Marek Jastrząb: Genesis bez ducha

2017-10-20

wstęp

Jak wiadomo, na początku był PiS. A jeśli komu nie wiadomo, to pies go trącał. Pustka rozlewała się wszędy i gdzie nie splunąłeś, tam kwitła ruja i poróbstwo, a udręczona Ojczyzna stanowiła synonim rupiecia. Jeno pomiędzy zgliszczami wałęsały się posępne farfocle z Owsiaków, sprzedawczyków, konfidentów i analfabetów gorszego sortu.

Okazało się bowiem, że przed objęciem władzy żyliśmy w nieutulonym grzechu. Polegał on na tym, że niechlujna propaganda poprzedników utrwaliła w narodzie przekonanie, jakoby to za jej czasów powstała Solidarność. Nic bardziej mylnego!

Pogląd, że cokolwiek istniało przed PiS-em jest po­glądem pochodzenia heretyckiego. Bezczelnym nadużyciem jest, ponieważ, jak o tym świadczą prześwietlone zdjęcia satelitarne, byle ochotnik z IPN bez trudu potrafi udowodnić, że Solidarność nastała zaraz na drugi dzień po ostatnich wyborach.

Nie bądźmy wczorajsi! Uwierzmy kaskaderom Historii, iż przedtem  wszystko było w rozsypce i dopiero teraz odzyskujemy pionową pozycję! Dajmy wiarę temu, że razem z nadejściem pastewnych obyczajów w końcu przyszedł czas, gdy naród przetrze zmanipulowane oczy i wydorośleje z kretesem.

Za ubiegłej władzy szykanowano uczciwych patriotów w kominiarkach, lecz już dzisiaj możemy zauważyć postęp: niedawni prokuratorzy stanu wojennego, a teraz wiodący hoplici demokracji, mogą nareszcie chodzić po ulicach z podniesionym czołem. Sądy i trybunały należą do nas i wkrótce Służba Zdrowia spuchnie z ukontentowania.

Na razie dzieje się ludziom kiepściutko: nie wiedzieć czemu, oporna trzódka byłych jasnowidzów sprzeciwia się łączeniu apeli poległych w boju z apelami zabitych w samolotowym wypadku.

Niestety, jeszcze odczuwa się niedostatek rzetelnej cenzury tudzież jaskrawe ubytki w lustracyjnych brygadach.  Niestety, nadal po mediach szerzy się pornografia, a teatr wystawia gołe baby. Telewizja traci popularność i wierną publikę, a fabularne gnioty o państwowotwórczej wymowie, budzą coraz większy niesmak.

Uwielbiamy patriotyczne stypy. A także rocznice i miesięcznice. Lecz dalsze robienie parodii ze smoleńskiej tragedii staje się tak samo nudne jak sześcioletnie dochodzenie do prawdy znanej od lat; zwolna ze spiskowej teorii dziejów zaczyna przemieniać się  w nieustający chocholi taniec wesołych biczowników.

Lecz nie da się ukryć, że stać nas na więcej. Stwierdziliśmy bowiem interesującą, a niewytłumaczalną prawidłowość: im bardziej paskudnie dokonujemy sejmowego  faux pas, im częściej jesteśmy skłóceni z resztą Europy i za nic mamy światowe opinie na nasz temat, im częściej mamy do czynienia z nieprzychylnym hejtem o nas, tym bardziej rośnie nam poparcie wśród zachwyconych mas. Z czego wyciągamy jedynie słuszny wniosek: czyńmy tak dalej, jak najczęściej wypychajmy na pierwszą linię frontu, do parlamentu, do rządu, na europejskie fora same umysłowe pokraki reprezentujące  naród, upowszechniajmy ich obraźliwe i skandaliczne wypowiedzi, a w kolejnych wyborach będziemy mieli zwycięstwo w kieszeni: wszak nie straszny nam dotychczasowy korowód klęsk, bo rządzimy zaledwie dwa lata.

rozwinięcie

Ostatnimi czasy rzucił mi się w oczy news Rady Języka Polskiego. Dokonała ona oceny podstaw programowych przyrządzonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Tak się zdenerwowałem tym newsem, że, zamiast pigułki na uspokojenie, udzieliłem sobie okolicznościowego urlopu od szurniętych frasunków.

