Dr Arkadiusz Głuszek: Gentlemeni podobno…

… nie rozmawiają o pieniądzach czyli na co choruje polska nauka (i uczelnie wyższe też)

2017-11-09.

Współczesna Polska z amerykańskiej perspektywy wygląda bardzo nowocześnie i jest po prostu częścią Europy. Żyjąc w Polsce zazwyczaj nie ma się tej refleksji jak bardzo kraj się zmienił i jak bardzo stał się nowoczesny. Ta beczka miodu jest jednak solidnie zakropiona dziegciem i niewiele brakuje, żeby zaprzepaścić dorobek pokoleń. Świat jest obecnie na za kręcie historii, to prawda, nie wiemy czy wkroczymy w nową erę, nazywaną przeze mnie pieszczotliwie „kontr-oświeceniem”, czy to tylko chwilowa czkawka ewolucji społecznej. Istotne jest żeby racjonalnie rozwiązywać bieżące problemy, a nie czekać na to, co przyniesie los.

Z zainteresowaniem przyglądam się działaniom Ministerstwa Nauki, które dąży do wprowadzenia reformy nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce. Sam mam wieloletnie doświadczenia pracy w instytucie PAN przed laty i osobiście dotykały mnie rozmaite wady i niedomagania polskiego systemu. O owych wadach napisano już sporo i mam wrażenie, że panuje powszechna zgoda na wprowadzenie zmiany. Ja przyjmę tutaj postawę konstruktywną i skupię się na tym, jak powinien moim zdaniem wyglądać aspekt systemowy nauki i szkolnictwa wyższego.

Z ciekawości przygotowałem sobie statystyki ilości uniwersytetów w pierwszej 500. najlepszych uniwersytetów z Listy Szanghajskiej przypadających na 1 000 000 mieszkańców dla każdego państwa, które takie uczelnie posiadają. Najnowsze dostępne dane są za rok 2016. Polska z dwiema wyższymi uczelniami (UW i UJ) zajmowała 33 miejsce na 40 takich państw. Tutaj kluczową rzeczą jest podkreślenie, że polska gospodarka jest klasyfikowana około miejsca 20 na świecie. Analiza danych statystycznych pokazuje, że żeby Polska lokowała się w połowie takiej listy liczby uniwersytetów przypadających na 1 mln mieszkańców, czyli odpowiednio do pozycji polskiej siły gospodarczej, powinna posiadać 15 uniwersytetów z pierwszej 500. Listy Szanghajskiej. Zajęłaby wówczas pozycję 21., pomiędzy Włochami i Singapurem. Na marginesie, Izrael jest 9. na tej liście. Przywołuję tutaj przykład Izraela z powodów dobrze znanych historykom i nie będę się nad tym rozwodził. Obecne miejsce Polski na pozycji 33 zamiast na adekwatnej 20-21 to jest właśnie skala polskiego zacofania cywilizacyjnego. Co z tego, że są kraje, które mają jeszcze gorzej? Przecież to nie na nich chcemy się wzorować. Zakładam, że powyższe fakty są dobrze znane w polskich kręgach rządowych.

Sytuacja hipotetyczna: Polska gospodarka jest klasyfikowana na miejscu mniej więcej 20 pośród gospodarek świata – jeżeli Polska miałaby zajmować miejsce około 20 w powyższym rankingu uniwersytetów, to powinna posiadać 15 uczelni wyższych w pierwszej 500 najlepszych uniwersytetów na świecie. Sytuacja powinna wyglądać tak:

500 najlepszych uniwersytetów na świecie w 2016 (hipoteza PL=15)

tabela 1

Download the PDF file .

