Ernest Skalski: Do Pana PIRSA, ale nie tylko

Print Friendly, PDF & Email

2017-11-24.

Może się z naszej korespondencji robi pyskówka, ale nie są to nasze sprawy prywatne.

 

Aby PT Czytelnikom ułatwić czytanie, polemizuję na bieżąco. Niebieskim tekstem na czarnym tekście pana PIRSA. Podkreślenia w obu są moje.

No to zacznę tym razem bez taryfy ulgowej skoro mamy polemizować, a Pan dalej kręci.

Kręci? Jeśli panu ten styl polemiki poprawia samopoczucie, to proszę bardzo.

Nie miał Pan zamiaru okazać mi lekceważenia? Ejże! Piszę do Studia od czterech lat, oprócz oddzielnych tekstów napisałem wiele komentarzy. Kiedy przytaczałem teksty opracowane przeze mnie, np. ten Zandberga który Pan przywołuje, to na dole podane było: OPRACOWAŁ Pirs. I co, Pan nie zauważył tego wszystkiego, albo zapomniał z powodu demencji, na którą Pan się powołuje?

Nie wystarcza panu, że pamiętam meritum tego co pan pisze? I że odnoszę się do tego? Jeśli to nie jest #me too, to przecież nie ma znaczenia płeć osoby piszącej de publicis. Gdyby przybrał pan pseudonim „Almanzor” lub „La Pasionaria”, użyłbym odpowiedniej formy. Jeśli zapomnienie, czy nie zwrócenie uwagi na nieistotny szczegół traktuje pan jak lekceważenie, to jest mi przykro. Za pana, bo to musi być nieznośne życie z taką wrażliwością na swój temat. Nie chciałem.

Przyjmuję że Szanowny Oponent po prostu rżnie głupa. A teraz jeszcze pisze Pan, że obie płcie traktuje Pan równoważnie, jakbym się obraził za porównanie do kobiety. Pan tak lubi polemizować? To mi wisi, ale mam wrażenie, że gra Pan poniżej pasa, zamiast jak na dziennikarza z renomą odnieść się wyłącznie do treści.

Chyba zmienię określenie z dziennikarz „wybitny” na „zasłużony”.

Jeśli panu ten styl… Da capo al fine.

A teraz co do treści.

Nie odniosę się do ogromnego materiału jaki Pan przytoczył, tych wszystkich rozważań i cytatów, nawet nie skoryguję absurdów, gdzie Pan na podstawie fragmentu czyjejś wypowiedzi rozwija ponure rokowania dla przyszłych działań autora tego fragmentu. Brak mi wiedzy żeby wdawać się w szczegółową polemikę, bo nie śledzę tak uważnie sceny politycznej. Rozumiem, że piszemy z konieczności skrótowo, trochę z przesadą, ale czasem prowadzi to do zadziwiających wniosków.

Cytowane przeze mnie fragmenty wypowiedzi, nie są wyrwane, ale wybrane z kontekstu, tak aby wyrażały istotę poglądów ich autorów. Za każdym razem zamieszczam odnośnik, żeby można to było sprawdzić. Ja, kiedy brak mi wiedzy… bo nie śledzę tak uważnie sceny politycznej, to nie zabieram głosu w tej materii, a już w żadnym wypadku nie polemizuję.

Pan pisze i alarmuje: głosujcie nawet wtedy jak wam się te partie opozycyjne nie podobają, patrzcie jakie są sondaże – tylko te partie mogą obalić PiS.

Fakt!

Za dwa lata niektóre obecne partie mogą zniknąć czy stracić znaczenie. Sondaże też się zmienią. Moim zdaniem (obawiam się tego), mogą się zmienić na niekorzyść opozycji, bo nie wykazuje ona inicjatywy. Dlaczego – napisałem, a Pan to przytoczył, więc nie będę się powtarzał. Jeżeli teraz te partie się nie zmienią to pewnie niewielu będzie chciało na nie zagłosować za dwa lata. Pan powinien apelować do partii opozycyjnych o takie zmiany, a nie namawiać nas żebyśmy się teraz przełamali i połknęli tę żabę.

Nie zniknęły te partie przez pierwsze dwa lata obecnej kadencji, więc chyba – powtarzam; chyba – nie znikną. Ale gwarancji nie ma. Jeśli się nie zmienią – na lepsze! – to faktycznie nie przyczyni się to do przyciągnięcia wyborców.