Ocena jest bez sensu, bo trafna. Jej zarzut główny: programy szkolne układa się latami, podczas gdy ten został sklecony na chybcika.

Proponowane przez MEN lekturowe listy nie są przedstawiane jako sugestie i ewentualne projekty poddawane pod dyskusję, ale jako WYMOGI. Nie dają nauczycielom czy rodzicom szans dokonania wyboru poziomu kształcenia dziecka. Nie pozostawiają prawa do indywidualnej oceny wartości dzieł. Przeciwnie: narzucają osobisty, często pokraczny gust i profil. Prezentują dobry smak przystrzyżony na miarę zdeflorowanych czasów (znamy go z Ferdydurke: jak nie będziesz kochał/a Słowackiego, to dostaniesz w ryj).

Tu chciałbym oświadczyć, że nie mówię o kompetentnych krytykach ale o przemądrzałych samozwańcach, obsesjonatach majstrujących w szkolnych lekturach i arbitralnie decydujących o wykształceniu przyszłych pokoleń.

Nazwałem ich krytykami, gdyż za takich się mają. A krytycy kompetentni, to ludek nienachalny, cichawy i raczej nie optuje za narzucaniem komukolwiek czegokolwiek; należy do anachronicznej kadry wymierających pedagogów. Siedzi zakopany w manuskryptach i innych inkunabułach przyglądając się rzeczywistości z milczącą zgrozą.

Dzisiejsi  –  nie są w stanie ich zastąpić; niektórzy przedstawiciele obecnego MEN twierdzą, że to dobrze, bo komu potrzebna jest znajomość literatury? Starczy wiedzieć, co naród powinien czytać, umieć i czuć. Oni zaś wiedzą.

Niestety: nikt z MEN-u nie przejmuje się głosami ludzi, którzy znają się na rzeczy. Których nie warto słuchać, gdyż ciąży na nich śmiertelny grzech: są fachowcami. Profesjonalistami z prawdziwego zdarzenia. Tego zaś aktualni eksperci nie wybaczają.

Toteż mam nieprzyjemność twierdzić, że ów projekt, pomimo błędów, stylistycznych przewrotek i nieporadności, będzie wdrożony. I to bez względu na zastrzeżenia zawarte we wspomnianym dokumencie.

*

Narosły nowe pokolenia i mało kto pamięta minione czasy: młodych nie interesuje przeszłość. A nie interesuje, ponieważ nikt tego od nich nie wymaga. Nie trzeba się więc oburzać na młodzież, bo to tak samo rozumne, jak gniewanie na garnek, że smoli.

Winą obarczyć należy przedstawicieli ministerstw układających szkolne programy. Decydujących o tym, jak ma wyglądać nauka. Odpowiedzialnych za wybiórcze udostępnianie jej dorobku.

Mędrcy owi pochodzą z pokoleń o parę sekund starszych od dzisiejszych uczniów: też mają wstręt do nauki historii, też nie lubią wytężonej pracy nad sobą i również nie odczuwają potrzeby czytania. Czego więc mogą nauczyć?

*

Wbrew pozorom, nie każda mózgownica służy do wbijania gwoździ; w obecnych latach, gdy byle głupek może za odpowiednią cenę nabyć tytuł dr Eksperta, mgr Fachowca i prof. Rehabilitowanego, wyroiły się chmary ludzi posiadających otwartą głowę tylko podczas trepanacji czaszki.

Wychowani w radosnych czasach powierzchownej wiedzy, preferujący kult leserskiej pracy dla gigantycznych kołaczy, przebojem, tupetem i na chama wdzierają się na stworzone przez siebie salony wiedzy. Salony zmodyfikowane, gdyż ekskluzywne na nową modłę, gdyż obficie inkrustowane słomą; pełne pomrocznych idei i koślawych priorytetów.

