Jerzy Łukaszewski: Pokój trwał zbyt długo

2017-10-08.

C:\Users\Lenovo\Desktop\education.jpg

Lata zajmowania się historią nauczyły mnie patrzeć chłodno na rzeczywistości oceniać ją wg ogólnie przyjętych w metodologii kryteriów.

Dziś mam wrażenie, że w zasadach przyjętych w rozumowaniu tzw. normalnego człowieka zabrakło jakichś elementów. Przyzwyczajony do tego, że wszelkie konflikty od wewnętrznych do wojen kontynentalnych wybuchają wtedy, gdy ktoś ma w tym interes zaczynam odczuwać dyskomfort niezrozumienia świata, na którym żyję.

Jaki interes ma Kim prowokując konflikt z USA? Oczywiście może być nim potrzeba ochrony przed własnymi poddanymi z trudem znoszącymi coraz gorsze warunki życia pod jego rządami. Bywało już tak w historii, że tyrani w obawie przed buntem poddanych wywoływali wojnę, która przekierowywała frustracje na zewnątrz i bez względu na wynik ratowała skórę władcy. Czy tak jest w tym przypadku? Za mało wiemy o północnokoreańskim społeczeństwie, by stwierdzić to kategorycznie. A skoro tak, to znaczy, że nic nie wiemy.

To co mnie w tym wszystkim przeraża, to doniesienia mediów, skupiające się na tym czy Kim nienawidzi Trumpa, i czy Trump pokazał język Kimowi. Mniej więcej ten poziom.

Wynik wyborczy AfD w Niemczech może być zrozumiały do pewnego stopnia, ale tylko w Niemczech. Tymczasem w Polsce ruszyła lawina komentarzy cieszących się z tego wyniku i… popierających głoszone przez tę partię hasła!

Nienawiść do Angeli Merkel, zdecydowanie najżyczliwszego Polsce kanclerza wszechczasów budzi więcej niż zdumienie. Wygląda to na radość samobójcy, że wreszcie są warunki do samounicestwienia się. Wydawałoby się, że dobre stosunki z Niemcami leżą w żywotnym interesie tysięcy pracujących tam Polaków i ich rodzin zasilanych emigracyjną kasą. A jest odwrotnie. Polscy internauci nie kryją radości, że oto pojawił się ktoś kto „zaora Makrelę”, jak zwykli nazywać panią kanclerz.

Polskiemu rządowi udało się bez większego trudu obudzić w rodakach antyniemieckie nastroje tzw. reparacjami, czyli argumentem nie mającym szans powodzenia, szczególnie w obecnej wewnątrzniemieckiej sytuacji.

Albo rodacy są tak głupi, że nie widzą, iż niczego nie uzyskają, a do stracenia mają wiele, albo dochodzi do tego czynnik wymykający się rozumowaniu ograniczonego człowieka, za jakiego zaczynam się uważać.

Gdybym miał poważnie traktować wypowiedzi tzw. zwykłych ludzi licytujących się „ile dostaniemy na rękę” – byłbym naprawdę przerażony. Na razie jestem przerażony poziomem umysłowym tych ludzi, z których składa się polskie społeczeństwo, „coraz lepiej wykształcone” jak jeszcze do niedawna zwykło się mawiać.

Jestem w stanie zrozumieć potrzebę wroga u rządzących, szczególnie takich jacy nam obecnie przypadli w udziale, ale jaki interes ma zwykły Kowalski w tym, że w Niemczech będziemy coraz niemilej widziani, coraz trudniej będzie nam prowadzić z nimi interesy i to w czasie kiedy chyba po raz pierwszy w historii mamy dodatni bilans w handlu z BRD? Konsekwencje pogorszenia się naszych relacji uderzą i to boleśnie właśnie jego i to mocniej, niż się spodziewa. Dlaczego więc?

Niewątpliwie jakąś rolę odgrywa w tym wszystkim retoryka „walki o Polskę” szeroko stosowana przez partię szkodników, którzy dorwali się do władzy. Niewątpliwie dużą rolę gra edukacyjne dno, które nie nauczyło Polaków, że władza wybrana demokratycznie nie może pozwolić sobie na wszystko. Przykład demokratycznie wybranego Hitlera jakoś nikomu niczego nie mówi.

