Obiad codzienny

2017-10-24.

Przygotowałam go w pół godziny. Naprawdę. A składał się z zupy, kotletów mielonych i makaronu. Był też deser, ale że z poprzedniego dnia, nie włączam go do menu. Opiszę go kiedy indziej.

Wróciliśmy z zakupów tuż przed naszą porą obiadową. Czasu było mało. Włączyłam dziarską muzyczkę w wykonaniu przedwojennego niemieckiego chóru rewelersów Comedian Harmonist i… w żwawe rytmy ich przebojów zaczęłam się kręcić po kuchni. Najpierw przygotowałam produkty do zupy. Gdy ją postawiłam na kuchence, zajęłam się mielonymi kotletami. Gdy te kończyłam smażyć, wstawiłam wodę na makaron. Miałam taki świeży, jajeczny, do gotowania w 3–4 minuty. Z grubsza tak to wyglądało. Czas na szczegóły. I ilustrację: jak obiad się przedstawiał.

Zupa-krem z brokułów po mojemu

  • brokuł
  • 2–3 ziemniaki
  • filiżanka białego solonego sera
  • jerk sauce (sos paprykowo-tymiankowy)
  • ew. sól, 1/2 łyżeczki cukru

Brokuł zanurzyć na chwilę w wodzie z octem. Wyjąć, oczyścić łodygę z twardych włókien. Pokroić oddzielnie łodygę, oddzielnie różyczki. Ziemniaki obrać, pokroić też w drobną kostkę.

Warzywa zalać wodą, gotować 10–13 minut do czasu, gdy zawrze. Dorzucić brokułowe różyczki. Dodać pokrojony w kostkę biały ser. Gotować, aż wszystkie warzywa zmiękną, a ser się roztopi. Jest słony, zupy nie więc się nie soli, ale jeżeli potrzeba, zrobić to. Doprawić także cukrem.

Zupę zblendować lub zmiksować.

Podawać z grzankami lub groszkiem ptysiowym i kostkami tego samego sera, który w niej się rozgotował.

Przypomnę, że sos jerk (dziękuję Asiu i Szymku, jeszcze go mam!) pochodzi z Jamajki, ma smak pikantny dzięki ostrej papryce i korzenny dzięki cynamonowi i goździkom, zawiera też tymianek. Można zamiast niego przyprawić zupę sypkim tymiankiem i ostrą papryką.

Gdy zupa się gotowała, przyrządziłam kotlety mielone. Kupiłam na nie mielone mięso indyka. Do sporządzenia masy na kotlety potrzebne były 2 jajka, szalotka (lub mała cebulka), namoczona mała bułka pszenna (trzeba ją moczyć wtedy, gdy zaczyna się zabawę z zupą) oraz przyprawy. U mnie były tosos jerkłyżka majeranku, sól i czarny pieprz.

 

To wszystko trzeba dobrze wymieszać, a potem, jak zwykle, formować kolety, panierować je w tartej bułce i kolejno smażyć na rozgrzanym oleju. Nie warto ich przesmażać, aby w środku pozostały pulchne i soczyste, ale nie mogą być surowe. Gdy mamy wątpliwości, czy dość usmażone, przekrójmy jeden i sprawdźmy. Odkładamy je na papier kuchenny, aby wchłonął olej od smażenia.

Na początku smażenia koletów wstawiłam wodę na makaron, jak zwykle osoloną. Makaron jajeczny, świeży, gotuje się błyskawicznie. Odcedzony (trochę wody zostawić) wymieszałam z przekrojonymi na pół kolorowymi pomidorkami kolorowymi.

 

Makaron wymieszałam też z odrobiną wody z gotowania oraz oliwą. Kto chce, może go posypać startym serem. Ale to i dodatkowy czas potrzebny na utarcie sera, i dodatkowe kalorie. A makaron z samymi wesołymi pomidorkami smakuje dobrze i staje się ozdobą stołu,

Opisałam typowy obiad codzienny. Przy dobrej organizacji pracy przygotujemy go w pół godziny. Wszystkie składniki poszczególnych dań warto najpierw przygotować. Najpierw wstawić zupę, zająć się kotletami, a gdy te się smażą, ugotować makaron. I to wszystko. Aha, jeszcze jedno: od razu warto wszystko sprzątać, opłukać, wstawić do zmywarki, pochować itd.

Ten niewymyślny obiad zilustruję baaardzo wymyślnym. Jego opis przekazał „Kurier Warszawski” w roku 1904. Był to wytworny posiłek na cześć dwóch monarchów – króla angielskiego i cesarza austriackiego. Wtedy przyjaciele, za lat dziesięć stanęli naprzeciw siebie jako wrogowie, strzelający do siebie bez pardonu. Oczywiście, strzelali nie oni sami, na front wysłali armie. Europa po Wielkiej Wojnie, jak nazywano tę, na którą mówimy „pierwsza światowa”, miała zmienić swoje oblicze. Tych zmian było jednak za mało. Potrzebna była wojna druga. Ale to już dalsza historia. Pozostańmy w uroczym świecie złudzeń z roku 1904 i przypatrzmy się, jak wtedy wyglądał obiad galowy na najwyższym szczeblu. Obiad – a nawet jak przeczytamy dwa obiady – monarchowie zajadali sami, całowali się przyjacielsko też sami, ale na wojnę, do umierania za ojczyznę, mieli wysyłać żołnierzy. I żołnierze ginęli. Tekst przytaczam w oryginalnej pisowni. Podpisują go inicjały Z. W.