Do nich zaliczyłbym dzisiejszych kombinatorów pedagogicznych. Obecni koneserzy literackich prądów, osobnicy poinformowani o tym, co autor napisał i co chciał rzec w swoim utworze: chętni do wystawiania filologicznych ocen, przepadają za porządkowaniem beletrystycznych szuflad i układaniem lekturowych list książek. Wedle obyczajowego klucza redemptorysty Piramowicza, głównego obskuranta-moralizatora: to ujdzie, a z tamtym won, bo nie rozumiem.

Człowieka szanuję, a obskuranta ni w ząb; zwierzę w porównaniu z  nim ma więcej człowieczeństwa. Co prawda można przyuczyć konia do chodzenia w kieracie, natomiast człowieka, który zaznał wolności, nie bardzo: jest odporny na sterowany rozsądek, bo jak pisze Asnyk: daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia.

Bo kiedy widzę prostaka bez jakichkolwiek umiejętności wynikających z życiowego doświadczenia, gdy mam nieprzyjemność widzieć szemranego typa o subtelności kafara i uświadamiam sobie, że taki prymityw decyduje o jakości mojego życia, steruje moimi zainteresowaniami, bawi się w reżyserowanie mojego życia i orzeka, co jest mi potrzebne do szczęścia, gdzie mam chodzić, co czytać, czego nie oglądać, to „wychodzę z nerw” i kucam ze złości.

Tu wyjaśnienie: w żadnym wypadku nie utożsamiam buca z człowiekiem o samoukowym wykształceniu; Mark Twain nie pobierał nauk zwieńczonych pokwitowaniem. Podobnie Bernard Shaw: doszedł do rozumu bez urzędowej metki Magistra Inteligencji.

Jak się okazuje, można być człowiekiem mądrym pomimo braku zaświadczenia.  Tak sobie myślę, że gdyby ludzie pokroju Marka Twaina weszli w skład naszych politycznych elit, złego słowa bym nie powiedział na ich temat (moim zdaniem ktoś potrafiący operować kilofem, nie powinien zabierać się za mędrkowanie o transplantacjach serca, bo tak postępuje tylko zadufek, nadętek i arogant w skórze nieomylnego zera).

*

Wracając do tematu: Piramowicz żył i bredził za czasów Stanisława Żeleńskiego. Tak samo jak religiant o nazwisku Rydzyk za naszych.

Żeleński jest lekarzem, społecznikiem, propagatorem niejednej akcji w obronie praw kobiet i dzieci. Jest zwolennikiem higieny moralnej. Giętkim piórem wojuje z ciemnotą i jako literat znany pod pseudonimem Boy – kongenialnie tłumaczy utwory Balzaca, Pascala, Moliera.

Błyskotliwy felietonista o niekościelnych poglądach, zawołany dziennikarz, autor Słówek, filar kabaretu Zielony Balonik, oświatowiec piszący o doli kobiet, planowanym macierzyństwie i jego braku skutkującym aborcją (przykra wiadomość dla demagogów: nigdy nie był jej propagatorem, tylko opowiadał się za seksualną edukacją. Tak jak nigdy nie bawił się w głupawe ataki na religię, tylko zwalczał hipokryzję. Drażniącą świętoszkowatość.

Humanista poruszający problemy aktualne i często nierozwiązane do dziś, lekarz o niewygodnych przekonaniach, wróg koturnowości i egzaltacji, odbrązawiacz pisarskich sław, bezkompromisowy krytyk teatralny i obyczajowy komentator, wydawca i zarazem tłumacz literatury francuskiej o osiągnięciach rozsadzających potoczne wyobrażenia, publicystyczny drapieżnik nie pozwalający sobie dmuchać w nos, zadziorny interlokutor o języku wyparzonym w niejednej polemice, w dzisiejszych protestach byłby stał na ich czele.

A choć był za postępem w medycznych naukach, choć nie znosił umysłowej ciasnoty i na każdym kroku, czy to w swoich teatralnych recenzjach, czy w esejach poświęconych biografiom, starał się tępić wszelkie nasze narodowe wady (np. małostkowość czy zawiść lub stereotypowe przekonania), z pewnością zostałby okrzyknięty LEWAKIEM i jako niesubordynowane indywiduum zasiliłby szeregi zdrajców.

