Okupacyjne zagadki dziadka Leona

Print Friendly, PDF & Email

– Mów, co ci powiedział dziadek.

Milczałem. Dłoń nieznajomego boleśnie uciskała moje prawe ramię. Podniosłem wzrok do góry, na profil twarzy nieznajomego:

– On nie ma ucha – pomyślałem – coś obcięło mu ucho.

– Posłuchaj – nieznajomy drugą ręką obrócił mnie twarzą do jego twarzy – najpierw zabiję twojego ojca. Potem za dwa dni, jeżeli nie powiesz mi wszystkiego co powiedział ci dziadek przyjdę tu w Otwocku do waszego domu i zabiję twoją matkę. A potem ciebie.

– Powiem wszystko – drżałem, było mi zimno – to nie jest prawdziwy dziadek, tylko stryjeczny dziadek Leon. On opowiadał mi bardzo dużo o matematyce, a potem nauczył mnie zagadki o dwóch klepsydrach.

– O jakich klepsydrach? Mów.

– Są dwie klepsydry, jedna mierzy jedenaście minut, a druga siedem. Jak odmierzyć na nich czas piętnaście minut? Dziadek mówił, że u siebie w Londynie to ma dużo książek z takimi zagadkami. Jedną przywiezie mi tu do Otwocka, tylko że ona jest po angielsku.

* * *

Obudziłem się. Przy łóżku siedział dziadek Leon.

– Gdzie jestem? Gdzie jest on? Ten bez ucha?

Dziadek przyglądał mi się zmęczonymi oczyma:

– Źle spałeś. Krzyczałeś w nocy.

– To nie był sen. On mówił, że zabije tatę i potem mamę.

– To ci się śniło – dziadek nachylił się nade mną – to był zły sen. Bardzo zły. Czy widziałeś jego cień?

– Nie. Było ciemno.

– Jakby było jasno to też byś cienia nie zobaczył. Mary senne nie mają cienia. To był tylko sen.

Sen – a więc to był sen. Czy to możliwe? Wydawało mi się, że wciąż czuję zaciśniętą na moim ramieniu dłoń tego bez ucha.

Dziadek Leon, wciąż nachylony nad łóżkiem powtórzył:

– To był tylko sen. Kiedy miałem tak jak ty dziesięć lat, to złe sny gnębiły mnie przez cały rok.

* * *

To było moje ostatnie spotkanie z dziadkiem Leonem, bo tego samego dnia wyjechał – odprowadziłem go aż do dworca kolejowego, a w rok później, w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt trzecim zmarł przedwcześnie, pamiętam, że wiadomość o jego śmierci w Londynie otrzymaliśmy tego samego dnia, kiedy ze stacji kolejki wąskotorowej Otwock odjeżdżał ostatni pociąg do Karczewa i wsiadający do wagonów ludzie zastanawiali się co teraz, po skasowaniu kolejki stanie się z budynkiem dworca na Wawerskiej.

Nie mogę powiedzieć, żebym o dziadku Leonie tak zupełnie zapomniał, bo przez dziesiątki lat pałętała mi się, a i dzisiaj wciąż mi się pałęta po głowie owa dziadkowa zagadka z klepsydrami. Kiedykolwiek mi się to zdarza, na krótką chwilę przypominam sobie o dziadku i o człowieku bez ucha, poczem zabieram się za mniej lub więcej ważne, niedotyczące dziadka, sprawy codzienne, I tak było do chwili, kiedy po latach, podczas rodzinnej uroczystości wspomniałem o klepsydrowej zagadce dziadka Leona, a mój stryjeczny brat Stasio zamyślił się i po chwili odstawiając kieliszek z Wyborową powiedział:

– Było w życiu dziadka Leona kilka niewiadomych. Dokładnie cztery.

– Na przykład? – Zapytałem.

– A czy wiesz co to był Nowy Kurier Warszawski?

Nie odpowiedziałem Stasiowi nic, choć wiedziałem, że Nowy Kurier Warszawski, zwany pogardliwie gadzinówką, był wydawaną przez Niemców w czasie okupacji gazetą polskojęzyczną.

