PIRS: Rozmowa z diabłem

2017-08-06.

Skacząc po stacjach telewizyjnych, trafiłem na rozmowę z księdzem egzorcystą. Opowiadał barwnie o swoich zmaganiach z szatanem, a nawet wieloma, w czasie wypędzania ich z ciał opętanych. Szatan podobno kłócił się z księdzem, potem – przygwożdżony mocą i wymową egzorcysty – błagał o litość, żeby po chwili opuścić na zawsze ofiarę. Robił też często księdzu psikusa, a to dodając nadludzkich sił opętanym, którzy szarpali się, rzucali ciężkimi przedmiotami, bluzgali strasznymi przekleństwami, a to próbował księdza omamić sprośnymi propozycjami i obiecując bogactwa, żeby tylko dał mu spokój. Ksiądz bronił się, wzywając pomocy Jezusa, Matki Boskiej i trzymając święte obrazy, tak że Zły nie mógł mu nic zrobić.

To wszystko skojarzyło mi się z opisami walki z szatanem przeczytanymi gdzieś w książkach poświęconych obyczajom średniowiecznym i inkwizycji. Pamiętam, że było tam coś o zmuszaniu szatana do wyjawienia różnych sekretów, ale uczeni kapłani odradzali takie praktyki, żeby Zły nie omamił człowieka ciekawego wiedzy czy pragnącego bogactw. No, ja bym zadał diabłu wiele pytań.

Nagle przypomniałem sobie, że przecież mam książkę poświęconą przywoływaniu szatana i panowaniu nad nim, aby wyjawił nam tajemnice.

Co jakiś czas ktoś wyrzuca niepotrzebne mu książki i kładzie na parapecie obok skrzynki na listy. Czasem są to ciekawe pozycje po rodzicach, które aktualnemu właścicielowi nie są potrzebne. W ten sposób posiadłem Tołkowyj Słowar’ języka rosyjskiego, który bardzo mi się przydał w tłumaczeniu m.in. piosenek Timura Szaowa.

Jedna z książek była bez okładek a tekst zapisany był czcionką podobną do gotyckiej. Otworzyłem ją i trafiłem na opis przywoływania szatana i zmuszenia go, aby wyjawił, gdzie ukryte są skarby itp. Zabrałem książkę do domu, a że byłem w tym czasie bardzo zajęty, odłożyłem ją i zapomniałem. Teraz wyciągnąłem ją i wczytałem się w tekst.

Okazało się, że nie muszę szukać kredy poświęcanej przez księdza, jakichś wyjątkowych gadżetów itd. Wystarczy święty obrazek czy krzyżyk, a kredę, którą zakreślam krąg odgradzający mnie od diabła, mogę „poświęcić”, pocierając ją o taki obrazek albo o Pismo Święte. To samo robię ze świecą. Wszystko to miałem. Nie wiem skąd w domu była kreda, a Biblii mam kilka egzemplarzy – wybrałem wersję ks. Wujka. No to się zabawimy.

Potarłem kredę i świecę o Biblię, zakreśliłem bezpieczny krąg, wziąłem w rękę krzyżyk podarowany mi kiedyś przez wdzięczną zakonnicę i wymówiłem zaklęcie (dlaczego do cholery to musi być po łacinie, czy Szatan nie zna innych języków?). Nic się nie stało. Na wszelki wypadek powtórzyłem zaklęcie w polskim tłumaczeniu. Przez chwilę nic się nie działo, aż usłyszałem za sobą chrząknięcie. Obróciłem się gwałtownie. Za mną, tuż przy kręgu siedział na krześle facet około trzydziestki, ubrany w jakieś średniowieczne szaty i patrzył na mnie z uśmiechem.

Pomyliłeś się w drugim zdaniu, ten łaciński tekst jest do dupy, ale to nie ma znaczenia – powiedział – liczy się intencja.

– Jezu, a to ci numer! – zawołałem, a potem zreflektowałem się i przeprosiłem.

– Nie ma sprawy – powiedział szatan – to na mnie nie działa. Ani woda święcona. I nie próbuj mi machać tym krzyżykiem – jak nie będę miał ochoty, to ci nic nie powiem.

– Jezu! – tu znowu ugryzłem się w język – mam tyle pytań.

– Daj spokój z pytaniami. Masz jakieś życzenia? Tylko bez żadnych „wieczne życie” albo „wszechmoc”. I pamiętaj, że nie ma nic za darmo.

