Andrzej Lubowski: Dlaczego tak kochamy Trumpa?

2017-11-09.

Mój wczorajszy krótki komentarz na łamach Studia Opinii na temat Donalda Trumpa (Andrzej Lubowski: Rok Trumpa, w pierwszą rocznicę wyborów prezydenckich, krytyczny wobec „bohatera”, trafił do Wirtualnej Polski, gdzie został brutalnie skopany: dostał przeszło 4 razy tyle kciuków w dół, co w górę. Z setek komentarzy dowiedziałem się, że jestem śmieciem, że tekst niczym z „Trybuny Ludu”, że zazdroszczę Trumpowi, że ma w domu bibliotekę, że „go Donald!”, i w tym tonie.

Nie zamierzam silić się na analizę świadomości czytelnika Wirtualnej Polski. Pozostawiam to ludziom lepiej niż ja do tego przygotowanym. Przypomnę natomiast o roli Polaków, czy raczej Amerykanów polskiego pochodzenia, w wyborze Trumpa na prezydenta, i o kilku faktach podnoszonych dziś przez amerykańskie media.

Zacznę o tego, że Polacy w ogromnym stopniu przyczynili się do wyboru Trumpa.

Gdy myślimy o Polonii w Ameryce do głowy przychodzą wpierw Chicago i nowojorski Greenpoint, bo tam nas najwięcej. Ale w wyborczej buchalterii ważniejsze są nie liczby absolutne, ale „nasycenie”, czyli udział Amerykanów polskiego pochodzenia w całości populacji stanu.  Zaś pod względem „nasycenia” Polonią, prym wiodą Wisconsin i Michigan, gdzie na Polonię przypada 10% wszystkich mieszkańców. Te dwa stany, i także mocno polska Pensylwania, tradycyjnie głosowały na Demokratów. W wyborach prezydenckich w 2012 roku, Barack Obama zebrał w tych trzech stanach o 900 tysięcy głosów więcej niż Republikanin Mitt Romney. Sztab Hillary Clinton uznał, że te trzy stany ma w „banku”, i skupił swą uwagę i siły na innych stanach. Gdyby Hillary wygrała Wisconsin, Michigan i Pensylwanię, jak miała je wygrać w cuglach, byłaby prezydentem. Ale wszystkie trzy „polskie” stany przegrała. W sumie o niespełna 0.8%. To dramatyczne odwrócenie politycznych sympatii nie wzięło się znikąd. Hillary nie znalazła czasu, aby spotkać się z Polonią, a Trump znalazł. Powiedział im z grubsza to, co powtarzał w lipcu na Placu Krasińskich, że Polacy są „niesamowicie ważni”, obiecał, że będzie „prawdziwym przyjacielem”, i że zniesie wizy.  Czy nie wiedział, że nie leży to w gestii prezydenta? Czy nie wiedziały o tym organizacje polonijne, które uruchomiły lawinę listów do rodaków, że „tylko Trump”? I tak oto daliśmy mu Biały Dom.

Latem tego roku w Białym Domu uznano,  jak się okazało bez pudła, że Warszawa, bardziej niż jakakolwiek inna stolica europejska, zapewni entuzjastyczne tłumy prezydentowi chorobliwie łasemu na adorację. Zważywszy powinowactwo ideowe na linii Biały Dom – Nowogrodzka: niechęć do niezależnych sądów i niezależnych mediów, a także do imigrantów, wizyta stanowiła wsparcie dla polityki polskich władz. Trump przedstawił spopularyzowany wykład z historii Polski, z wieloma ukłonami w stronę naszego męstwa i waleczności. I za to, najwyraźniej, pokochali go ci, którzy wylali na mnie kubły pomyj.