Teraz odpowiadam panu i panu Prokonosowi. Ja nie namawiam, żeby teraz…”Łyżka jest cenna przy obiedzie” – (rosyjskie). A wybory będą we właściwym czasie – mamy nadzieję. Ja tylko nieustannie, od dwóch lat, polemizuje z tymi, którzy głoszą, że nie zagłosują na opozycję, która się im nie podoba. Ja ich rozumiem, też jestem daleki od zachwytu. Ale musimy sobie zdać sprawę, że jeśli w realnej sytuacji, naprawdę chcemy odsunąć od władzy PIS, to volens nolens trzeba głosować na taką opozycję jaką mamy. Najlepiej żeby się zjednoczyła.

Apeluję gdzie mogę. Raczej do potencjalnych wyborców, niż do mających być wybranymi. Nie mam prostego dojścia. Ale przywódcy i działacze partii opozycyjnych wiedzą i rozumieją. Tylko muszą w tym biznesie skalkulować swój osobisty cel. I tego się nie przeskoczy. A ostatnia wiadomość z Warszawy; Trzaskowski for president, Rabij for vice, pokazuje, że już skalkulowali prawidłowo.

Odniosę się jeszcze tylko do paru spraw.

Pańskie rozważania o partii Razem są – proszę wybaczyć – nieco żenujące. Miałem wrażenie jakby je pisał jakiś partyjniak, który chce nam obrzydzić inną partię. Nie będę się odnosił do szczegółów ich programu, zresztą i wcześniej o tym nie pisałem, ale Pańskie uzasadnienie (wiem, z celową przesadą), że jakby Razem doszło do władzy, to będzie musiało pójść drogą Mao Tse Tunga, Stalina i Castro – to było ze zbyt grubej rury. Pisze Pan: Lewica jest… lewicowa! Esencja tej lewicowości to redystrybucja dóbr i państwo, które się tym zajmuje. Wystarczy więc nazwa „lewica” żeby przypisać partii czy ruchowi społecznemu wszystkie przyszłe „lewicowe” grzechy? Zgodnie z tą zasadą ”prawo” i „sprawiedliwość” w nazwie to gwarancja zachowania tych cnót teraz i w przyszłości.

Szanowny Polemisto! Przecież ja napisałem i podkreśliłem boldem, że Zandberg nam TEGO nie zrobi. Że jego założenia doprowadzam do skrajności i absurdu, żeby je lepiej uwidocznić. I pan zauważa tę celową przesadę! To po co pan wywala otwarte drzwi? Żeby było więcej szumu i słów?

Ja nie przypisuję Razem ‘lewicowych” grzechów – redystrybucja i państwo. Przecież to mówi lider tej partii, cytuję, specjalnie dla pana raz jeszcze: „Rozbudować usługi publiczne, stworzyć prawdziwy program mieszkaniowy, dofinansować ochronę zdrowia, podnieść płace…potrzeba większego budżetu…zmienić system podatkowy na bardziej sprawiedliwy…Żeby zwiększyć wydatki państwa trzeba zebrać pieniądze z podatków.”

Tu parę słów dla pana i dla Mr.E. Wpierw liczby od najmniejszych w górę:

10) utrzymanie samorządów. Kosztowało nas 17,89 mld zł

9) na naukę i szkolnictwo wyższe wydaliśmy w ubiegłym roku 21,38 mld zł

8) obrona narodowa – wydatki w ubiegłym roku wyraźnie spadły – o 2,5 mld zł, do 28,47 mld zł

7) „bezpieczeństwo i sprawiedliwość” to w ubiegłym roku wydatek 30,14 mld zł

6) wydatki na infrastrukturę w ubiegłym roku nam spadły – o blisko 2 mld zł, do 65,16 mld zł

5) wydatki na pomoc społeczną wzrosły w ubiegłym roku wzrosły o 23 mld zł – widać więc, że większość tego wzrostu to pogram 500+ właśnie. Poza tym, na pomoc społeczną samorządów wydaliśmy prawie 27,3 mld zł, a na rządową blisko 21 mld zł. Ogółem wydatki w tej kategorii przekroczyły 68,3 mld zł.

4) Na edukację wydaliśmy trochę więcej niż na pomoc społeczną, bo ponad 70 mld zł. To wzrost o 1,7 mld zł w porównaniu z 2015 rokiem.

3) wydatki w kategorii finanse mocno nam wzrosły – aż o 21 proc., czyli o 13,8 mld zł. Łącznie przekroczyły 78,2 mld zł. Największą pozycją jest obsługa długu publicznego – przekroczyła 32 mld zł. Na składkę do UE wydaliśmy ponad 19 mld zł, na Ministerstwo Finansów ponad 13 mld – z czego przeważająca większość wydatków w tej podkategorii to sfinansowanie deficytu budżetu środków UE.

