Jerzy Dzięciołowski: W folwarku Karpno

2017-07-27.

Ze wschodu napływały informacje, że obywatele występują przeciw władzy. 570 kilometrów od Warszawy, wśród jezior nie miały większego znaczenia niż jaka będzie pogoda. Jeszcze nie miały. Mieszkałem z Szymkiem. Nasze łóżka dzieliło metr przestrzeni  oraz sześć dekad życiowych doświadczeń. Odróżniało nas też to, że ja ścieliłem łóżko z rana, a Szymek niekoniecznie. Był zdania, że to czynność zbędna, skoro następnego ranka będzie znowu skotłowane. W procesie kształtowania osobowości Szymka, w czym zresztą miałem marginalny udział, byłem na etapie tłumaczenia, że nie należy kłaść się na stole w trakcie spożywania posiłku i pukać w czoło kiedy przemawia rodzicielka. Słowem dzieliły nas lata świetlne, co należy a czego nie należy. Pamiętam ze szkoły, że w rogu klasy wysypany był groch, żeby klęcząc za puszczanie chrabąszczy umoczonych w atramencie, bardziej bolało. To Szymka zainteresowało. Nie nieznane metody lepienia obywatela. On by dyskretnie rozsuwał groch. Był praktyczny.

* * *

Folwark Karpno nabyli ludzie obrotni. Nie czułem potrzeby, żeby ich poznać. Rozumieli, że przyrody nie należy poprawiać. To mi wystarczało za rękojmię. Podstawowe prace wykonał lodowiec: najpierw ukształtował wzgórza, a potem się wycofał i zostawił jeziorka i jeziora. W Folwarku Karpno jeziorko długości kilometra i o połowę węższe otaczają buki i dęby, a wzgórza pokrywają łąki. Regularnie koszona maszynami trawa nie dziczeje. Myślałem ilu ongiś mieszkańców okolicznych wiosek wychodziło z kosami na te wzgórza, ustawieni rząd za rzędem, by utrzymać łąki z kwitnącą koniczyną. Swoje czyniły stada krów i konie. Folwark w tym obrazkowym wydaniu nie kojarzył mi się z feudalnym wyzyskiem.

* * *

Do głównych zabudowań posiadłości Karpno jedzie się drogą po „kocich łbach”. Najpierw widać stajnie: podmurówka dwóch budynków, ułożonych z kamiennych bloków, ma jakieś pięć metrów i reprezentuje godnie Cesarstwo Niemieckie, które, raptem sto lat temu  przebywało na Pomorzu Zachodnim. Stajnie obsługują Lokalsi oraz trzy koty, dobrze odżywiane przez myszy. Ile jest koni – nie wiem. Bo ciągle ktoś ich dosiada. Kajka, mama Szymka, dosiadała siwka o wdzięcznej nazwie „Mustang”. Siwek nudził się niemiłosiernie odwalając na padoku swoją dniówkę. Aż uznał, że stać go na więcej i bez uprzedzenia, ruszył galopem. Odbył się piękny lot w pozycji kucznej i miłośniczka „Mustanga” zapoznała się z glebą. Jakiś czas nie miała ochoty się unieść. Siwek stał nad nią ze spuszczoną głową, a pani trenerka mówiła: – I coś ty zrobił?. Tomek, mąż Kajki, odwiózł ją do szpitala w Drawsku Pomorskim, które rozkwita obok największego w Unii Europejskiej poligonu NATO. Tomek miał samochód na rejestracji niemieckiej, co dodawało powagi szpitalnej wizycie. Pan doktor miał może 153 cm wzrostu i trzeba się było schylić, żeby ocenić, czy mu dobrze patrzy z oczu.

  • O co chodzi? – zapytał.
  • Spadłam z konia – odpowiedziała Kajka – pochylając się nad doktorem.
  • To niech mi pani przyprowadzi tego konia, zauważył lekarz, żebym mógł lepiej zdjagnozować, co się pani stało. A poważnie, też kilka razy spadłem z konia.

Po wizycie w szpitalu mama Szymka (z wynikami, że organizm jest w porządku) zadzwoniła do koleżanki, żeby się wypowiedziała, co myśli o spadaniu z konia.

  • Tylko frajerzy nie spadają – powiedziała koleżanka. To uspokoiło Kajkę.

* * *

Nad funkcjonowaniem stadniny i pensjonatu czuwa Kamila. Kamila jest zbyt zajęta, by śledzić kto i dlaczego bierze się za łby w Warszawie. Kamila z mężem, któremu podlega część biznesu wspólników (w tym Folwark Karpno) mieszkają w domu nad stawem, w którym żyją przerośnięte karpie. Przerośnięty karp po chwyceniu przynęty oddala się w szuwary zostawiając wędkarza z wędką bez przypony i haczyka.

