Andrzej C. Leszczyński: Lud

Autor: Jerzy Duda-Gracz

2017-09-08.

Kordian [do Prezesa]:
Wiecznie śpiewasz to samo! Hymn starości piejesz.
[Do spiskowców]:
Idźcie za srebrną głową w noc niewoli czarną
We mnie wszystka nadzieja upada i znika;
Boście z tłumu wysiani jak największe ziarno,
A tak mali jesteście… Idźcie! gardzę wami!.

Juliusz Słowacki, Kordian, akt III, scena 4, podziemia kościoła Św. Jana.

1. Wanda Świątkowska (Hamleci Jerzego Grotowskiego) przypomina Studium o Hamlecie, ostatni spektakl Grotowskiego zrealizowany w opolskim Teatrze 13 Rzędów (1964). Spektakl przemilczany przez krytykę, obejrzany przez 630 widzów, wymazany z oficjalnej biografii Grotowskiego. Ma to zapewne związek z faktem, że Hamlet okazywał się Żydem, otoczonym przez dworaków będących nieokrzesanymi chłopami; nie tego oczekiwała partyjna propaganda mówiąca o sojuszu robotniczo-chłopskim w budowie socjalizmu.

Zbigniew Majchrowski, omawiając książkę Świątkowskiej, szuka odniesień do Prześnionej rewolucji Andrzeja Ledera, a także do finałowej sceny z krakowskich Dziadów Konrada Swinarskiego (1973), w której – niczym w opowiadaniu Stefana Żeromskiego Rozdziobią nas kruki, wrony – pokazane jest odzieranie z ubrania Konrada. Okrucieństwo chłopów pokazywał wcześniej Andrzej E. Koźmian (syn Kajetana) w sztuce Rok 1846 (1868).

Nie tylko wtedy, przed ponad półwieczem, nie chciano mierzyć się z niesympatycznym obrazem chłopa. W ostatnim czasie, zapewne w związku z wynikiem wyborów parlamentarnych oraz krytyką demokracji liberalnej i ekonomicznego neoliberalizmu, zaznaczył się zwrot w myśleniu o ludowości. Zwrot widoczny w niektórych badaniach kulturowych, a bardziej jeszcze w twórczości artystycznej (literatura, muzyka, teatr), odnawiającej związki z chłopomaństwem. Chłop polski jest dziś tłumaczony ze swej obojętności wobec spraw publicznych i imponderabiliów doznaniami wyniesionymi z niewolniczej, folwarczno-pańszczyźnianej przeszłości. Tamte krzywdy odpowiadają dzisiejszym: feudalizm został zastąpiony przez neoliberalizm, a folwark przez korporację.

Chłopskiej poniewierce trudno przeczyć. Można tylko zastanawiać się, jak długo ma tłumaczyć powojenne losy i obecną kondycję tej klasy społecznej. Jej przedstawiciele wyparli („prześnili”) rzecz dla nich przełomową – przejęcie dóbr żydowskich, niemieckich i szlacheckich. W ramach sojuszu robotniczo-chłopskiego stali się beneficjentami urzędów i stanowisk państwowych oraz partyjnych. Korzystali z przywilejów, mających wyrównywać niegdysiejsze krzywdy i niedostatki współczesnego kapitału kulturowego (punkty za pochodzenie na studia). Zajmując nomenklaturowe stanowiska, łatwo kończyli zaoczne studia na politologii bądź pedagogice.

Zdemoralizowało ich to wszystko, potomkowie Jakuba Szeli dobrze poczuli się w pańskich kontuszach. Franciszek Szlachcic, peerelowski wicepremier i minister spraw wewnętrznych, zapisał we wspomnieniach: „W czasie trwania mojej formacji do władzy dochodzili ludzie z gminu, ubodzy, nierzadko nędzarze, a więc tacy, którzy powinni dobrze znać życie i rozumieć niegdyś sobie równych. Tymczasem – nie. Odrywali się szybko od tamtych czasów, jakby chcąc o nich zapomnieć. Bogacili się w nieprawdopodobnym tempie, prąc do wybicia się przed innych z całych sił. […] Dygnitarze komunistyczni w błyskawicznym tempie przyjmowali wszystkie negatywne cechy poprzedniej warstwy rządzącej, nie wykształcając żadnych własnych, pozytywnych”.