Miałem powód, aby nic nie mówić. Ze Stasiem trzeba było uważać, bo zawsze chorobliwie aktywny, lubował się w tajemnicach, spiskach, urojonych i nieurojonych konspiracjach, faktach niewyjaśnionych.

– Weź na przykład ten nasz otwocki pojedynek o rękę pięknej panny Kazi – powiedział mi kiedyś – powiedzieli, że był na Poniatowskiego, postawili tam krzyż, a przecież to nieprawda, żadnego pojedynku nie było.

Stasio brylował na Facebooku, a jeśli w czasie spotkań towarzyskich udawało mu się znaleźć naiwnego rozmówcę znieczulał go zdaniami wielokrotnie złożonymi, niedomówieniami, zamilczeniami i podkreśleniami, poczem oplątywał go słownymi odpowiednikami wykrzykników i znaków zapytania. Wszystko po to, żeby na koniec ujawnić się jako prezes Stowarzyszenia Odzyskiwania Prawdy i zobowiązać rozmówcę do wstąpienia do Stowarzyszenia.

* * *

W tydzień po wspomnianej już uroczystości stanąłem w obliczu poważnego kryzysu rodzinnego spowodowanego oblaniem egzaminu na prawo jazdy przez moją młodszą a bardzo nowoczesną córkę Weronikę. Wieczorem po egzaminie, kiedy w drodze do skrzynki pocztowej natrafiłem na spuchniętą od płaczu, zaczerwienioną na twarzy Weronikę udzieliłem jej kilku przemyślanych i na pewno skutecznych rad ojcowskich. Kończąc mój instruktaż zaproponowałem zamiast Otwocka Łomżę jako miejsce kolejnego egzaminu, mówiąc, że słyszałem, że tam się najłatwiej zdaje. Kiedy spojrzałem pytająco na Weronikę moja kochana córeczka odpowiedziała jednym słowem:

– Spadaj – i wybiegła do swojego pokoju.

– Jakże ulotna, jakże nietrwała jest w dzisiejszych czasach godność ojcowska i jakżeż groźne mogą być tego konsekwencje dla całej rodziny – myślałem otwierając skrzynkę pocztową.

W skrzynce znalazłem kopertę zaadresowaną eleganckim pismem Stasia. Kiedy ją otworzyłem wypadły z niej cztery pożółkłe wycinki z gazety i czterozdaniowa notka: „Rodzinna tajemnica, dla ciebie do rozwikłania!!! Coś sprzed siedemdziesięciu lat!!! Coś co zdarzyło się tu, w Otwocku!!! JAKA JEST PRAWDA???”

– No tak. Tego powinienem się spodziewać – to jest cały Stasio – tym razem ze swoją swoistą interpunkcją – pomyślałem oglądając notkę.

Na pożółkłych wycinkach nieznana ręka umieściła wpisane kopiowym ołówkiem daty – 2 lipiec 1944, 9 lipiec 1944, 16 lipiec 1944, 23 lipiec 1944 i tytuł gazety: Nowy Kurier Warszawski. Każdy z wycinków zatytułowany był „Otwockie zagadki matematyczne”, a pod tytułem widniało nazwisko dziadka Leona jako autora.

W obliczu kryzysu rodzinnego nie chciałem zajmować się materiałami Stasia. Zostawiłem jeden z nich na biurku – może jednak zerknę na niego – a pozostałe schowałem do szuflady i zająłem się planowaniem reakcji ojca na brutalny atak córki. Dziadek Leon musi zaczekać, najpierw Weronika. Jak mam zadziałać?

Właśnie zastanawiałem się czy, tak jak postępowałem z jej starszą siostrą Elizą, powinienem wybrać dostojne milczenie, kiedy zadzwonił Stasio:

– Dostałeś wycinki no i co? Nie wiesz co powiedzieć? Nie wiesz po co ten szyfr? Bo to szyfr.

Zimno poinformowałem Stasia, że prawo jazdy Weroniki jest ważniejsze od domniemanych szyfrów.

– Jakie prawo jazdy?

– To co właśnie oblała.