Argument, że zostali „wybrani przez naród” działa w sposób bezwzględny w umysłach często i tych, którzy nie są ich zwolennikami.

To co może zdumiewać, choć można znaleźć rzeczywiste przyczyny takiej postawy, to łatwość nabierania się na tę retorykę „walki” u ludzi, którzy wojnę oglądali tylko na ekranach telewizorów. Hasła niezależności, suwerenności i robięcochciejstwa znajdują naprawdę wielkie rzesze zwolenników.

Podawałem kiedyś swoim słuchaczom taki przykład: Jagiełło zwyciężył pod Grunwaldem, z którego to powodu do dziś puchniemy z dumy jak pawie napychane kasztanami. Sobieski pokonał Turków pod Wiedniem, co szczególnie trafia dziś do przekonania wszystkim antyimigranckim umysłom.

Jak to więc możliwe, że żaden z nich, a syn Łokietka Kazimierz nosi w naszych dziejach przydomek Wielkiego? Jakąż to on wygrał wielką bitwę? Jakież zwycięskie wojny prowadził?

Przydomek Wielkiego jako jedyny (Chrobremu przypisuje się go od stosunkowo niedługiego czasu) nosi król, który zasłynął z zagospodarowywania kraju i budowania jego, owszem – potęgi, ale gospodarczej!

Naprawdę tak wiele trzeba, by się nad tym zastanowić? Żadnego wniosku?

Czy ktoś uczy tego nasze dzieci i wnuki w szkołach?

Chyba, że komuś zależy na tym, by tego nie uczyć, co dowodnie widać po nowych podręcznikach do historii. A jeśli tak, to dlaczego?

A może to nie „ciemny lud”, a my nie uczymy się niczego?

Obserwowałem ostatnio Kongres Kobiet i jedno mnie uderzyło. Jakoś nie dostrzegłem ani zachęt, ani pomysłów stricte edukacyjnych, które mogłyby zmienić nieco proporcje poparcia dla poglądów prezentowanych i wspieranych przez władzę, a są to przecież poglądy cofające nas jeśli chodzi o prawa kobiet dalej niż I wojna światowa, będąca w tym względzie rewolucją na skalę światową.

Zwróciłem na to uwagę, ponieważ drugi już rok wykładam gdyńskim seniorom temat „Historia kobiety”, a pierwszy sezon tego tematu zaowocował wieloma zaskakującymi spostrzeżeniami dotyczącymi tego tak wrażliwego problemu.

Ze strony organizacji kobiecych nie widzę tego zainteresowania i na co dzień media prezentują nam co bardziej bojowe tzw. feministki rzucające hasła ni w pięć ni w dziesięć, kiedy tylko wydają się im dostatecznie nośne i bojowe – co może zaowocować ich własną popularnością w pewnych kręgach, ale ani o krok nie posunie sprawy do przodu.

Systematyczna, metodyczna nauka o problemie nauczyła i mnie i moich słuchaczy, że taki przedmiot powinien znaleźć się w szkołach średnich, a ponieważ chwilowo nie ma na to szans, to przynajmniej w programie szkoleniowym organizacji kobiecych.

Czy nikogo z nich nie interesuje dlaczego w takim np. Sumerze ponad 5 tysięcy lat temu kobieta miała większe prawa niż Francuzki u kresu XIX w.?

Jak to się działo, że w kojarzonej przede wszystkim z wojną Asyrii, a więc wydawałoby się – zdominowanej przez mężczyzn, to kobiety trzymały w łapkach rzeczywiste stery kraju rządząc jego gospodarką? Tysiące tabliczek klinowych zawiera dokumenty międzynarodowych firm handlowych kierowanych przez asyryjskie kobiety, które z racji tego miały w tym wojowniczym państwie status, o jakim pomarzyć może współczesna Polka.

XVI wieczna Holandia – niektóre miasta tak zdominowane przez kobiety, że to mężczyźni musieli walczyć o równouprawnienie. Dlaczego? Jak to się działo?