Andrzej Leder w rozmowie zatytułowanej Folwark polski mówił o podziale na panów i chamów, który w polskim odczuwaniu świata przetrwał do dziś. Nie zauważa jednak, że w rzeczywistych relacjach społecznych coraz częściej panem jest niedawny cham. Mówi: „Nie ma w Polsce tego MY. I nie ma chęci, żeby za cokolwiek brać odpowiedzialność – oprócz własnego obejścia” Potwierdza w ten sposób, że i pan i cham przejawiają pospołu tradycyjne chłopskie cechy („Niech na całym świecie wojna,/ byle polska wieś zaciszna,/ byle polska wieś spokojna”). I nie chodzi tu bynajmniej o pradawne, chłopskie korzenie ogółu Polaków, co miałaby wyrażać nazwa pochodząca od „pola”.

2. Zachowując niezmienne od lat poczucie krzywd, oznaczające dziś wyzucie z przywilejów będących udziałem „elit”, odzyskują świadomość własnej wartości okazjonalnie podczas wyborów, oraz permanentnie jako użytkownicy Internetu – w obu przypadkach korzystając z wygody, jaką daje anonimowość i zbędność argumentacji. Tak to właśnie wygląda: kompleksy przemieniły się w pychę i narcyzm, lęki w agresję. Jedno pozostało niezmienne – kulturowa podrzędność utrwalana od wieków przez systemy władzy świeckiej i kościelnej. A od jakiegoś czasu przez zanik własnych aspiracji, nad czym ubolewali tacy chłopscy twórcy, jak Wiesław Myśliwski, Julian Kawalec czy Marian Pilot.

Lud odrzuca więc jako niewygodną myśl, że elitę trzeba cenić choćby dlatego, gdyż tworzą ją najlepsi w danej dziedzinie (funkcjonowały wszak elity kowali, stolarzy czy grajków weselnych). Chce, by wszystko było dane – nie: zadane. Demokracja liberalna to ich zdaniem (cytuję Stefana Chwina z jego Dziennika) „ustrój dla mięczaków i chwaląc rządy twardej ręki, lekceważą z pogardą jakąś wolność myśli, wolność słowa, wolność druku, wolność sumienia, wolność wyznania, wolność stowarzyszania się, zasadę trójpodziału władz i prawo do pokojowej wymiany ekip rządzących”.

Wolność oraz idące za nią sprawczość i odpowiedzialność okazują się zbyt „nieszczęsnym darem”, by chcieć go zachować. Dlatego (to słowa ks. Adama Bonieckiego) „Szukamy partii, która się nami zaopiekuje, będzie dla nas dobra, opiekuńcza, utuli, ochroni przed niebezpieczeństwem świata”.

Rzeczywiście, coraz częściej zdziecinniała większość wypatruje sposobu, by uciec od realnych trudów i własnej odpowiedzialności za ich przezwyciężanie. Szuka ułudy. Prowokuje polityków, by powiedzieli im, że będzie dobrze. Ludzie ci pragną usłyszeć oczyszczającą bajkę, która odróżni ich od właściwego winowajcy oraz zakończy się wymierzeniem sprawiedliwości.

I politycy chętnie takie bajki opowiadają.

Nie znaczy to, że są podobni do podrywaczy, zdolnych skłonić do uległości dziewczynę skądinąd cnotliwą. Polityk odwołuje się do masy świadom tego, że pozbawiona jest cnoty. Polega na społecznościach wyzutych z potrzeb demokratycznych, społecznościach przywykłych do „niedemokracji”. Określeniem tym posługuje się Jacek Santorski, który mówi o „świadomym wyrzeczeniu się społecznej i politycznej podmiotowości na rzecz codziennej krzątaniny”.

Polityk jest więc raczej akuszerem ujawniającym skrywane dotąd cechy – także ciemnotę i niegodziwość, którym gotów jest przyznać zalety patriotyczne – niż kimś, kto do nich przyucza czy tym bardziej przymusza.