Zawsze chciałem mieć staw, a przynajmniej sadzawkę. Na imieniny dostawałem grzebyk albo lusterko, nabyte na odpuście, ale jeszcze bardziej chciałem mieć sadzawkę. Stary dom z modrzewia, w którym wtedy mieszkaliśmy, stał na górce, poniżej była łąka i zakole rzeki Kamionki. Łąka dzierżawiona była przez pana Skrobota, w którego sklepie miałem otwarty rachunek na lizaki. W tej sytuacji, bez problemów, uzyskałem zgodę na wykopanie sobie sadzawki na łące. Dokonałem aktu założycielskiego. Potem łąka w żaden sposób nie chciała się zamieniać w sadzawkę. Zostałem skazany na nieznane.

* * *

Na jeziorku w Karpnie jest sześć pomostów. Miałem „swój” pomost, ale przyszła tam jakaś pani się kąpać. Ranny ptaszek. Przeszedłem obok. Rzuciłem błysk po szuwary, wyciągnąłem moczarkę kanadyjską. Ponowiłem rzut. Znowu szło opornie i w tej chwili zauważyłem, że żyłka tnie wodę w kierunku trzcin. Przy pomoście szczupak wyjrzał z wody, zobaczył człowieka i dał nura pod pomost. Nie pierwszy raz zauważyłem, że ryba na widok człowieka ucieka, zresztą ssaki i ptaki też. Chyba, że pierwszy raz widzą to dziwo, które z czterech kończyn podniosło się na dwie, żeby mieć kłopoty z kręgosłupem. W Mongolii podszedłem do orła na kilka metrów i zupełnie nie zamierzał przerywać sjesty. Za to z krzaków wyskoczyło dwóch homo sapiens, bo za bardzo oddaliłem się od oficjalnej delegacji.

Kucharka w pensjonacie z uznaniem przyjęła oprawionego szczupaka. Przy szwedzkim stole (szykowanym na śniadanie) pani informowała, że w Warszawie wyszło na ulice 50 tysięcy ludzi, a w całej Polsce dwa razy tyle.

* * *

Szwedzki stół umieszczony jest w salonie. W salonie jest kominek, pianino i kredens na którym leży zeszyt, w którym zapisuje się ilość zjedzonych lodów, nabywanych na kredyt. W biblioteczce są książki o koniach i płyty. W salonie spożywa się wszystkie posiłki: są Szwedzi, Niemcy i „Warszawka”. W Folwarku Karpno niczego się nie zamyka. Otwarte są drzwi do pensjonatu, otwarte pokoje, nikt nie zamyka sauny, każdy bierze łódkę kiedy chce… I wchodzi się lub jedzie konno w otwartą przestrzeń wzgórz i łąk, gdzie nie ma ludzi. Po obiado-kolacji Tomek i Kajka postanowili dołączyć do „łańcucha światła” w Drawsku Pomorskim. Przyłączyłem się. Przed sądem, w bok od ulicy Jasnej stały dwa czołgi i samochód policji. Czołgi były z drugiej wojny światowej, pojazd policyjny aktualny. Wokół sądu było pusto. Zapaliliśmy świeczkę. Po powrocie w pensjonacie dowiedzieliśmy się, że w Drawsku Pomorskim są dwa sądy. Mieszańcy Drawska byli przed tym drugim. Ulżyło nam, Sylwia, krajanka, żałowała że nie wiedziała, że jedziemy. – Będę się chwaliła w Warszawie, dodała, że miałam takich znajomych na wakacjach, co postanowili być w „łańcuchu światła”.

* * *

W Warszawie posłowie PiS przegłosowali trzy ustawy o reformie sądów. Karczewski ze swoimi senatorami to zaklepał. Tomek odczytał mi co w Internecie napisał Szczyrek. Siedliśmy tak, żeby Szymek nie słyszał, że z polskiej demokracji została: ch… d… i kamieni kupa. Nie ma już państwa, zgodził się ze Szczyrkiem Tomek. Za oknem, jak co dnia, bociany siedziały na gnieździe, na słupie przed stajniami. Po dotarciu do Warszawy, młodzi wieczorem pojechali pod sąd.

Trwało odzyskiwanie Polski.

Jerzy Dzięciołowski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +5 (from 5 votes)
Jerzy Dzięciołowski: W folwarku Karpno, 10.0 out of 10 based on 2 ratings

Jedna odpowiedź

  1. A. Goryński 2017-07-28

Odpowiedz