Wyjaśniłem, że jest niegrzeczna i że z nią nie rozmawiam.

– Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, że ludzki umysł jest w pewnym stopniu samodzielnym bytem – powiedział Stasio – a więc umysł Weroniki może mieć wszyte, wewnętrzne, ukryte metody działania, które Weronika nie zawsze kontroluje. Oczywiście to samo dotyczy Twojej starszej córki Elizy. A tak przy okazji – od kilku lat obserwuję samodzielność twojego umysłu i powiem wprost to co należy powiedzieć – jest z nią gorzej niż było.

– A twój samodzielny byt przypomina mi szarożółty budyń bezglutenowy o smaku karmy dla kojota – wyłączając komórkę odpowiedziałem Stasiowi w myśli. I pomyślałem, że jest to mój, nie pierwszy i nie ostatni kryzys w procesie wychowawczym obu córek.

* * *

Rodzinne milczenie potrwało pięć dni, myślałem wprawdzie o tygodniu, ale załamałem się, kiedy Weronika przyszła do mnie z tym pozostawionym na biurku wycinkiem z Nowego Kuriera w ręku pytając, gdzie są trzy pozostałe. Na mój milczący znak zapytania powiedziała, że zadzwonił do niej stryj Stasio i że za jego namową podjęła się próby odkodowania szyfru. Jej dziewczęca buzia promieniowała szczerością i tak wyraźną chęcią kontaktu ze swoim rodzicielem, że nie potrafiłem zachować milczenia.

– Nie wierzę w szyfry o których rozpowiada stryj Stasio – powiedziałem – natomiast nie wiadomo po co na półtora miesiąca przed powstaniem dziadek Leon pisał w niemieckiej gazecie o zagadkach matematycznych. Spróbuj dowiedzieć się, dlaczego.

Opowiedziałem Weronice, że dziadek działał w otwockim AK i że wybrał sobie pseudonim Mściciel. Tego, że dziadek był lepiej znany jako Siekacz nie powiedziałem; przezwisko wzięło się stąd, że od dzieciństwa dziadek Leon miał wadę uzębienia – dwie górne jedynki sterczały mu na zewnątrz ust jak u królika; planowaną operację dentystyczną uniemożliwił wybuch wojny. Natomiast powiedziałem, że w trakcie wojny na zalecenie Armii Krajowej pracował w dziale finansów Zarządu Miejskiego Otwocka.

Weronika powiedziała mi, co przekazał jej stryj Stasio:

– Stryj Stasio powiedział, że początek okupacji dziadek Leon przypłacił załamaniem nerwowym. Wtedy to jeden z otwockich lekarzy poradził mu znalezienie sobie jakiegoś hobby – mógłby zbierać znaczki pocztowe, czy też pudełka od zapałek; lekarz odradzał mu bilard – jest przy tym zbyt wiele emocji, dymu papierosowego i piwa.

– To prawda – powiedziałem – tak się złożyło, że jeden z nauczycieli otwockiego gimnazjum podarował mu kilkanaście książek popularyzujących matematykę i wkrótce dziadek zanudzał podległego mu księgowego najprzeróżniejszymi sztuczkami liczbowymi.

– A co z tą wsypą Armii Krajowej? – Zapytała Weronika.

– Miała miejsce w maju roku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego – upamiętnia ją ten pomnik na Słonecznej. Po wsypie dziadek Leon musiał się ukrywać. Był u znajomych w Karczewie; wrócił do Otwocka dopiero w końcu czerwca, kiedy sprawa już ucichła.

– I zaraz potem w Nowym Kurierze Warszawskim zaczęły ukazywać się zagadki matematyczne dziadka Leona – powiedziała Weronika podając mi wycinek – takie jak te.

Czytałem:

„Ile to będzie:

11 + (245 + 1 – 14) ⁕ 159 – 1 + (12 ⁕ 9 + 92) :(26 – 1) + (3 – 10 + 9) ⁕ 23 =?

Odpowiedź znajdzie czytelnik w następnym odcinku zagadek matematycznych”

– Przecież to banalne rachunki – powiedziałem – tyle że w jego czasach liczyło się inaczej.

