Zbigniew Szczypiński: Kanikuła?

2017-07-08.

Lipiec. Kanikuła, sielskie obrazki letniego wypoczynku – gdzie to wszystko, gdzie to można zobaczyć?

Jak to – gdzie?

W spotach reklamowych, w reklamach piwa czy sprzętu turystycznego, rzadziej w filmikach promujących wycieczki zagraniczne…

Tak się już teraz na świecie porobiło, że to, co było normą letnich wakacji – zostało „przykryte” politycznym wiecem. Zorganizowanym dla przybysza zza oceanu, który naopowiadał nam różnych dziwnych rzeczy na temat naszej historii – i poleciał na rzeczywiście ważne spotkanie do Hamburga, gdzie powitano go naprawdę szczerze i gorąco.

Obrazek na ekranie telewizyjnym, na którym jednocześnie widzimy dwa światy, wiele mówi. Z jednej strony mamy liderów światowej polityki, siedzących w wielkiej sali koncertowej i słuchających koncertu w wykonaniu orkiestry symfonicznej – a z drugiej rzeszę młodych alterglobalistów, protestujących przeciwko temu porządkowi świata, którego – ich zdaniem – gwarancją są ci ludzie. Słuchający „Ody do radości”. Tak się składa, że uznanej za hymn UE.

Dwa przeciwstawne światy: starzy i młodzi, biedni i bogaci, grzeczni i niegrzeczni, znudzeni i wkurwieni.

Których jest więcej? Do kogo należeć będzie przyszłość?

Przyszłość jest nieodgadniona. Ona się zawsze staje, ona nigdy nie jest, ona dopiero będzie – i żadne uczone głowy, mielące tysiące słów, często całkowicie nieprawdziwych nawet wtedy, gdy opisują to, co się faktycznie stało, co było i jest już historią, a zupełnie niewiarygodnych, gdy dotyczą tego, co będzie, nie zostaną wysłuchane.

Żadne raporty i analizy dotyczące przyszłości nie są w pełni wiarygodne, nie pozwalają na podejmowanie bez lęku, bez wahania, decyzji dotyczących tej przyszłości.

To rzetelna wiedza jest potrzebna.

Ona jednak daje poczucie niepewności, każe budować rozwiązania alternatywne. Brak tej wiedzy – a mówiąc po prostu: głupota – daje poczucie pewności, pozbawia zahamowań. Wszystko jest jasne, nasza jest moc i wola, a reszta się nie liczy…

Sukcesy głupców mających władzę są rzeczywiste jedynie w krótkich horyzontach czasowych. To sukcesy na teraz, na dziś, na rok, dwa, na jedną kadencję (jeżeli jeszcze będzie wówczas obowiązywało cywilizowane prawo).

A co potem?

Potem to nas już nie ma. Niech martwią się ci, co mają dzieci i tylko tacy, którym na nich zależy..

Kilka dni wcześniej, zanim staliśmy się na kilkanaście godzin krajem skupiającym na sobie uwagę świata, w Przysusze i Warszawie odbyły się dwa konwentykle partyjne: rządzącej koalicji Zjednoczona Prawica (czytaj Prawo i Sprawiedliwość) i Platformy Obywatelskiej.

Było to na kilka zaledwie dni przed przylotem Donalda i Melanii, co to na zaproszenie Andrzeja i Agaty wylądowali na Okęciu i pojechali najpierw do hotelu, a później na Zamek Królewski i do Centrum Nauki, pamiętacie? Jeszcze pamiętacie?

Z dwóch politycznych młynów ważny był ten w Przysusze. Wyreżyserowany, zaplanowany, dobrze odegrany. Przez dwóch aktorów, Prezesa Polski i wicepremiera, który jest rzeczywistym premierem. Pierwszym ministrem tego rządu RP, co rządzi tak, jak kierująca Partia wskaże.

Do suwerena poszło proste i jasne przesłanie – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!

Ktoś został pochwalony, komuś pogrożono palcem, wszystkich zmotywowano do ciężkiej pracy, bo na jesień zapowiedziano  przegląd kadr rządowych.

Czy warto analizować treść zapowiedzianych działań Partii i Rządu? Moim zdaniem – nie warto. To klasyczne „puste gadanie”.