– A czego byś chciał?

– Oczywiście twojej duszy. To chyba żaden problem? Wy buddyści nie wierzycie w istnienie duszy, więc dostałbym coś wirtualnego za konkrety.

– Źle przeczytałeś. Buddyści nie wierzą w niezmienne „ja”.

– Przecież kiedy wstępujesz w nirwanę to „porzucasz swoje ja”. Ja to twoje „ja” sobie wezmę, a na razie będziesz mógł spełniać swoje marzenia, także w następnych wcieleniach, jeśli nie uda ci się osiągnąć nirwany w tym życiu – bo przecież wierzysz w reinkarnację?

– Sprawa jest bardziej złożona. W gruncie rzeczy reinkarnacja jest złudzeniem. Poczytasz sobie o tym w mojej książce.

– No dobra, czego byś chciał?

Zastanowiłem się. Szatan zamącił mi w głowie. Kiedy wstępuję w nirwanę, to moje „ja” znika, więc gdybym mu je oddał (jak?), to by nie zniknęło i nie mógłbym pozbyć się iluzji i osiągnąć nirwany. Ale zaraz, „ja” jest przecież iluzją, nie można go przekazać. Ja jestem iluzją – i ten szatan także. Dałem się nabrać – robił sobie ze mnie jaja. I skąd on się wziął, przecież diabły nie istnieją.

– A co ty możesz? – zapytałem.

– Praktycznie wszystko, jestem przecież aniołem.

– Upadłym aniołem.

– No widzisz, anioły też się Bogu nie udały, podobnie jak ludzie i ten cały świat.

– A czym ty się właściwie zajmujesz, poprawianiem świata?

– No skąd, przecież taki idealny świat byłby ogromnie nudny.

– To co robisz?

– Na ogół spełniam wariackie marzenia ludzi. Najbardziej lubię idealistów, którzy chcą uszczęśliwić ludzkość.

– Jakieś przykłady?

– No na przykład Marcin Luter. Bardzo chciał aby zwyciężyło dobro, to znaczy jego koncepcja chrześcijaństwa. Masz tu ilustrację, jak ludzie rozumieją dobro.

Tłumaczyłem mu kiedyś, że jego antysemityzm wynika z pomyłki. Po prostu Biblia, którą czytał, była fatalnie przetłumaczona, a już Nowy Testament to wręcz katastrofa lingwistyczna.

Zresztą, całe chrześcijaństwo, które tak cenił sobie Luter, ma niewiele wspólnego z Jezusem. To koncepcja świętego Pawła, który nie tylko Jezusa na oczy nie widział, ale nawet nie był zainteresowany żywym Jezusem. Uważał, że Jezus przekazuje mu w wizjach to, o co naprawdę Mu chodziło, a czego nie chciał (ciekawe, dlaczego?) powiedzieć swoim apostołom.

Mówiłem mu: Paweł, kit to możesz wciskać poganom, bo jak im mówisz „syn boży” to rozumieją że to syn Boga, a syn boży to przecież każdy Żyd, co powinno być dla ciebie jasne, do cholery. I skąd ci wpadło do głowy, że Mesjasz umiera na krzyżu?! Przyjąłeś, że Jezus to Mesjasz, a skoro umarł na krzyżu, to do czegoś to było potrzebne. I wywiodłeś stąd całą koncepcję odkupienia.

Ale gdzie tam. Całe gadanie spływało po nim jak woda po gęsi.

Tak samo było z Lutrem. Moje perory odniosły tylko taki skutek, że zaczął się uczyć hebrajskiego i przetłumaczył Biblię na niemiecki. Ale jak się okazało, że Żydzi nie chcą się nawracać na chrześcijaństwo, to zaraz zaczął nawoływać, żeby palić ich szkoły i synagogi i burzyć ich domy „dla chwały Boga”. No cóż, tak chrześcijanie rozumieli religię miłości. Palenie na stosach też wymyślili po to, żeby nie można było powiedzieć, że przelewają czyjąś krew.

No i nie można z nim było naprawdę podyskutować, bo zamiast podać jakieś rzeczowe argumenty – zaraz cytował Biblię, jak jakiś Świadek Jehowy. „O tu, tu jest napisane” pokazywał palcem jakiś fragment i było po dyspucie. Po co ludziom rozum?