Ale co tu gadać! Cmentarny duch zafajdanych czasów znany był dużo wcześniej, gdyż o podobnej inwazji przeciętniaków pisał już Marcel Proust: rozkręcone albo połamane sprężyny mechanizmu odpychającego przestały funkcjonować, przedostawały się tu tysiące ciał obcych, odbierając temu środowisku wszelką homogeniczność, charakter, barwę. Faubourg Saint – Germain, niby stara zramolała matrona, odpowiadało już tylko lękliwymi uśmiechami bezczelnym lokajom, którzy pchali się na salony, pili oranżadę i przedstawiali swoje metresy (Czas Odnaleziony PIW 1979).

Zakończenie 1

Czujnie, w punkt, na temat i błyskotliwie reagującym osobnikiem o parametrach zbliżonych do subtelności, był niejaki myśliciel, filozof i aforysta – Stanisław Jerzy Lec, postać ze wszech miar kolidująca z dzisiejszymi arbitrami smaku. Jak pisał mszczą się ludzie mali, bo nie powyrastali.

Insynuatorów nie brakowało nigdy. Zawsze można było liczyć na to, że jak który wyrośnie ponad statystyczną miarę, znajdzie się życzliwy ktoś, kto mu da po łapkach. Ktoś, kto niczym ogrodnik z sekatorem, przystrzyże mu to i owo, a sprowadzając go do swojego, niziutkiego poziomu, sfastryguje mu osiągnięcia pod swój kołtuński gust.

Dokąd więksi trzymają się przyjętych konwencji i nie walczą z karłowatymi, są traktowani lekceważąco, bo nie stanowią zagrożenia. Ale jeśli zaczyna być o nich głośno, kiedy gołym okiem widać, co sobą reprezentują i dokąd zmierzają, z głębokiego nieistnienia podnoszą się odpychające skrzaty starające się oberwać bodaj cętkę z ich gronostajowego płaszcza. Pojawia się sfora paszkwilanckich śledzienników gotowych jątrzyć, wybrzydzać i rozdmuchiwać, umniejszać i poddawać w wątpliwość to wszystko, czego nie są w stanie pojąć.

Pół biedy, gdy do wydziwiania przystępują pojedyncze stworzonka  przywłaszczające sobie prawo do nieposiadanej wiedzy. Stworzonka, które w sposób wyzywający i podły, bez żadnego wstydu i zahamowań zabierają się za pouczanie mądrzejszych od siebie. Które, pocieszam się, przeminą. Które idzie zwalczyć gogolowskim śmiechem.

Cała bieda natenczas jest, gdy okazuje się, że występują w tak licznym stadzie i takie ich mrowie,  iż nie ma szans na to  by przestali być.

zakończenie 2

Założenie: nastąpił totalny luz w traktowaniu kryteriów i profesjonalistą jest nie ten, co ma pojęcie o zawodzie, lecz ten, co wyżej skacze w partyjnych rankingach; prześladuje nas klęska urodzaju „fachowców” od wszelkich dziedzin.

Według tego założenia instrukcja naboru profesjonalnych kadr wygląda następująco:, telewizyjnym gadaczom przystoi mieć szczerbatą dykcję i zajebiście kaleczyć polszczyznę.

Żurnalista  nie musi znać elementarza, historii lub faktów niezgodnych z ustaleniami.

Sejmowy zapiewajło nie ma innego wyjścia niż dawać radę pleść androny i drzeć mordę w niesłusznej sprawie (w myśl powiedzenia: im gorzej, tym lepiej).

Z czego powstają modne hasła naszych czasów:

„Nie stój, nie czekaj, tylko błyśnij byle czym za nie byle co.
Precz z naukowym pomyślunkiem.
Niech rośnie i umacnia się w nas powszechny debilizm.
Kretyni wszystkich krajów – łączcie się”

Marek Jastrząb

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.9/10 (15 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +16 (from 20 votes)
Marek Jastrząb: Genesis bez ducha, 8.9 out of 10 based on 15 ratings

Odpowiedz