Ani wielki terminal, większy niż ten we Frankfurcie, największy w Europie (Bo co? Bo nas na to nie stać? Przecież to Chińczycy nam zbudują), ani rewitalizacja Stoczni Szczecińskiej (koniecznie tej, bo to teren marszałka Brudzińskiego; przecież nie tej w Gdańsku, co to kojarzy się z Lechem-Bolkiem i zdradą okrągłostołową, praprzyczyną całego naszego nieszczęścia), ani plany takich regulacji polskich rzek, aby były tym, czym mogłyby być – drogami wodnymi, ani wszystkie inne zapowiadane wielkie inwestycje drogowe…

Żaden z tych pomysłów nie nadaje się do poważnego potraktowania.

Gdzieś się wicepremierowi, co to jest faktycznie premierem, zapodziały zgłaszane wcześniej wielkie plany masowej produkcji samochodów elektrycznych, których miało być milion – na prąd, prąd z polskiego węgla, bo my razem z aktualnym prezydentem Stanów Zjednoczonych AP stawiamy na węgiel i amerykański gaz (bez względu na jego cenę). Z motoryzacyjnych planów to, co będzie na pewno, to podatek od benzyny, równo dla wszystkich, biednych i bogatych, mających samochód służbowy czy całkowicie prywatny, dla wszystkich równo, po 25 groszy od litra. Już teraz, przed wakacjami, bo rząd potrzebuje kolejnych miliardów.

Rząd wie na co ich  potrzebuje. Rząd – jak zawsze – wie wszystko. A nawet więcej…

Oglądając całą transmisję (realizowaną przez pisowską służbę sprawozdawczą, mimo że odtwarzaną przez komercyjną stację TVN), patrząc na uczestników zgromadzonych w hali sportowej w Pszczynie (to były króciutkie migawki, kamera głównie koncentrowała się na podium, stole prezydialnym, mównicy) zastanawiałem się: kiedy w umysłach tych ludzi narodzi się całkowicie naturalna refleksja: skoro państwo jest nasze, skoro mamy swoją władzę, która zapowiada rządy do 2030 roku albo dłużej – to dlaczego jest nas tak mało?

Dlaczego nie stworzyć partii masowej, milionowej, paromilionowej, na przykład trzymilionowej? Tak jak już przecież było – do PZPR należało w szczytowych latach jej panowania właśnie trzy miliony członków. Partia w zakładach pracy, biurach i urzędach, szkołach i wyższych uczelniach. Partia w gminie, powiecie, województwie, wszędzie…

Partia masowa – to coś innego niż kadrowa. Masowe uczestnictwo daje szanse na sprawną mobilizację członków. Koniec z anonimowymi wystąpieniami jakichś obywateli; kto to w ogóle jest obywatel? Jaką ma legitymację? Kto jest jego zwierzchnikiem?

Partia masowa – to naturalny zasób kadrowy. Na wszystkie stanowiska. Wszędzie tam, gdzie potrzebna jest znajomość aktualnej linii partyjnej, wyznaczanej przez Przywódcę i Wodza, potrzebni są lojalni wykonawcy. Bierni, mierni ale wierni.

Tak było i tak będzie! Tak sądzę…

Już w najbliższy poniedziałek, w kolejną – już nie wiem nawet, którą – miesięcznicę smoleńskiej katastrofy dojdzie do konfrontacji.

Naprzeciw siebie staną zdeterminowani obywatele i siły porządkowe, stojące na straży prawa, prawa o demonstracjach, uchwalonego przez aktualną większość sejmową pod swoje potrzeby. Prawa, jak twierdzi zdecydowana większość znających się na rzeczy, całkowicie sprzecznego z Konstytucją RP.

Nie są ważne słowne przepychanki rzeczywistych autorytetów prawnych i innych prawników – gotowych jak zawsze, w każdym systemie, poprzeć władzę, bo tak myślą naprawdę, bo to im się opłaci…

Ważne jest tylko jedno – ilu nas stanie naprzeciw kordonów policji?

50, 500, 5000, 50 000? Ilu?

Zbigniew Szczypiński

Gdańsk

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +15 (from 17 votes)
Zbigniew Szczypiński: Kanikuła?, 10.0 out of 10 based on 9 ratings

7 komentarzy

  1. StanStupkiewicz sr 2017-07-08
  2. otoosh 2017-07-08
  3. Zbyszek123 2017-07-08
  4. Magog 2017-07-08
  5. Michu 2017-07-09
  6. Anka123 2017-07-09
  7. jacekm 2017-07-10