Próbowałem mu wyjaśnić, że w świecie, gdzie wszystko jest zmienne i nic nie pozostaje takie samo jak było jeszcze przed chwilą, nie można mówić o niezmiennej, nieśmiertelnej duszy. Oj, zatkało go. Otworzył usta, wzrok mu się zrobił szklisty — widać było, że nic do niego nie dociera. Budda zrozumiał to od razu, ale hinduizm nie był wtedy taki restrykcyjny, no i Budda to był wielki umysł. A Luter ocknął się po chwili i zaczął mi wymyślać od szatanów, a nawet chciał rzucić we mnie kałamarzem. Skąd ta idea szatana? Widocznie na kogoś trzeba zrzucić odpowiedzialność za wszelkie zło na świecie, a nie można obciążyć Stwórcy, który z definicji jest dobry.

Tak to jest, kiedy przyjmie się za pewnik jakieś durne założenie. Wtedy wszystkie niekonsekwencje trzeba tłumaczyć pokrętnie według przyjętych dogmatów.

Intelektualiści nie są wcale lepsi. To, co im się wydaje logiczne, biorą za porządek świata. Kalwin był intelektualistą. Dzięki niemu zresztą przyjęło się powszechne nauczanie. Uważał, że Biblię trzeba czytać ze zrozumieniem, analizować, rozważać. Jednak i jemu nie mogło się pomieścić w głowie, że to nie są prawdy objawione, i że bzdury czy sprzeczności tam zawarte nie wynikają ze słabości ludzkich umysłów, które nie umieją doszukać się głębi w Piśmie Świętym, ale ze słabości umysłów przodków, którzy tę księgę napisali.

Próbowałem mu wyjaśnić, że wolna wola nie istnieje. To było dla niego za trudne. Przeżuwał to sobie w głowie tygodniami, w końcu wykoncypował predestynację: „Losy człowieka są już z góry określone przez wolę Boga”. Dobra, Janie, mówię, to jest do przyjęcia, pod warunkiem że się właściwie rozumie: kim jest Bóg. Nie popełnij błędu utrzymując, że Bóg zastanawia się nad losami ludzi i planuje im takie a nie inne zdarzenia. Bóg niczego nie planuje, nie ma żadnych emocji, w ogóle nie jest…

I tu skończyła się nasza dysputa. Ten sam szklisty wzrok co u Lutra, a potem stukanie palcem w Biblię.

Pomagałem im realizować ich koncepcje. Myślisz, że jak rozczarowali się efektami to rewidowali swoje pomysły?

Tu diabeł skrzywił się.

Ciekawe, co z Polską, pomyślałem. Czy tu może coś zdziałał…

– Na pewno zastanawiasz się, co tu u was miałem do roboty. Nie warto o tym gadać. Może chcesz zostać prezydentem?

– E tam, co może prezydent?

– Obdarowałbym cię różnymi przymiotami. Wymowa, charyzma, miłość narodu. Kochali by cię jak Wałęsę w 1980, cokolwiek byś powiedział. Albo jak twardy elektorat kocha Kaczyńskiego. A potem byś mógł wcielać swój plan uszczęśliwiania Polaków.

– Słuchaj, a czy ty czasem nie dogadałeś się z…

– Nawet gdyby tak było, to nie mógłbym ci powiedzieć. A może chciałbyś zostać milionerem? Albo dałbym ci młodość – do końca życia miałbyś tyle lat ile chcesz, a do tego majątek.

– Do końca życia? A ile jeszcze będę żył?

– Kto to wie? Wszystko w rękach Boga.

Coś mi to dziwnie wyglądało. Czy można wierzyć diabłu? Stałbym się dziś młody i bogaty, a jutro może wleciałbym pod tramwaj.

– Ale to wszystko sztampa. Pomyśl o czymś ekstra. Jeżeli masz jakąś ciekawą koncepcję uszczęśliwienia Polaków, albo całej ludzkości, to dawaj śmiało, może coś się da zrobić.

To było wyzwanie. Oczywiście nie ma mowy o żadnej tam sprzedaży duszy. Zrozumiałem, że diabeł się nudzi i jest szansa żeby go „uruchomić”. Te numery z duszą, to były pewnie dla takich, którzy w to wierzyli. Na pewno interesują go tylko ciekawe, a może nawet szaleńcze pomysły ludzi.

