Jerzy Dzięciołowski: Spotkanie z Prezesem

2017-09-12,

Właśnie kończyłem zaliczać swoje 10 tysięcy kroków w Lasku Bielańskim, w ramach starań o dotrwanie do końca dobrej zmiany zbiec zamierzałem z górki koło ogrodzenia AWF-u, patrzę, i oczom nie wierzę, u podnóża wzniesienia, sam zwykły poseł wyprowadził dwóch ochroniarzy, żeby się dotlenili.

Odzienie u pana prezesa przeciętnie sportowe: czarny spodzień, półbuty, koszulka z rękawem przykryta kamizelką, marynarka przerzucona przez ramię, ale za to duch żwawy. Grzecznie usunąwszy się na pobocze, słyszę: jeszcze sto metrów.

W odruchu człowieczeństwa chciałem uprzedzić, że nieopodal stoi locha i pięcioma warchlakami. Z daleka widać, że nie zna się na polityce, zupełnie jej nie zależy na wciągnięciu na listy wyborcze i wbrew opinii, że zwykły poseł rządzi od morza do Tatr – to ona tu rządzi. Ale to ewangeliczne podejście mi szybko przeszło.

Diabli wiedzą, co taki jeden z drugim nieułomek zrobiłby, gdybym się zatrzymał i zwrócił do pana prezesa poza trybem, z podejrzaną troską w głosie?!

Pozostałem więc nadal na marginesie (pobocza), prezes nie zaszczycił mnie spojrzeniem, a z memów on line wynika, że locha poświęciła się rodzinie, bo prezes ma zdolność lewitowania przy użyciu czerwonej pelerynki.

Spotkanie w Lasku Bielańskim mną wstrząsnęło. Toteż po dotarciu do domu, zabrałem się do studiowania wywiadu z księdzem Adamem Bonieckim, w „Wyborczej na koniec lata”, świeżo po zdjęciu przez prowincjała zakonu ojców marianów zakazu wypowiadania się publicznie.

Po sześciu latach na odwyku księdzu Bonieckiemu zupełnie nie przeszło mówienie tego co myśli. Wyczytałem więc, że można głosić ewangelię i jednocześnie nienawidzić. Co mi pasuje do prezesa. Oraz, że Karol Wojtyła, zanim został papieżem, nosił wiadra z wapnem i w ten sposób zapoznawał się z życiem na co dzień.

W liceum ogólnokształcącym miałem kolegę Zenka, biednego jak przysłowiowa mysz kościelna. W jego klitce (w której namiętnie graliśmy w durnia), pod ścianami, stały wiadra z gliną, którą Zenek mielił nogami i dostarczał na budowy, żeby dorobić na wyżywienie.

Graliśmy w drużynie w piłkę kopaną. Zenek był nie do przewrócenia. Nie śmiałbym pomyśleć, że prezes mógłby sobie wzmacniać kończyny, jak mój szkolny kompan. Ale poprawiłby sobie zaufanie, gdyby wziął kota, poszedł nad kanałek na Kępie Potockiej, ma niedaleko, wypił herbatkę w pubie „U Araba”, jak Grzesiu Miecugow, i w ogóle zakolegował się z ludźmi.

To by dopiero była sensacja!

Wiem, że jest to myśl niedorzeczna. Dlatego odwołam się jeszcze raz do księdza Bonieckiego. Człowiek, który nie pracował na własne utrzymanie, jest pozbawiony czegoś istotnego w formacji psychicznej. Wojtyła był między innymi dlatego tak niezawodny, że ciężko pracował na utrzymanie ojca i swoje. Jak się nosi wiadra z wapnem, to inaczej wygląda myślenie o człowieku, Bogu i miłosierdziu.

Jerzy Dzięciołowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +15 (from 15 votes)
Jerzy Dzięciołowski: Spotkanie z Prezesem, 10.0 out of 10 based on 10 ratings

Odpowiedz