Jeremi Sadowski: Niemcy po wyborach, czyli co dalej z niemiecką demokracją i z Europą dwu prędkości

Print Friendly, PDF & Email

2017-09-29.

O ile tuż przed wyborami niemiecka opinia publiczna była zdania, że wybory niewiele zmienią, bo kanclerzem pozostanie tak czy inaczej Angela Merkel, to po wyborach przeważa opinia, że zmieniło się prawie wszystko i że doszło do swoistego trzęsienia ziemi. W wielu komentarzach mówi się w związku z tym o tektonicznym pęknięciu całego niemieckiego systemu i o powszechnej utracie zaufania do głównych partii.

Podkreśla się co prawda, że to jeszcze nie Weimar, choć jednocześnie dodaje, że sytuacja jest mimo wszystko poważna, ponieważ do Bundestagu weszła partia populistyczna głosząca jawnie ksenofobiczne i nacjonalistyczne hasła. Gdzie indziej takie zjawisko byłoby do przyjęcia, nie wywołując aż tak wielkiego niepokoju, tymczasem w Niemczech odżywa w ten sposób stara trauma, a wraz z nią dawne lęki i obawy. Bo jeśli po tylu latach dyskusji na temat przyczyn faszyzmu i tylu latach walki z mentalnością autorytarną, która zazwyczaj do faszyzmu prowadzi, można publicznie chwalić zasługi niemieckich żołnierzy w czasie wojny i wypowiadać się pogardliwie o mniejszościach, zyskując przez to znaczne poparcie wyborców, to jest to sygnał, że jakieś bezpieczniki nie zadziałały i że w dużym stopniu nie sprawdził się także niemiecki system edukacyjny.  W tym sensie ostatnie wybory można istotnie uznać za ważny sygnał ostrzegawczy.

Argumentować jednak można, trochę wbrew nastrojom jakie przeważają w samych Niemczech, że Niemcy przestały być po prostu rzadkim wyjątkiem od reguły. Podobne pękniecie tektoniczne miało miejsce w wielu europejskich krajach, nie wspominając już o Ameryce oraz Donaldzie Trumpie. Żyjemy nie tylko w ciekawych czasach, ale także w czasach, kiedy normalne mechanizmy demokratyczne zawodzą. Niemieckie nieprzyjemne przebudzenie nie jest więc przebudzeniem wyjątkowym. Można nawet powiedzieć, że mogło być jeszcze gorzej, ponieważ populistycznej partii AfD zabrakło charyzmatycznego przywódcy typu Heidera czy Le Penna. Gdyby przywódca taki się pojawił, to wspomniane tu trzęsienie ziemi byłoby w większej skali. Ale na razie, i na nasze szczęście, takiego przywódcy jeszcze na horyzoncie nie widać.

Tego rodzaju ocenę, jest niedobrze, ale nie aż tak dramatycznie jakby być mogło,  potwierdzają zresztą wyniki samych wyborów. 12,6 % jaki uzyskała populistyczno-nacjonalistyczna partia AfD oraz 9,2 % lewicowej parti die Linke, nie tworzą zagrożenia dla całego demokratycznego systemu, choć oczywiście nie powinno się ich lekceważyć. Jeśli jednak spojrzeć na notowania tych partii we wschodnich Niemczech, a więc w byłej NRD, to tu sytuacja wygląda bardziej niepokojąco, gdyż oba te ugrupowania mają tam dwa razy więcej zwolenników.

Oznacza to, że we wschodnich Niemczech blisko 40 % wyborców jest w mniejszym lub większym stopniu na bakier z demokracją liberalną i że proces ponownego przeciągnięcia ich do politycznego centrum może okazać się długotrwały i kosztowny. W Dreźnie stanowiącym stolicę Saksonii bunt przeciwko  establishmentowi był tak gwałtowny, że pochodząca także z Niemiec wschodnich Angela Merkel nie zdecydowała się na wizytę w tym mieście, bojąc się najwyraźniej, że jej przyjazd odebrany zostanie jako prowokacja. A Drezno, nie jest przecież ośrodkiem biednym, leżącym gdzieś na dalekich peryferiach. Jest to w dodatku miasto, które niezwykle na transformacji skorzystało, gdyż poziom życia jest tu obecnie wyższy niż w Bremie.