Ciekawe, co by zaproponowali inni. W Studiu Opinii na pewno chcieliby natychmiastowego wprowadzenia euro. Ale czy to by nas uszczęśliwiło? A może odsunięcie PiS od władzy? Poza uczuciem ulgi – co by to dało? Zresztą, czy powstałby jakiś dobry rząd? A nawet, jak by powstał, to czy to daje gwarancję szczęścia? Poza tym samo by się nie zrobiło, diabeł nie zmienia świata, tylko daje ludziom możliwości, żeby się wykazali. Musiałbym działać, a polityka mnie odrzuca.

Może przyjęcie przez wszystkich innej religii niż katolicyzm? To by mogło być zabawne, także dla szatana. Zostaję nowym prorokiem i ogłaszam, co mi podyktowała Siła Wyższa. Wszyscy przyjmują islam. Prezydent w meczecie bez butów, składa pokłony, Szydło w chuście jak na wizycie u papieża, kapłani nawołują z minaretów do modlitwy, z grzechów nie trzeba się spowiadać – ot, Allah chciał żeby tak się stało, jak się stało (wyznawcy stale powtarzają, gdy zamierzają coś zrobić: jeśli Allah pozwoli). Kobiety dalej nie mają nic do gadania, nie można pić alkoholu… Zaraz, zaraz – nie można pić alkoholu? – to nie przejdzie. A poza tym: szyici czy sunnici? Co by się wybrało, czeka walka z drugą stroną. To nie zapewnia szczęścia.

Skoro nie można ludzi zmienić, to jak ich uszczęśliwić? Nikomu się dotąd nie udało, więc nie ma co się wysilać. Ale można by zaspokoić jakieś pragnienia, marzenia.

Przypomniałem sobie napis jaki widziałem wiele lat temu na ścianie stacji samochodowej: Chcemy benzyny i igrzysk! Ludzie chcą igrzysk, odmiany, emocji. W dodatku przeszłość wydaje im się często lepsza, bo rozczarowali się zmianami, spodziewając się, że przyniosą same plusy, bez wad. W komunie marzyliśmy o „kapitalizmie z ludzką twarzą”, gdzie pozostałyby wszystkie zalety socjalizmu, a doszły same zalety kapitalizmu. Nie udało się, oczywiście, ale jakby to zrobić jeszcze raz, ale unikając dawnych błędów… Przecież ludzie uczą się na błędach. Co ja wygaduję?! Kto się uczy na błędach?!

No to jak nie islam, to może mozaizm? Mentalnie polscy katolicy często żyją raczej w świecie Starego, a nie Nowego Testamentu. „Oko za oko, ząb za ząb”, dowalić wrogom z pomocą Pana Boga albo ku Jego chwale, wyrżnąć inaczej wierzących.

Kasta kapłańska zyskałaby na sile, bo uniezależniłaby się od papieża. Kapłani mogliby, a nawet powinni się żenić. Nakazów, których wyznawcy muszą przestrzegać, są setki, jest więc co kontrolować. Kobiety mają mało do gadania, a mąż może bardzo łatwo uzyskać rozwód. A Polacy nareszcie byliby Starszymi Braćmi dla wszelkich wyznań chrześcijańskich.

Ale czy Żydzi są szczęśliwi? Wszyscy im przypisują najgorsze cechy i działania, taka bezinteresowna nienawiść. No i dwóch spraw nie da się ominąć: to obrzezanie i język hebrajski.

Coś ekstra… Zawsze żałowałem że nie spotkałem Buddy. Gdyby Budda objawił się teraz… Ale kto u nas zrozumie jego nauki? Nie mamy tu hinduskiego podkładu. Wyobrażenia katolików są inne. Potrzebują Boga i to jeszcze takiego który nakazuje, karze i nagradza. Buddyzm nie potrzebuje bogów.

To może Jezus? Co on naprawdę powiedział? Co robił? Pojawił się wśród Żydów i odnosił się do religii narodu wybranego. A gdyby pojawił się w Polsce i zaczął odnawiać katolicyzm? Humanitarne przesłanie nauk Jezusa jest uniwersalne, podobne głosili już mędrcy w różnych krajach, ale dzięki rozpowszechnieniu chrześcijaństwa te dostały się do powszechnej świadomości. Tyle że nie zmieniły natury ludzkiej i ludzie dalej męczą ludzi, często powołując się na Jezusa. Ale jakby pokazał parę cudów… Bo ja wiem… Ludzie nie lubią dosłowności. Wolą się domyślać –- co mogła mieć na myśli Matka Boska, kiedy na brudnej szybie pojawiło się coś przypominające jej malowany wizerunek. A co by zrobili, gdyby kazał nadstawiać drugi policzek, wybaczać nawet nieprzyjaciołom, albo wyrzucił z kościołów te budki z antysemickimi publikacjami i koszmarnymi gadżetami… Poza tym szatan nie sprowadzi Jezusa, co najwyżej pomógł by mi wprowadzać nową wiarę. No nie, co to za rozrywka – raczej kupa roboty i użeranie się z ludźmi. Pewnie i szatan nie miałby rozrywki.