No dobrze, wiemy gdzie powinniśmy być ale jak sprawić, żeby tam się znaleźć? Przypuszczam, że nawet ekonomiści nie wiedzą dokładnie ile lat trzeba, żeby dorobić się 15 uczelni wyższych na poziomie 500 najlepszych uniwersytetów na świecie. Mamy tutaj zbyt dużą ilość niewiadomych i wszystko wisi w układzie otwartym, czyli zależnym od sytuacji międzynarodowej. Czy potrzeba 30 lat? 50? A może 100? Sądzę, spekulując, że przy nastawieniu całej machiny państwowej na taki cel dałoby się to zrobić najszybciej w 15-20 lat. Ale wszyscy wiemy, że to zupełnie nierealne. Dla mnie to przerażająco smutne wyliczenia biorąc pod uwagę długość życia pokolenia. To boli.

I tak oto dotarliśmy do istoty problemu rozwoju nauki i oświaty, czyli do pieniędzy. Ale zanim zacznę spekulować na liczbach, chciałbym przytoczyć jeden, charakterystyczny moim zdaniem przykład dotyczący filozofii wydawania w Polsce pieniędzy na naukę (celowo piszę „naukę”, a nie „badania naukowe”). Przykład świeży.

Sprawa dotyczy opublikowanych niedawno w Proceedings of the Geologists’ Association wyników badań odkrytych na Krecie tropów naczelnych. Polskie media wręcz szalały, że Polacy odkryli, że polscy paleontolodzy zmieniają podręczniki historii ludzkości, że Polacy potęgą naukową są i basta. Żal było patrzeć na tę zbiorową masturbację.

Przeczytać można było w tym artykule w Podziękowaniach, że badania te były finansowane przez uniwersytet w Uppsala (częściowo z grantu Fundacji Wallenbergów) i greckie instytucje, a także, że były wspierane przez greckie i polskie osoby prywatne i firmy. Nie ma żadnej wzmianki na temat jakiegokolwiek wsparcia ze strony stosownych instytucji państwa polskiego (ani PAN, ani PIG, ani UW, ani UŚ, ani Ministerstwa, ani NCN, ani NCBR) poza oczywiście utrzymywaniem 3 polskich naukowców na etatach. Czy zatem powinienem być zaskoczony, że w najnowszym Nature no. 7670, vol. 549, wzmianka na temat „Ancient footprints found on Crete” słowem nie wspomina o Polakach? Piszą tam, że to zespół prof. Ahlberga…

tabela 2

Download the PDF file .

Początkowo wzburzyło mnie takie pomijanie głównych autorów odkrycia i badań ale późniejsza lektura oryginalnego artykułu rozwiała moje podejrzenia o niechęć redakcji Nature do Polaków. Za to wróciły koszmary wspomnień polskiego zakompleksienia i niedomagań wyobraźni, a przede wszystkim tych wszystkich przykrych konsekwencji głębokiego feudalizmu w polskiej geologii (i chyba ogólnie w polskiej nauce). Bo niby dlaczego nie było pieniędzy na badania dr Gierlińskiego? Ten naukowiec odkrył opisywane tropy w 2010 roku. Jak pamiętam rutynę z dawnych czasów, pracownik naukowy powinien być wdzięczny państwu polskiemu i po rękach całować dobrodziei profesorów, że ma pracę i regularnie wypłacaną pensję. Czasy się może zmieniły i może nawet pracodawca zwracał dr Gierlińskiemu koszty przelotów i noclegów w Uppsala? Łaskawcy! Ale jeśli nie ma pieniędzy na badania naukowe, to po co utrzymywać kosztowne instytucje, których największą troską jest żeby trwać i malować fasady na czas oceny? Bo może trafi się taki Gierliński i ktoś inny zapłaci za jego szczęśliwy naukowy traf? I będzie można epatować polski lud potęgą polskiej nauki… Czyli, że jest dobrze i będzie coraz lepiej, wstajemy z kolan, a świata pada nam do stóp. A słowo Polska można odmieniać przez wszystkie przypadki!