Nic w dziejach ludzkości nie dzieje się przecież bez przyczyny.

Kogoś to interesuje? Organizacji kobiecych najwyraźniej – nie.

A szkoda, bo szukając rozwiązania tych zagadek można dojść do ciekawych wniosków, także praktycznych, a mianowicie – jakie hasła są do zrobienia od zaraz, a jakie trzeba odłożyć w czasie i dlaczego.

Poprzedni rok nauczył moich słuchaczy i mnie, że tzw. prawa (czyjekolwiek) to nie jest kwestia poziomu cywilizacyjnego, ale stylu życia danego społeczeństwa i wkładu jaki wnosi każdy z jego członków.

Kiedyś na SO podawałem prosty przykład: gdyby kobiety szerszym frontem wstępowały do partii politycznych, to zdominowałyby je bez trudu, bo jest ich w społeczeństwie więcej, niż mężczyzn. Konsekwencje? Ano takie, że to one decydowałyby o losach całego naszego społeczeństwa. Przecież mają prawo zająć się tymi tematami, mają prawa wyborcze. Ale tak się nie dzieje. No i nic się nie zmienia.

Hasła sztucznych konstrukcji społecznych jak np. parytety, nadal wybrzmiewają u nas donośnie, choć są bzdurne z samej zasady (wystarczy odrobina wyobraźni), a praktyka zagraniczna zdążyła już dawno je skompromitować.

U nas wciąż mają się dobrze.

No więc jak? Uczymy się czegoś czy nie?

Pytanie jest o tyle istotne, że w ostatnich, jakże gorących dyskusjach nad naszą kartoflaną władzą i stanem umysłów wciąż szeroko popierającego ją społeczeństwa, mało zwracaliśmy uwagę na jeden drobiazg.

Sukces obecnej nie tylko ekipy, ale i licznych grup społecznych nie wziął się z nikąd. Jednym z istotnych wg mnie czynników była właśnie od lat prowadzona edukacja. Rozmaite Kluby (choćby „Gazety Polskiej”, ale nie tylko) prowadziły tę edukację w oczekiwanym przez siebie kierunku. I ta praca trwała przez wiele lat, im też to nie przyszło z dnia na dzień.

Czym odpowiadaliśmy na te ich wysiłki? Pogardliwym prychnięciem, nie zawsze wybrednym żartem itd.

Nie stworzyliśmy niczego podobnego, czyli mówiąc krótko – oddaliśmy pole.

No to jak to się mogło skończyć?

Wiem, nie jest prosto zaczynać od zera. Ale jeśli mamy mieć jakąś nadzieję na przyszłość, jeśli mamy wierzyć, że Polska będzie krajem z przyszłością to nie ma innego wyjścia jak zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Nie liczmy zanadto na partie polityczne, niechęć do nich u przeciętnego Polaka wzrasta i raczej nie spodziewałbym się sukcesów projektu edukacyjnego prowadzonego pod egidą którejś z nich.

Skoro tzw. prawa strona potrafiła się na to zdobyć, to inna nie?

No, chyba że nie, ale wtedy może dajmy spokój narzekaniom i urządzajmy się jak się da najwygodniej.

To też jest jakieś rozwiązanie, prawda?

Aby nie być jedynie pokrzykiwaczem z ciepłego fotela, jestem w trakcie negocjowania warunków prowadzenia takiego kursu w moim mieście.

Nie wiem czy wszystko się uda jak bym chciał.

Ale spróbować trzeba, jeśli mam spokojnie patrzeć w lustro.

Czego i wszystkim czytelnikom życzę.

Jerzy Łukaszewski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.6/10 (38 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +46 (from 48 votes)
Jerzy Łukaszewski: Pokój trwał zbyt długo, 9.6 out of 10 based on 38 ratings

22 komentarze

  1. Zbyszek123 2017-10-08
  2. Bejka_2015 2017-10-08
  3. Ernest Skalski 2017-10-08
  4. Andrzej Lubowski 2017-10-13

Odpowiedz