W dniu 16-ym sierpnia w Marjenbadzie pan i władca Wielkobrytanji, cesarz Indji, a zawsze popularny król Edward VII, przyjechawszy na kurację uścisnął dłoń sędziwemu monarsze cesarzowi Franciszkowi Józefowi, który pełen jeszcze sił i z młodzieńczą niemal werwą, przybył umyślnie do Marjenbadu dla powitania równego sobie w dostostojeństwach gościa, na swojej własnej ziemi.

Król Edward pośpieszył na dworzec przyjąć odwiedziny cesarskie, poczem monarcha austrjacki wnet wizytował władcę angielskiego, zamieszkującego w hotelu Weimar. Następnie było wspaniałe przyjęcie dla orszaków monarszych i szlachty w miejscowym kurhauzie, wreszcie wspólna przejażdżka monarchów, i obiad galowy, wydany przez króla Edwarda, zakończył te odwiedziny, niekoniecznie noszące tylko charakter urzędowy. Było to serdeczne spotkanie dwóch wielkich monarchów, którzy, odrzuciwszy względy polityczne, przywitali się po bratersku i w szczerych wynurzeniach miłe z sobą spędzili godziny.

Zjazd ten, w takim tonie utrzymany, musiał wywołać żywe objawy wzajemnej sympatji poddanych obu państw Wielko-Brytanji i Austro-Węgier. Przez usta monarchów, którzy zamienili bratni pocałunek, całowały się ludy Anglji z ludami różnojęzycznej Austrji.

Dzień więc zjazdu w Marjenbadzie był dniem sympatji dla Anglji w całej Austrji i na Węgrzech, w Anglji zaś przedstawiciele narodu pośpieszyli wyrazić sympatje swoje kolonji austrjacko-węgierskiej. Nie została dłużną kolonja monarchji austrjackiej w Londynie, i oto w dniu 18-ym sierpnia w hotelu Savoy dała obiad na cześć cesarza swego Franciszka Józefa, na który zaprosiła przedstawicieli świata dyplomatycznego, ministrów i członków parlamentu, oraz izby lordów, ażeby wspólnie przy biesiadzie wyrazić sobie wzajem sympatje, jakie zjazd monarchów zamanifestował wobec całego świata.

Leży przed nami właśnie menu tej lukullusowej uczty, na której obmyślenie wysiliły się mózgi najznakomitszych francuskich kuchmistrzów, przebywających nad Tamizą, przyczem podobno zasięgano rady w samym Paryżu i oto co podano gościom, przyjmowanym przez kolonję austrjacką:

Takie były dania na tej uczcie, lecz czemże wznoszono toasty, których było aż pięć? Oto na cześć króla angielskiego i jego rodziny, na cześć sędziwego monarchy Franciszka Józefa, na cześć dam i gości, na cześć księcia ambasadora Schonburg-Hartenstein, wreszcie za zdrowie przedstawicieli kolonji austrjacko-węgierskiej w Londynie wychylano kieliszki szampana marki, nieodwołalnie znajdującej się przy biesiadach królewskich dworu angielskiego Moët i Chandon, bo tak etykieta i dobry smak nakazuje. A przytem stosowano się do gustu lordów i książąt krwi, znajdujących się na biesiadzie, którzy z pośród niezliczonych win szampańskich tylko uznają markę Moët i Chandon.

Jest to jeszcze jeden tryumf, jaki odnosi marka zasłużonej firmy francuskiej. Mija tyle dziesiątków lat, odkąd berło mody i wytwornego smaku objął książę Walji, dziś szczęśliwie panujący król Edward VII, a marka Moët i Chandon nie schodzi ze stołu dworskiego, a gdy wydarzy się uczta, w rodzaju tej, jaką wydano w hotelu Savoy z okazji zjazdu monarchów, bankiet nie byłby bankietem, gdyby toastów na cześć majestatu nie wzniesiono szlachetnym trunkiem White Star, najwytworniejszego w świecie szampana firmy Moët i Chandon.

Końcówka wzniosłego opisu miłości angielsko-austrowęgierskiej pobrzmiewa kryptoreklamą, jak dzisiaj byśmy powiedzieli. Wtedy, w tym względzie, standardy dziennikarskie były jednak inne. A tytułowe sympatie narodów? Ulotne, jak uczy historia. Zwłaszcza te deklarowane przez przywódców wcinających galowe obiady.

W menu tego obiadu widzimy melona, podanego na przystawkę, bulion na skrzydełkach, drugą zupę, dwie potrawy z ryb, pulardę, krem ze świeżej kukurydzy, orzechy, jabłka, mus westfalski, kuropatwę, sałatę, groszek, pory, a na zakończenie desery. Tych nie opisano. Co za kontrast z naszym obiadem codziennym!

 Alina Kwapisz-Kulińska
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)
Obiad codzienny, 10.0 out of 10 based on 1 rating

8 komentarzy

    • Alina Kwapisz-Kulinska 2017-10-27
      • A. Goryński 2017-10-27
        • A. Goryński 2017-10-27
  1. Alina Kwapisz-Kulinska 2017-10-30
    • Alina Kwapisz-Kulinska 2017-10-30
    • Alina Kwapisz-Kulinska 2017-10-30

Odpowiedz