– Ale, ale, czytałem ostatnio wypowiedź generała jezuitów i on stwierdził że ciebie nie ma. Powiedział: „szatan jest symboliczną figurą, która symbolizuje zło”.

– Powinien uważać – uśmiechnął się szatan. Mogę się założyć z Bogiem o jego wiarę, tak jak założyłem się w przypadku Hioba.

Zaraz, przecież szatan dał mi wskazówkę – uszczęśliwić ludzkość, albo chociaż Polaków – to by go mogło zainteresować. Faktycznie, w żadnej znanej historii konszachtów z szatanem nikt o tym nie pomyślał, wszyscy chcieli czegoś dla siebie. Ale jaka tu mogłaby być moja rola? I co z tą duszą?

– Ale po co ci dusze? Musisz zapełnić piekło?

– Jakie piekło? Myślisz o tych kotłach ze smołą, piekielnych mękach, gotowaniu w oleju? To propaganda. Potrzebne to kapłanom do terroryzowania ludzi, takie zarządzanie strachem. Chcesz zobaczyć piekło, to wybierz się do obozów koncentracyjnych w paru miejscach na Ziemi, albo do obozu islamskich terrorystów w Afryce.

A dusze po prostu kolekcjonuję. Ty też zbierałeś kiedyś znaczki i przecież nie dla zysku. Ot, taka abstrakcyjna przyjemność.

Co by mogło zabawić i chociaż na chwilę uszczęśliwić Polaków? Oczywiście nie wszystkich. Większość chciałaby, żeby PiS sobie poszedł, ale nie wie jak to zrobić.

Mam! Przedstawiłem diabłu swój plan. Szatan rozważał go, a na moją prośbę w miarę jak plan objaśniałem, pojawiała się wizualizacja poszczególnych etapów – chciałem zobaczyć czy coś nie może nie wypalić, albo wypaść inaczej niż planowałem.

Plan wyglądał tak:

Jarosław Kaczyński budzi się rano i nie może sobie przypomnieć, co wczoraj robił. Stwierdza, że nie ma przy nim ochrony. Sięga po telefon, dzwoni, ale nikt z rozmówców w ogóle go nie kojarzy; najczęściej słyszy „pomyłka” albo „proszę zadzwonić później”. Sięga po swój pistolecik, ale on okazuje się marnie podrobioną zabawką. Lodówka pusta, nikt nie przywozi zakupów. W telewizorze komunikaty z poprzedniego dnia: „Jarosław Kaczyński zrezygnował z członkostwa partii i zasiadania w Sejmie. Odpowiednie dokumenty zostały dostarczone władzom. Kaczyński nie chce się z nikim kontaktować. W ciągu tygodnia, jak zapowiada, ogłosi komunikat w tej sprawie”.

Dalej jest jak we śnie. Kiedy przełamuje paniczny strach i decyduje się wyjść z domu bez ochrony, nikt nie zwraca na niego uwagi. W Sejmie nie chcą go wpuścić, a on nie ma żadnych dokumentów potwierdzających tożsamość.

Spotyka Ziobrę, ten się do niego uśmiecha, poklepuje go protekcjonalnie po plecach i idzie dalej. Nikt nie słucha tego, co mówi. Ogląda w telewizji komunikaty z rozpadu swojej formacji, kłótnie liderów. Wraca do domu. Włącza telewizor. Po chwili pojawia się na ekranie znajoma twarz i komunikat: Nowym szefem partii i premierem został Antoni Macierewicz

– Nie, nie – przerwałem – rezygnuję z tego.

To było niezłe – stwierdził diabeł – ale ktoś już zamówił inny scenariusz. Może na razie ześlę mu taki sen.

Świeca zgasła.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\13226734_1184207048265198_1970262509920974208_n.jpg

„Sztuczne fiołki”

PIRS
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (17 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +19 (from 19 votes)
PIRS: Rozmowa z diabłem, 10.0 out of 10 based on 17 ratings

6 komentarzy

  1. A. Goryński 2017-08-07

Odpowiedz