– Na liczydle?

– Albo ręcznie? Kalkulatorów wtedy chyba jeszcze nie było.

Melodią otwockiego kuranta odezwała się moja komórka. Dzwonił Stasio:

– Czy Weronika powiedziała Ci o człowieku bez ucha?

– Człowiek bez ucha? – powiedziałem. Stanęła mi przed oczyma scena z mojego snu. Czyżby to nie był sen?

– Człowiek bez ucha – powtórzyła Weronika – przychodził do stryja taki bez ucha, mówił, że ucięli mu je na Syberii, że był delegatem rządu.

– Człowiek bez ucha – powtórzył Stasio – zajmij się człowiekiem bez ucha, a szyfr zostaw Weronice.

Mimo mojej niechęci do rad Stasia uznałem, że muszę się człowiekiem bez ucha zająć.

* * *

Przez następne kilka dni poszukiwałem człowieka bez ucha. Przeszukałem internet – o Otwocku było tam sporo, dowiedziałem się, że w Otwocku kurował się sam Józef Piłsudski, a Reymont właśnie tu napisał Chłopów. Przepytałem o okupacyjne czasy dziadka kilkunastu zacnych obywateli Otwocka, wdarłem się do gabinetu dyrektora otwockiej biblioteki z pytaniem o człowieka bez ucha, odwiedziłem dział pamiętnikarski Biblioteki Narodowej. Wszystko na próżno.

Kiedy po wizycie u znanego specjalisty od historii Mazowsza wróciłem do domu zastałem obie moje córki w stanie podniecenia:

– Kanalizacji? Kanalizacja? Co to może być? – Zastanawiała się Eliza.

– Ścieki. Powinniśmy doprowadzić do całkowitego skanalizowania Otwocka – powiedziałem.

– Jest jeszcze jedna litera więcej – „w” – powiedziała Weronika.

– To jedna z ostatnich liter alfabetu łacińskiego – powiedziałem.

– Dokładnie to dwudziesta trzecia – powiedziała Eliza – a te liczby co są większe od dwudziestu sześciu trzeba wyrzucić.

– No i co? – Nie miałem pojęcia o co im chodzi.

– Jedynka to a, dwójka to b i tak dalej. I wyszło „kanalizacji”, i jeszcze samotna litera w[1].

Wreszcie zrozumiałem:

– Zobaczmy pozostałe wycinki – powiedziałem – choć pewnie to czysty przypadek.

Kiedy Eliza dyktowała Weronice kolejne litery zadzwonił Stasio:

– Co z człowiekiem bez ucha?

– Nie zawracaj mi głowy człowiekiem bez ucha – wrzasnąłem.

Właśnie wtedy Weronika powiedziała:

– Coś w tym jest. Mam nowe słowa: „Pod ratusza”. Czyli mamy: „Kanalizacji w pod ratusza”.

– Co ona mówi – domagał się w telefonie Stasio – coś o kanalizacji w ratuszu?

Wyłączyłem komórkę. Nie potrzebowałem wścibskiego Stasia.

Właśnie odcyfrowaliśmy pozostałe odcinki i złożyliśmy kompletną wiadomość: „Szukaj w ogrodzie pod rurami kanalizacji ratusza” kiedy wpadł Stasio:

– Tuż przed powstaniem w ratuszu były roboty kanalizacyjne. Pamiętam wykopy w ogrodzie.

* * *

Przekonanie władz zajęło trzy miesiące. Kiedy wreszcie odkryto zakopany głęboko pod systemem kanalizacji wycinek czterocalowej rury wypełniony złotymi monetami znaleziono także w opakowaniu z woskowanej zgrzebnej tkaniny notatkę dziadka Leona:

Tuż przed wsypą zrzutek z Londynu przywiózł znaczną sumę pieniędzy – dolarów dla konspiracji. Otrzymałem ją jako skarbnik Okręgu Armii Krajowej. Razem z poprzednimi wpłatami zamienionymi na złoto stanowiło to prawie sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Kilka dni później Gestapo aresztowało moich dowódców. Musiałem decydować sam, było niebezpiecznie – Sowieci zbliżali się do Warszawy. Na szczęście jako szef wydziału finansowego miasta Otwocka miałem w sprawach pieniężnych doświadczenie.