Rządy PiS-u upodmiotowiły społeczeństwo wyrosłe z chłopstwa i zachowujące „postchłopską mentalność”. Używa tego terminu Zbigniew Mikołejko: „Dzisiejsi mieszkańcy miast, to awansowani w drugim czy trzecim pokoleniu potomkowie społeczności wiejskiej i ten atawizm kulturowy rodzi z jednej strony postawy lękowe: lepiej się nie wychylać, a z drugiej to […], aby nic nie robić, w nic się nie angażować, bo liczy się tylko mój nos, mój tyłek, moja rodzina”. Do tej mentalności władze się dziś odwołują i taką nobilitują. Prof. Piotr Augustyniak nie bez sarkazmu zauważa, że polski lud naprawdę „wstał z kolan”, że naprawdę nastąpiło „przebudzenie społeczne”, że faktem jest „dobra zmiana” polegająca na wydobyciu się na powierzchnię prawdziwej energii popędowej, której nie ma czego przeciwstawić.

3. Pragmatyczna logika rządzących nie powinna zaskakiwać. Masy, jak to masy, im bardziej ciemne, tym mniej sprawiają władzy kłopotu. Pewnie dlatego Kościół nie zachęcał chłopów do nauki czytania mogącego prowadzić, horribile dictu, do czytania Pisma Świętego. Samodzielna lektura Biblii była zresztą w katolicyzmie od dawna zakazana. Grzegorz IX widział w niej (w lekturze) inspirację szatana, zaś Leon XIII tłumaczenia Biblii na języki ojczyste umieszczał na indeksie ksiąg zakazanych.

W znanym eseju Karl R. Popper pisał o społeczeństwie otwartym, w którym jednostka ma prawo do własnych wyborów i decyzji; do równości w dostępie do edukacji i wykraczania dzięki niej poza utrwalone hierarchie; a także do racjonalnej, obywatelskiej krytyki jakiejkolwiek władzy. Tymczasem abp Marek Jędraszewski w skierowanym do hierarchów referacie (2014) te na wskroś chrześcijańskie normatywy łączy z szatańskimi zamysłami takich ludzi, jak George Soros. Pisze: „Podstawowym zamiarem Sorosa i stworzonej przez niego Fundacji im. Stefana Batorego jest urzeczywistnienie w Polsce »społeczeństwa otwartego«, na kształt tego, które kiedyś zaproponował Karl Popper. W realizacji tego zamiaru kluczowe jest stworzenie w naszym kraju tak zwanego Kościoła otwartego, który by istniał i działał, a równocześnie odrzucał prawdę objawioną, a przez to absolutną”.

Zbędne dodawać, że dostęp do tej prawdy ma mieć jedynie hierarchiczna instytucja, dzięki czemu zachowa władzę na owczarnią.

Utrzymywanie w ciemnocie nie jest zresztą specjalnością Kościoła. To samo można powiedzieć o władzy politycznej – teraz oczywiście PiS-u, wcześniej także PO – która starała się karmić świadomość suwerena jak najmniej wyszukanymi potrawami.

Mówiła o tym w wywiadzie Róża Thun: „Wychodzi stary grzech zaniechania wszystkich kolejnych rządów przed PiS-em. Zaniechania edukacji obywatelskiej i nauczania historii. Ludzie niczego nie wiedzą i można im wmawiać wszystko. […] Niech ludzie nie czytają, nie myślą, nie zadają pytań, czy można żyć inaczej”.

Są więc w dominującym stopniu nieszczęsnym/szczęsnym „ciemnym ludem”, społeczeństwem zamkniętym w rozumieniu Poppera, który kupi prawie wszystko, co chytry oferent podsunie mu pod nos. Nie czytają książek, nie chodzą do teatru ani na koncerty inne niż disco-polo. Ci, którzy obejmowali peerelowskie stanowiska, zamiast czytać Marksa słuchali partyjnych propagandzistów. Dzisiaj lekturę Biblii zastępują im pouczenia proboszcza. I nie przeszkadza im, że od dwóch lat znowu znaleźli się w folwarku zarządzanym przez niewysokiego ekonoma z brzuszkiem.

Utrzymywaniu stadnego posłuszeństwa sprzyja apoteoza tego co narodowe, przy ostentacyjnym pomijaniu aksjologii społecznej.