Rozsądni ludzie wiedzą, że zagranicą ludzie nie są ani ślepi, ani naiwni. Patrząc z zewnątrz widać jak Polska się coraz bardziej izoluje i karłowacieje w sensie kulturowym. Przesadziłbym jednak przypisując wyłącznie obecnie rządzącym tę całą mizerię z nauką. Każda partia polityczna będąca reprezentantem swoich środowisk ma swój wkład w konserwowaniu tej „antycznej zupy” po 1990 roku. Konsekwencje mogą być naprawdę groźne. Chciałbym tutaj zwrócić uwagę na zmieniający się stosunek ludzi do ewolucji i kreacjonizmu, szczepionek, ateistów (i wszelkich innych „odmieńców” i „obcych”) i posiadania broni. To szersze zjawisko ale kraje peryferyczne takie jak Polska mogą zostać dotknięte konsekwencjami bardziej boleśnie. Zdaje się, że w czasach saskich, kiedy upajano się sarmackością i własną wyjątkowością, uniwersytety mogły przechodzić podobną fazę. Czytałem, że głównym ówczesnym zajęciem profesorów UJ było ponoć przygotowywanie horoskopów na zlecenie… W tym samym czasie Petersburg czy Konigsberg to były potęgi naukowe jaśniejące na cały ówczesny świat. I to zaledwie 250 lat po tym, jak Wszechnica Krakowska ukształtowała Mikołaja Kopernika i w Konigsbergu mogli tylko pomarzyć o takim poziomie cywilizacyjnym (nie mieli nawet jeszcze uniwersytetu). Saint Petersburga w ogóle jeszcze wówczas nie było. Wówczas to upadająca gospodarka I RP odpowiadała za taki stan rzeczy. Ale dzisiaj? W czasie gospodarczej prosperity RP (nie pamiętam już o jakim numerze, III, IV czy V ?).

Wracając do sprawy reformowania nauki i oświaty, miałem okazję przejrzeć dokument zawierający podstawowe założenia tzw. nowej konstytucji nauki w Polsce, przygotowany przez min. Gowina na wrześniowy Kongres Nauki Polskiej. W trakcie przeglądania tego dokumentu nie mogłem powstrzymać rozczarowania. To nie jest gruntowna reforma, która tak bardzo jest potrzebna! To jest bardzo zachowawczy wariant, który więcej konserwuje niż zmienia. Brakuje w ogóle projektów zmian administracyjnych, scalania uczelni, tworzenia interdyscyplinarnych centrów badawczych, wchłonięcia PAN (bo utrzymywanie PAN w obecnej formie to gotowy przepis na katastrofę finansową), zatrudnienia profesjonalnych managerów do zarządzania uczelniami, żeby wymienić tylko kilka najważniejszych. Czyli generalnie min. Gowin nie dotknął rzeczy najważniejszej dla finansowania – gruntownej przebudowy modelu administracyjnego i budowy nowego modelu zarządzania nauką i szkolnictwem wyższym. Złe zarządzanie jest najważniejszą przyczyną ciągłych braków finansowych – to jest przecież dramatyczny truizm! Bo pieniądze w Polsce są, tylko trzeba nimi dobrze zarządzić. Po co Polsce taka reforma, która niewiele zmieni i tylko ewentualnie opóźni nieco w czasie katastrofę? Wydaje się, że min. Gowinowi bardziej zależy na budowie własnego zaplecza politycznego (przytulić profesorów, tzn. nie wystraszyć, a raczej zaprezentować się jako rzecznik ich interesów) niż na rzeczywistej zmianie. Przeciętny polityk raczej unika kontrowersji i dba przede wszystkim o własny PR. Sadzę, że dla dobra rzeczywistej reformy nauki i szkolnictwa wyższego potrzeba silnego i niezależnego polityka z wizją (koniecznie racjonalną) albo fachowca od zarządzania w roli ministra. A opozycja wydaje się staje po stronie min. Gowina w sprawie reformy nauki… Zgroza!