Przede wszystkim zamieniłem (z pewną niewielką stratą) przywiezioną sumę na złoto – złote monety – carskie imperiały i złote dwudziestodolarówki. I teraz musiałem zdecydować, co z taką sumą zrobić. Sowieci byli coraz bliżej. Z wiadomości nadchodzących ze wschodu wynikało, że Sowieci traktują i będą traktowali Polskę jako teren okupowany. Nie wiedziałem jak długo takie lata niewoli mogą trwać – musiałem myśleć w kategoriach dziesięciu, dwudziestu a pewnie i więcej lat, a więc bez jakiejkolwiek gwarancji, że ktoś, komu powierzyłbym tajemnicę skarbu, dożyje niepodległej Polski. Problem był niebanalny – musiałem znaleźć sposób na przekazanie wiadomości tym Polakom z następnych pokoleń, o których mogłem przypuścić, że będą patriotami. Wybrałem historyków – ludzi badającym stare dokumenty – bo te ostatnie okupacyjne numery gadzinowej gazety, w których zamieszczę szyfr zdradzający miejsce ukrycia skarbu będą po latach dokumentami objaśniającymi co działo się wtedy w Polsce. Dlatego kiedy już wiedziałem, gdzie ukryję złoto, ułożyłem prymitywny szyfr i przekonałem jednego z redaktorów gadzinówki do opublikowania go w postaci czterech zagadek arytmetycznych.

Do ukrycia złota wykorzystam ostatnią fazę robót kanalizacyjnych w ratuszu. Kiedy skończę tę notkę umieszczę około pięćdziesięciu kilo monet – bo tyle wynosi cały skarb – w odrzuconym przez robotników wycinku rury kanalizacyjnej i zakopię znacznie poniżej odkrytych jeszcze, ale już zainstalowanych rur ściekowych. Pomoże mi w tym nocny stróż ratusza – były sierżant Legionów Piłsudskiego Ignacy Nowak. Do skarbu dołącza on swój krzyż Virtuti Militari otrzymany za wojnę bolszewicką.

Mam nadzieję, że skarb nie wpadnie w ręce Sowietów – są już bardzo blisko – czy też ich kolaborantów. Na dzisiaj jedyne co mogę zrobić to ten skarb ukryć. Do skarbu dołączam tę notkę.

* * *

Uroczystości z okazji odkrycia skarbu przerwały na krótką chwilę spory najprzeróżniejszych urzędów – otwockich, wojewódzkich i centralnych o to kto jest właścicielem skarbu. Dla nas ważniejsze było coś innego – w czasie uroczystości odsłonięto w gmachu Ratusza pamiątkową tablicę upamiętniającą dziadka Leona i Ignacego Nowaka.

W dzień przed odsłonięciem tablicy wyjaśniła się sprawa człowieka bez ucha. Stasio ze swoim niepowtarzalnym poczuciem rzeczywistości odświeżył tę wymyśloną przez naszą nianię postać; człowieka bez ucha niania używała do straszenia i Stasia i mnie. A wymyślony przez Stasia delegat z Londynu – to dla Stasia brzmiało prawie że prawdziwie, no, bardzo niedaleko od prawdy. Długo mnie o tym przekonywał a na koniec powiedział:

– A teraz o tej zagadce z klepsydrami – jak to się robi?

* * *

Pozostaje mi oddać cześć otwockim żołnierzom Armii Krajowej. I mądrości dziadka Leona.

Andrzej Olas

https://www.thoughtco.com/using–pictures–of–paper–money–1078873


  1. 11 + (245 + 1 – 14) ⁕ 159 – 1 + (12 ⁕ 9 + 92) :(26 – 1) + (3 – 10 + 9) ⁕ 23 czyli „kanalizacjaw”
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

4 komentarze

  1. A. Goryński 2017-09-29
  2. andrzej.olas 2017-09-29
  3. andrzej.olas 2017-09-29
  4. A. Goryński 2017-09-29