Naród to pochodzenie, ród, rodzenie się. Społeczeństwo (społem, spółka) oznacza wspólnotę. Dostrzegał tę różnicę Cyprian Kamil Norwid, pisząc w liście do Michaliny Zalewskiej (1862): „Może powieszą mnie kiedyś ludzie serdeczni za te prawdy, których istotę powtarzam lat około dwanaście, ale gdybym miał dziś na szyi powróz, to jeszcze gardłem przywartym chrypiałbym, że Polska jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na świecie naród. Kto zaś ma jedna nogę długą jak oś globowa, a drugiej nogi wcale nie ma, ten – o! – jakże ułomny kaleka jest!”.

W 1920 roku podobne słowa wypowiada Józef Piłsudski: „Jednym z przekleństw naszego życia […] jest to, żeśmy się podzielili na kilka rodzajów Polaków, że mówimy jednym polskim językiem, a inaczej nawet słowa polskie rozumiemy, żeśmy wychowali wśród siebie Polaków różnych gatunków”.

4. Chłopomańska, antyliberalna retoryka znajduje coraz bardziej wyrazistą przeciwwagę w wypowiedziach kreślących dość ponury obraz ludu identyfikowanego w kategoriach nie tyle pochodzeniowych, co raczej politycznych. To lud będący elektoratem PiS-u.

Nie miarkował emocji aktor i tłumacz Jacek Poniedziałek, gdy pisał o czterdziestoprocentowej części społeczeństwa głosującej na partię wyrzucającą Czesława Miłosza z listy licealnych lektur. Pyta: „Czy zwolennikom tej obłąkańczej partii nie przeszkadza, że ich dzieci będą się uczyć zideologizowanej i wykastrowanej, zafałszowanej wersji literatury i historii?”. Dalej jeszcze mocniej: „Pozagryzajcie się sami. Nic was nie uratuje. Będziecie już zawsze pośmiewiskiem świata, który patrzy na was z mieszaniną politowania i pogardy. I ma rację. Krzyczcie na Niemców o reparacje wojenne. Tkwijcie w tej aberracji po kres waszych dni i nigdy nie wyrwijcie się z pułapki wojny sprzed 70 lat”.

Poniedziałek nie kryje obrzydzenia do elektoratu PiS: „Tkwijcie w głowie tej mściwej kreatury, tego chorego umysłu, który nienawidzi współczesnego świata i ludzkości. Który kocha tylko swój ból i poczucie winy z powodu śmierci krewnego. Nienawidźcie, tak jak on kazał wam nienawidzić. Plujcie i pogardzajcie tylko dlatego, że jemu się tak podoba. Na was też przyjdzie czas”. I kończy: „Niech przeklęty będzie dzień, w którym ten potwór wylazł ze swojej nory […]. Tkwił tam w uśpieniu przynajmniej od pogromów kieleckich, może od ’68. A teraz znów jest, pręży swoje oślizgłe, ociekające krwią cielsko i węszy: kogo by teraz pożreć”.

Komuś, kogo oburzają powyższe słowa, warto przypomnieć Józefa Piłsudskiego, który również nie szczędził mocnych określeń, mówiąc, że Polska to jeden wielki kołtun, że naród wspaniały, tylko ludzie kurwy, itp.

Polskie cechy zyskują na wyrazistości w oczach obserwatorów zewnętrznych, którzy mogą zestawić je z cechami innych nacji.

Rafał Olbiński, jeden z najbardziej znanych w świecie polskich artystów, w taki oto sposób wyraził swe odczucia po przyjeździe do starej ojczyzny: „Wyszła z Polaka potworna morda chama, prymitywa, ksenofoba, homofoba, rasisty. Stanowi elektorat, więc jest kokietowany. W USA słowo »Polak« oznacza prymitywa, głupka, na co zapracowało kilka pokoleń pozamykanej w ksenofobicznych parafiach Polonii”.

Znany prozaik Janusz Rudnicki, pytany, czy na uchodźctwie wstydził się czegoś, odparł: „Za naszych. Za nasz polski lud ludowy na pchlich targach, za te gęby ziemniaczane mężczyzn i buzie pań jak pisanki wielkanocne malowane. Za ich zacofany, bezmyślny katolicyzm i za pogardę wobec innych ras. Dzisiaj ten wkurw mam jeszcze większy. Na to o mentalności polskiego chłopa ludowe nasze bydło rasistowskie. Na ich wyssany ze spermą ojca antysemityzm. Na tych katonazioli plujących obcym w twarz”.