I do tego jeszcze ten pomysł szkół doktorskich. To delikatnie mówiąc fantasmagoria, podróż w czasie! Współczesna nauka idzie w stronę zespołów badawczych tworzących się ad hoc wokół projektów, które mają zapewnione finansowanie ze stronu biznesu lub państwa i chętnie biorą stażystów (bo są tańsi i będą ciężko pracować na swój dorobek, który da im doktorat), a na uczelniach w stronę zespołów skupionych wokół lidera – profesora, który uzyskał finansowanie z budżetu państwa, biznesu i/lub organizacji pozarządowych dla swojego ciekawego projektu powiązanego z działaniami edukacyjnymi i ma talent organizacyjny i charyzmę. W takich zespołach robi się doktoraty „z marszu” i zawsze są one wynikiem własnego wkładu na rzecz sukcesu całego zespołu, nie są siłą rzeczy oderwane od głównego nurtu badań naukowych. W tym samym czasie polski minister nauki proponuje tworzenie sformalizowanych, uczelnianych (i o zgrozo PAN-owskich), finansowanych z budżetu państwa szkół na modłę francuską sprzed 100 lat. To owszem, dawało świetne efekty 100 lat temu. Ale to prehistoria i tego świata dawno już nie ma. Zapisy propozycji świadczą, jak mi się wydaje, że sam pomysłodawca wstydzi się tego pomysłu (brak definicji, niejasne powiązania). Czyżby min. Gowin sam miał wątpliwości jak ocenić własny projekt? To jest zaiste hamletyzowanie godne krakowskiego patrycjusza. Wyleczyłem się ostatecznie z nadziei, że min. Gowin coś znacząco zmieni. To są kosmetyczne propozycje. A świat dalej ucieka Polsce.

Wszyscy z naszych podatków finansujemy naukę i szkoły, w tym uczelnie wyższe. Co do sposobu wydawania tych pieniędzy, to wydaje mi się, że rządy postępują racjonalnie. Zapewne poziom wydatków jest powiązany ze stopniem zreformowania nauki i oświaty. Ja też byłem przez długi czas w tłumie pomstujących i wołających o rozsądek (bo nauka przecież…). Ale kiedy przyjrzeć się sprawie bliżej, z punktu widzenia księgowego liczącego przychody i rozchody, to nawet przyjmując perspektywę 10 lat (czego się nie robi, perspektywa zazwyczaj jest 1-2 letnia, góra 5.), lepiej wydawać pieniądze tam, gdzie te pieniądze zarobią na siebie i wykreują nadwyżkę. Wydanie tych pieniędzy na coś innego, np. wsparcie nierentownych kopalń węgla albo starej i nieefektywnej struktury nauki i wyższej edukacji to czysta strata pieniędzy, powiększona o niezrealizowane zyski z zainwestowania w coś innego. Przekładając to z grubsza na matematykę – wydając przez 10 lat rocznie 10 mld zł na projekt A (to mniej więcej równowartość 0,6% rocznego PKB Polski), który nie da zysku, a co najwyżej zwróci się po 10 latach, zamiast na projekt B, który to projekt (przykładowo) przyniesie sumarycznie 1000% zysku po 10 latach, tracimy 1100 mld, czyli 1,1 bln złotych, czyli 2/3 całego obecnego rocznego PKB Polski. Nie trzeba wybitnej wyobraźni, żeby wymyślić co można by zrobić dla ludzi za te pieniądze. Tutaj należy przypomnieć, że inwestycje w badania naukowe należą do kategorii inwestycji o najwyższej stopie zwrotu, czyli niewiele jest projektów biznesowych dających większe zyski. Jednak trzeba też wspomnieć o tym, o czym wie każdy przedsiębiorca, że granica między sukcesem a porażką jest bardzo krucha. Źle zarządzana inwestycja przyniesie duże straty zamiast dużych zysków.