Pokazuje to, że powrót do dawnej stabilności może być w Niemczech trudny, choć na tle kłopotów innych państw niemieckie problemy wydają się mimo wszystko mniejsze, a przez to łatwiejsze do opanowania. Nieco inaczej spojrzeć trzeba na wynik ostatnich wyborów, jeśli uwzględnić rolę Niemiec jako kraju gwarantującego spójność i stabilność Europy. Osłabienie pozycji Angeli Merkel oraz niemieckiego rządu, który będzie teraz rządem koalicyjnym, starającym się spełnić oczekiwania czterech różnych partii ( CDU, CSU, FDP i Zieloni), może skutkować skupieniem się na własnych problemach i niechęcia do kroków bardziej ryzykowanych. Francja proponującą Europę dwu prędkości oczekuje, że niemiecko francuski tandem znów weźmie się do roboty i podejmie ściślejszą współpracę w wielu różnych dziedzinach, m.in. w dziedzinie obronności, wspólnej gospodarki i finansów. Tak pojęta Europa mogłaby stać się samodzielnym bytem politycznym, który byłby w stanie kształtować procesy globalizacyjne, a więc także neutralizować naciski amerykańskie lub chińskie. Przeciwko tego rodzaju śmiałej wizji wybiegającej bardzo daleko w przyszłość, opowiadała się już przed wyborami spora część niemieckiej klasy politycznej, dając do zrozumienia, że Francja chce zmian idących za daleko. Współpraca francusko niemiecka – tak, wzmocnienie strefy Euro – tak, większe wydatki na wspólny wywiad i zbrojenia– może tak, ale daleko idąca samodzielność Europy jako całości to nadal Chimera, stanowiąca wytwór wyobraźni. Postarajmy się opanować jakoś obecny kryzys i wzmocnić instytucje jakie w czasie trwania tego kryzysu powstały. Każdy dalszy krok naprzód prowadzić by musiał do silniejszego finansowego i politycznego zaangażowania Niemiec, do czego niemiecka opinia publiczna nie jest przygotowana.

Tego rodzaju wątpliwości wysuwała w trakcie kampanii wyborczej przede wszystkim partia wolnych liberałów, czyli FDP. Prezydent Francji, Macron, miał w związku z tym powiedzieć, że jeśli FDP wejdzie do koalicji rządowej, to będzie to oznaczać śmierć jego projektu. W tej chwili niepewne jest także stanowisko bawarskiej partii CSU, która poniosła w wyborach jedną z największych porażek we własnej historii. Partia ta zapowiedziała już teraz, że stawiać będzie zdecydowanie na hasła dające obywatelom poczucie większego bezpieczeństwa, aby zepchnąć w ten sposób AfD na margines. Nie wiadomo jak tego rodzaju hasła pogodzić się dadzą z dużo większym otwarciem europejskim. W tej sytuacji pole manewru Angeli Merkel wydaje się mocno ograniczone.

Na różnice stanowisk w obu państwach ma też wpływ ogólna ocena sytuacji na świecie. O ile Francja, która przeszła przez długotrwały i dramatyczny kryzys, jest zdania, że trzeba się maksymalnie zmobilizować, tworząc wspólną Europę prawie od zera. O tyle Niemcy są dość dalekie od takiej determinacji, zakładając najwyraźniej, że po odejściu Trumpa z jednej strony i Putina z drugiej,  stosunki z wielkimi mocarstwami będą się normalizować, powracając powoli do stanu, który znamy z przeszłości. Mówiąc nieco ogólniej Francja uważa, że żyjemy już w epoce posttransatlantyckiej, w której Europa powinna się usamodzielnić, podczas gdy Niemcy nie są wcale o tym przekonane. I stąd zapewne niemiecka decyzja, aby nie spieszyć się zbytnio z rozbudową własnej armii i aby mimo wszystkich zastrzeżeń finansować Nord Stream 2, niezależnie od tego jak zachowuje się Putin.

Tego rodzaju sytuacja powinna być także ostrzeżeniem dla państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Zgłoszony przez Francję projekt Europy dwu prędkości stracić może niebawem obecny impet i za rok lub dwa pojawić się może ponownie pytanie, co dalej? Otworzyć to może drogę dla projektów mniej ambitnych, ale także sprzyjających dalszej integracji. Warto by przygotować się już teraz na taki wariant, niezależnie od tego jakie nadzieje i obawy wiążemy z projektem Macrona.

Jeremi Sadowski
Fundacja „Polska w Europie”

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)