Pisarz Krzysztof Varga, nawiązując do znanych słów Witolda Gombrowicza broniącego Polaków przed Polską („Ty całe życie padałeś przed Nią na kolana. Spróbuj teraz czegoś wręcz przeciwnego. Powstań. Pomyśl, że nie tylko ty masz jej służyć – że Ona także ma służyć twemu rozwojowi. Wyzbądź się zatem nadmiaru miłości i czci, które cię pętają, spróbuj wyzwolić się z narodu”), formułuje sąd radykalnie odmienny: trzeba bronić Polski przed Polakami. „Gdyby to nie Polacy, ale jakiś rozsądny, wykształcony, trzeźwy na umyśle naród zamieszkiwał Polskę – żylibyśmy w kraju szczęśliwym, spełnionym, przepełnionym życzliwością”.

Cezary Wodziński w swym Dzienniku (30 tomów, ok. 6 000 zapisanych ręcznie stron) pomija z zasady politykę („Notatnik dotyczy jednak głównie filozofii, a ta, jeśli ma być wierna sobie, nie może mieć nic wspólnego z polityką”). Czasami jednak nie potrafi nie zauważać tego, co dzieje się za oknem. 11. 04. 2010 zapisuje: „Wstrząs. Szok. Tragedia. […] Ale zarazem korowód upiorów. […] Śmierć sprawia, że ludzie z marnych i szkodliwych polityków stają się nagle wybitnymi mężami stanu, wieszczami, męczennikami sprawy polskiej. Stare rekwizyty wyjmujemy z kufrów. Szabla, ryngraf, furażerka, co tam jeszcze! Fala patosu wzbiera i przelewa się ulicami”. Po tygodniu (18. 04. 2010) pisze: „To nie jest moja Polska – ta, którą widzę i słyszę od tygodnia. […] Kolejny spektakl ideologii, która otępia i zaczadza. Upiory pod Wawelem. Narodowa maskarada. Bezmyślna gęba prawdziwego Polaka. Zakompleksionego mitomana. Histerycznego frustrata i nekrofila”.

Inny filozof, znany z ważenia słów Władysław Stróżewski, w książce Miłość i nicość mówi ze smutkiem, że widzi w polskim narodzie cechy barbarzyńskie. Wspominając rodzinny Krotoszyn mówi o poniemieckim cmentarzu ewangelickim, z którego po wojnie Polacy, zapewne katolicy, kradli nagrobki i przerabiali na swoje. „Po prostu ścierali napisy po niemiecku i wpisywali nazwiska swoich zmarłych”. (A propos ewangelików: trzeba przyznać, że pod jednym choćby względem rody magnackie i szlacheckie respektowały zasadę noblesse oblige – w większości uwalniały się od kościelnych urzędników przechodząc na protestantyzm).

5. Odwieczne, biorące się jeszcze od Sokratesa wyrzekanie na politykę – jej amoralizm i utylitarną bezwzględność – choć ze wszech miar uzasadnione, samej polityki nie zmieni.

Zmiany może wymusić jedynie zmieniona świadomość ogółu ludzi. Tym bardziej będą znaczące, im więcej spośród nich zechce poczuć się obywatelami. By tak się stało, trzeba zapomnieć o bieżącej polityce rozumianej jako walka o władzę i zająć się kulturą, kulturowymi konkretami. Konkretem edukacyjnym byłaby np. obecność dobrych filmów w repertuarze każdego kina, także w jednej choćby salce w multipleksach, nawet przy pustej (do czasu!) widowni. Dziś wszędzie są popularne gnioty wypełnione zabijaniem i efektami specjalnymi. (Na dający do myślenia obraz muszę – gdańszczanin! – wybierać się hen do Nowego Portu albo Centrum Filmowego w Gdyni).

Wiem niestety, że ludzie zajmujący się polityką podobne pomysły mają za wyraz pięknoduchostwa, choć poza tym, że są rzeczywiście piękne, są też jak najbardziej pragmatyczne.