Inwestycje w badania stosowane mają ogromny potencjał finansowy. Ale co w takim razie zrobić z badaniami podstawowymi i naukami humanistycznymi, które nie sypną monetami po latach łożenia na nie pieniędzy? To proste. Trzeba dalej finansować. One się odpłacą w innej formie. To są sfery o ogromnym potencjale kulturotwórczym. Badania stosowane też długo nie pojadą bez badań podstawowych i to samo w sobie jest odpowiedzią na pytanie o potencjalne źródło finansowania dla nich. Patrząc na obecny świat odnoszę wrażenie, że ktoś mocno poskąpił pieniędzy w ostatnich latach. No tak, przytrafiły się ludzkości kryzysy ekonomiczne, praktycznie jeden po drugim. Ludzie wydają się być głodni opowieści o filozofii, sztuce, historii, literaturze, nowych odkryciach w kosmologii, etnografii, religioznawstwie, psychologii… A ciekawych opowieści są tysiące! Ludzkość przez tysiące lat, czyli kilkadziesiąt razy dłużej niż ostatnie stulecie, opierała swoją kulturę i rozwój społeczny i technologiczny na opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie i nieustannie uzupełnianych o nowe obserwacje i odkrycia. Życie nie znosi próżni i w miejsce profesjonalnych „opowiadaczy” i popularyzatorów wcisnęli się czarodzieje medialni kusząc opowieściami o niezbadanych, zlekceważonych dziwach, pominiętych faktach, porzuconych sprawach czekających na Twoje, tak Twoje kochany widzu zainteresowanie i Twoje odkrycie. Nie ważne, że kompletnie nie znasz się na inżynierii, archeologii, czy historii Starożytnego Egiptu. Właśnie Ty możesz odkryć prawdę o powstaniu piramid i Sfinksa w Gizeh. Wystarczy wykupić abonament naszego kanału (albo wstąpić do naszego Kościoła) i fascynująca przygoda Twojego życia stoi przed Tobą… Ekspansja kreacjonizmu, ruchów antyszczepionkowych, nacjonalizmów, populizmów mówią same za siebie. Nauka ma złą passę. A na tzw. postprawdzie nikt jeszcze nie zbudował wahadłowca, ani choćby fabryki akumulatorów. Ani solidnego społeczeństwa obywatelskiego. Jeśli nie ma dobrze finansowanych „strażników prawdy” za którymi stoi autorytet państwa to zakwestionować można dosłownie wszystko. Zasadnym, myślę, będzie pytanie kto na tym korzysta?

Rozwinięte społeczeństwa na świecie dawno już odeszły od miłej także dla mnie kiedyś zasady, że wartości dodatniej finansowania badań podstawowych nie da się skwantyfikować. To nieprawda, bo współcześnie wszystko jest już liczone. Ja między innymi dlatego odszedłem z pracy w nauce, bo zorientowałem się (i uświadomiłem sobie brak perspektyw), że nauka, jako część kultury ludzkiej, staje się powszechnie kwestionowana jako dobra inwestycja i coś, na co warto oddawać część swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Mówiąc krótko – na pytanie „co ja z tego mam?” ludzie coraz powszechniej odpowiadają: „nic”. W konsekwencji państwa demokratyczne, czyli politycznie zależne od wyborców, coraz bardziej „po cichu” finansują naukę albo ograniczają jej bezpośrednie finansowanie wyręczając się NGO albo biznesem. Oczywiście nauka jest niezbędna dla rozwoju i rządy mają świadomość konieczności jej finansowania. Fundamentalne jest jednak jak najefektywniejsze, profesjonalne zarządzanie i wydajna, nowoczesna struktura oraz jasno nakreślony program funkcjonowania nauki w ramach gospodarki. Wtedy te środki z polskiego budżetu, które teraz postrzegane są jako zbyt niskie, okażą się wystarczające nawet na spore podwyżki płac dla pracowników nauki nie mówiąc już o rzeczywistym finansowaniu badań naukowych, o czym pisałem powyżej.

Dr Arkadiusz Głuszek

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (11 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +12 (from 14 votes)
Dr Arkadiusz Głuszek: Gentlemeni podobno..., 10.0 out of 10 based on 11 ratings

4 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2017-11-09

Odpowiedz