym przez PIS – o przybyszach przenoszących nieznane białej rasie choroby, nagabujących i gwałcących białe kobiety, zaś w wolnych od tych zajęć chwilach podkładających bomby z okrzykiem Allach akbar.

W odpowiedzi wyciągaliśmy stare numery Stürmera pokazując analogiczne odwołania z czasów III Rzeszy – o Żydach przenoszących tyfus – prezentowaliśmy dane statystyczne o zamachach – kto i kiedy – które nijak się miały do przekazów zionących z PiSo—narodowych i podobnych im mediów, bijących z cyklicznych seansów „dobrej nowiny” głoszonej ze stołeczka comiesięcznie ustawianego na Krakowskim Przedmieściu i do histerycznych przestróg dla Europy zalewanej inwazją obcych – tak bezwzględnych, że inwazja zielonych kanibali z Marsa byłaby przy tym niewinną przedszkolną wycieczką.

Pokłosiem tej atmosfery są też i pomysły rodem wydawałoby się z najlepszych dni polskich kabaretów – tak jak zaprezentowali to ostatnio dzielni pisowscy radni radomscy usiłujący przeforsować uchwałę o niewpuszczaniu do tego pięknego miasta imigrantów – aby „Radom nie podzielił losu Brukseli, Paryża czy Londynu”. Ta wcale nie kabaretowa atmosfera jest jednak wszechogarniająca, bo właśnie dopiero co ujrzałem w TVN ministra spraw wewnętrznych i administracji, który ze swą niewzruszona miną, godną przylizacza z „Ucha Prezesa”, zapewniał o bezpieczeństwie polskich miast, wsi i przysiółków, gdzie nie muszą przechadzać się policjanci z długą bronią, tak jak to się dzieje we Francji, uginającej się drugi rok pod brzemieniem stanu wyjątkowego.

Deklaracje o ogólnoludzkich wartościach, o tradycjach europejskiego humanizmu, o wielokulturowych tyglach będących naszym wspólnym dziedzictwem wydają się przy tych dyskusjach równie skuteczne, jak benzyna użyta w charakterze środka gaśniczego. Dają wprawdzie chwilowe poczucie komfortu psychicznego, który jednak ulatnia się w miarę napływających coraz to nowych wiadomości o zastraszająco mnożących się aktach ksenofobicznych zachowań.

Nie wierzę, by napisaniem jednego, piątego, dziesiątego artykułu czy oświadczenia można było zmienić świadomość społeczną. Można jednak przynajmniej sprowadzić dyskusje na grunt bardziej racjonalny, nie dopuszczając do taplania się w zalewającym nas błocie demagogii i najgorszego sortu prowincjonalnego populizmu.

Sprawa relokacji imigrantów – bo o to przecież w tym wszystkim chodzi – nie jest oksfordzką debatą między nacjonalistami a internacjonalistami, między rasistami a humanistami, ale reakcją na nasz wspólny europejski problem. Te zdesperowane dziesiątki tysięcy ludzi szturmujących wybrzeża greckie i włoskie, znoszących niewyobrażalne trudy, niebezpieczeństwa i upokorzenia, nie są problemem Grecji czy Włoch. Jest to problem Unii Europejskiej, bo na tym właśnie polega Unia. Unia Europejska to nie tylko dotacje wyrównawcze i infrastrukturalne, to nie tylko bezpaszportowe podróże od Bałtyku po Morze Śródziemne, od Atlantyku po Morze Czarne, ale również współodpowiedzialność, od której żaden kraj członkowski nie może się uchylić – bez względu na to, jakie demony przeszłości się wypuszcza dla uzasadniania swych egoistycznych racji. Słuchając histerycznych wrzasków o zagrożonej Europie, ostrzeżeń o upadających wartościach europejskich – wypowiadanych ludzi jak najbardziej od tych wartości odległych – oczekuje się wręcz wezwań, aby problem chybotliwych pontonów, przepełnionych kutrów i wahliwych tratw rozwiązywały skutecznie i raz na zawsze siły morskie zainteresowanych krajów. W obliczu inwazji, czemu nie?

Może by tak warto wyjść poza zaklęty krąg egzotycznych pasożytów, by uświadomić sobie i innym, że my wszyscy, tu w Europie, jesteśmy jednocześnie dłużnikami i dziedzicami wartości, osiągnięć i dokonań powstałych na greckiej i italskiej ziemi. My wszyscy, tu w Europie – przez lata dobijaliśmy się, aby z pełnym przekonaniem to znowu powiedzieć. I nie tylko żeby powiedzieć, ale żeby jeszcze nam uwierzono.

Były lata PRL z konstytucyjnym suwerenem, określonym zgodnie z panującą podówczas doktryną jako „lud pracujący miast i wsi”, z najdoskonalszą emanacją owego ludu w postaci Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Potem, po eksplozji „Solidarności” i zmaganiach stanu wojennego byliśmy, mimo upadku systemu, sympatycznym ubogim kuzynem skądś tam, nie wiadomo skąd. Suwerenem został w międzyczasie „Naród polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”, ale Europa gdzieś tam w międzyczasie odjechała, przybrała kształt Unii Europejskiej.

Trzynaście lat naszej unijnej przynależności dały nam powszechnie uznany status średnio zamożnego ucywilizowanego państwa, do którego tytułu tyle narodów ciągle aspiruje. Ale Polska z kolei przestała być przedmiotem zazdrości, stała się europejskim problemem. Deklarowana przez PIS doktryna polskiej wsi zacisznej, wsi spokojnej, która po bożemu broni się przed wojnami, prowadzi nas w najlepszym wypadku na europejski margines, a w mniej szczęśliwym – nieuchronnie wyprowadza z Unii Europejskiej.

Pomagając uchodźcom z pękających w szwach tymczasowych obozowych siedlisk we Włoszech i Grecji spełniamy swój europejski obowiązek, wierni europejskiego dziedzictwu, pomni tego, aby Bruksela, Paryż czy Londyn nie zostały opanowane przez ducha polskiego Radomia.

Ludwik Turko

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.5/10 (19 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +9 (from 23 votes)
Ludwik Turko: Postawić sprawę na nogi, 7.5 out of 10 based on 19 ratings

3 komentarze

  1. Magog 2017-06-30
  2. med555 2017-07-10
  3. Magog 2017-07-14