Czytający książki, chodzący do teatru i opery Francuzi oraz Włosi dziwią się, dlaczego po złamaniu w Polsce Konstytucji nie proklamowano strajku generalnego; u nich wybuchłby natychmiast. Otóż właśnie! Przejęcie władzy przez jakąkolwiek partię opozycyjną przy obecnym stanie świadomości oznaczałoby utrwalanie tego samego – zarządzania ciemniakami i rychłe wyrodzenie się rządzących.

Wydane niedawno listy Jerzego Giedroycia i Leszka Kołakowskiego z lat 1957 – 2000 pokazują odmienność niecierpliwych oczekiwań politycznego cadyka z Góry Kalwarii, jak mówiono o Giedroyciu, i szukającego sensów metafizycznych Kołakowskiego.

W komentarzu do listów Magdalena Grochowska pisze, że Giedroyć chciałby, „aby spod pióra filozofa spływały wprost na łamy gorące apele, protesty i programy polityczne, nie zaś rozważania wokół sacrum”. Kołakowski, chwilami poirytowany, odmawia roli „żołnierza” redaktora „Kultury”, politycznego agitatora, jakim bywał u początków swej działalności („Zużyłam kilka galonów atramentu na napisanie ogromnej ilości głupstw”). W podobnym kontekście można odczytać słowa Wojciecha Karpińskiego, wspominającego o swych dylematach z lat 70., gdy szukał sposobów wyzwolenia się od peerelowskiej stęchlizny: „Potrzebny był dystans do nieprzyjaciela, zdobycie języka zdolnego operować w wielu sferach, umiejętności przyswajania całej złożoności zewnętrznego świata, aby ocalić swój wewnętrzny świat”.

Tłucze mi się wciąż po głowie hasło sierpniowego festiwalu języka polskiego w Szczebrzeszynie: „Cała nadzieja w literaturze”. Oczywiście! A także w teatrze, muzyce, filozofii, balecie itp. Cała nadzieja w kulturze. Tylko ona – uszlachetniając umysły i świadomość obywateli – może choć trochę zmienić na lepsze politykę. Rozumiano to w czasach zaborów i później, w czasie okupacji hitlerowskiej, a także w PRL-u – gdy na podziemną kulturę zwracano nie mniejszą uwagę, niż na walkę. Rozumie to też zapewne minister Piotr Gliński, skoro tępi wszelkie przejawy niezależności kultury (szkoda miejsca na wymienianie paskudztw, jakich się w ostatnich dwóch latach dopuścił).

Jestem też pod wrażeniem uwag, jakie prof. Łukasz A. Turski, fizyk, skierował ku swym młodszym kolegom, nauczycielom. Pisze o znaczeniu nauki dla dobrego życia ludzi i dodaje: „Ale by to życie było spełnione, potrzebna jest nam sztuka i kultura. Jeżeli będzie trzeba, poznawajcie ją sami. Czytajcie…” – i wskazuje tytuły książek, tytuły filmów, nazwiska malarzy. Myśli Turski o nauczycielach jako o kulturowych przewodnikach rodem z Żeromskiego.

O czymś bardzo podobnym pisał Nicola Chiaromonte (Notatki): „Marksiście, który mówi: »Człowieka głodnego nie interesuje wolność ani idee«, można odpowiedzieć bez cynizmu: »I właśnie dlatego trzeba w każdej społeczności zadbać o to, by istnieli ludzie uprzywilejowani«.

Inaczej ginie cenne poczucie wolności, a także kultura i zaciekawienie ideami, a kiedy ich brakuje, nikt już nie dba ani o wydziedziczonych, ani o uciśnionych, ani o sprawiedliwość, ani o niesprawiedliwość. Czekanie, kiedy w ogóle nie będzie ludzi głodnych […] prowadzi do tego, że w końcu zaleje nas barbarzyństwo”.

Andrzej C. Leszczyński

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.7/10 (34 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +45 (from 49 votes)
Andrzej C. Leszczyński: Lud, 9.7 out of 10 based on 34 ratings

14 komentarzy

  1. Tadeusz Kwiatkowski 2017-09-08
  2. Obywatel RP 2017-09-08
  3. Dariusz Wisniewski 2017-09-09
  4. Zbyszek123 2017-09-09
  5. Obywatel RP 2017-09-12

Odpowiedz