Kochamy go, a przynajmniej moi krytycy z WP, kochają go najwyraźniej bardziej niż Amerykanie. Poparcie dla Trumpa w USA wynosi dziś 38% – jest niższe niż dla jakiegokolwiek prezydenta w historii USA. Z danych przedstawionych dziś (8 listopada) przez „Wall Street Journal”, nie lewaków, w gminach które głosowały na Trumpa rok temu, to poparcie wynosi 48%.  Choć Trump przy każdej okazji chwali się, że żaden amerykański prezydent nie dokonał tak wiele jak on, ni jak nie idzie znaleźć tych dokonań. Wiadomo natomiast, że nie spełnił żadnych z przedwyborczych obietnic. Oczywiście o zniesieniu wiz dla nas nie ma nawet mowy. Podobnie jak o murze na granicy z Meksykiem, za który Meksyk zapłaci. Próba likwidacji Obamacare – miało to być tak łatwe, że Trump obiecywał ukatrupić ją pierwszego dnia urzędowania, do dziś się nie powiodła. Druga wielka obietnica to rewolucja podatkowa – tu szanse na realizację są duże, choć poparcie społeczne nikłe: wedle dzisiejszego Wall Street Journal, które pomysł mocno popiera – tylko 25% całego społeczeństwa i 27% wyborców Trumpa uważa to dobrą ideę, pewnie dlatego, że zarobią na niej głównie najbogatsi.   Dziś, w trakcie swej azjatyckiej wizyty, Trump zadzwonił do dwunastu senatorów demokratycznych i zapewniał ich, że sam w wyniku tej reformy straci krocie. Chciał ich w ten sposób, dość naiwny, przekonać do głosowania „za”, ale czy straci i ile, czy zyska, po pierwsze nie jest takie ważne, a po drugie czort to wie, bo Trump wciąż nie ujawnił swych zeznań podatkowych.

Dobrał sobie ekipę, która ma wyjątkowo dużo za uszami. Prokuratora generalnego po raz kolejny przyłapano w tym tygodniu na kłamstwach w zeznaniach przed Kongresem. Sekretarz handlu zapomniał, że ma udziały w tych samych firmach co Putin. „Forbesowi” mówi, że jest wart 2.3 miliarda dolarów, a Kongresowi, że 700 milionów. Sekretarz stanu, jak się właśnie okazało, chował swe pieniądze w rajach podatkowych. Szefowi jego kampanii odebrano paszport, czy raczej paszporty, bo posługiwał się trzema. Pierwszy Doradca do Spraw  Bezpieczeństwa Narodowego ma prokuratorski zakaz opuszczania kraju. Odszedł szef sztabu Białego Domu, główny strateg, minister zdrowia i opieki społecznej, dwóch kolejnych rzeczników prasowych Białego Domu. Kilka osób nominowanych na stanowiska rządowe wycofało swe kandydatury zanim zaczęły się przesłuchania w Kongresie.  Wyszło właśnie na jaw, że na polecenie Trumpa szef CIA spotkał się z gościem znanym z występów w rosyjskiej stacji Russia Today, który twierdzi, że to nie Rosjanie włamali się bazy danych Partii Demokratycznej, ale sami Demokraci się do siebie włamali, aby przegrać wybory. Dom wariatów? Czemu nie. Nominowany przez Trumpa szef CIA przeorganizował Agencję w taki sposób, aby wszystko co dotyczy kontrwywiadu przechodziło przez jego ręce. Nowy szef CIA może odmówić specjalnemu prokuratorowi dostępu do kluczowych dokumentów. Takiego scenariusza, podobnie jak zdymisjonowania specjalnego prokuratora badającego powiązania Trumpa z Moskwą nie można wykluczyć.

Całkiem bym zapomniał, że wczoraj Demokraci wygrali niemal wszystko co było do wygrania w cząstkowych wyborach, w tym stanowiska gubernatorów New Jersey i Wirginii. Wielu konserwatywnych komentatorów przyznało, że choć na liście wyborczej nie widniało nazwisko Trumpa, to w istocie było to referendum w sprawie Trumpa. A poza tym wszystko idzie po maśle. „Go Donald!”

Andrzej Lubowski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.5/10 (18 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +20 (from 24 votes)
Andrzej Lubowski: Dlaczego tak kochamy Trumpa?, 9.5 out of 10 based on 18 ratings

9 komentarzy

  1. Andrzej Lubowski 2017-11-10
    • Andrzej Lubowski 2017-11-15

Odpowiedz