2) wydatki państwa na zdrowie wzrosły w ubiegłym roku o ponad 4 mld zł (czyli 5 proc.), do blisko 83,4 mld zł. Najwięcej – ponad 35 mld zł – kosztowało nas leczenie szpitalne.

1) pierwsze miejsce bez zmian okupuje pozycja „emerytury i renty” – i jest nie do pokonania. Wydaliśmy na nie aż 242,4 mld zł, o 6 mld zł więcej, niż rok wcześniej. Druga strona tego równania, czyli dochody, z których powinny być finansowane renty i emerytury, a więc składki na ZUS i KRUS, dały 162,5 mld zł. To znaczy, że mamy emerytalno-rentowy deficyt w wysokości aż 80 mld zł.

Wyszło mi 685 miliardów na rok i na którą by pozycję spojrzeć, wszędzie za mało. Ile by trzeba dorzucić na realizację postulatów Zandberga, żeby zaistniał naprawdę odczuwalny postęp? A radykalna poprawa? I jak ma się do tego nawet 75 procent od nadwyżki nad dochodem 500 tys., który wykazuje 0,02 proc. podatników? Żeby mieć potrzebne środki, rzędu setek miliardów, trzeba by ogołocić nie tylko najbogatszych, czyli w krańcowym – podkreślam krańcowym – przypadku przywrócić realny socjalizm. Mr.E. ma rację; nie byłem szczegółowy i precyzyjny. Lecz żeby zaraz kłamstwo?

Nie podoba mi się taka metoda polemiki (nie Pan jeden ją stosuje), gdzie oponentowi wkłada się do ust jakieś poglądy, a potem łatwo je obala. Mamy to codziennie w mediach. Na tym poziomie prowadzimy dyskusję? Nie wiem czy Zandberg i Nowacka rozpoznaliby swoje programy, czytając Pańskie opinie oparte na wyrwanych cytatach z ich wypowiedzi.

Powtarzam: nie są wyrwane, ale wybrane… da capo…

Ciekawe, jak Pan widzi konieczność dziejową w przypadku innych partii. Co, Pana zdaniem, zmuszona będzie zrobić np. Nowoczesna, powodowana – jak Pan pisze – przymusem sytuacyjnym, gdyby doszła do władzy?

Przypuszczam, że jak wszystkie rządzące partie, dopasowywałaby się do sytuacji gospodarczej jaka akurat będzie. A jaka będzie sytuacja ogólna nie wiemy. Konieczność dziejowa, od niej i od innych partii, wymagałaby przywracania rudymentów demokracji.

Przytoczyłem partię Razem jako pierwszy z brzegu przykład, żeby wykazać słabość „matematycznego” uzasadnienia głosowania. Zgodnie z tą zasadą, jeżeli mamy obalić PiS, a nie odpowiadają nam z różnych względów obecne opozycyjne partie (a diabli wiedzą co z nich zostanie za dwa lata), to zamiast zaciskać zęby i się przełamywać do poparcia jednej, która ma aktualnie największe szanse na zwycięstwo, równie dobrze można by zagłosować na jakąkolwiek, choćby na Razem, która ma pewne zalety a wzbudza mniej oporów.

Mniej oporów? Chyba jednak więcej, jeśli chce na nią głosować – powtarzam się – mniej więcej od 160 do 320 tysięcy, a na PO i N – łącznie ponad 4,5 miliona. Gdy pan wcześniej napisał o takim głosowaniu, myślałem, że to taki absurdalny dowcip, powiedzmy, nie najbardziej udany. Pan tak na serio?

I znowu ta „matematyka”! Jak pan sobie wyobraża wybory bez matematyki? Jak rozstrzygać, jeśli nie na podstawie ilości głosów, procentów i przelicznika?

No to teraz słów parę o Platformie (oj, dostanie mi się!).

Pisze Pan że POPiS nie mógł powstać bo jego człony faktycznie reprezentowały odmienne, przeciwstawne elektoraty. Wtedy chyba jeszcze nie, ale gdyby nawet, to co by to przeszkadzało? Mieliby większość sceny politycznej. Wtedy wielu członków obu partii głośno cieszyło się ze spodziewanego zbliżenia i wspólnych rządów.

To się okazało naiwne. Kaczyński, jak każdy autokrata, potrzebował mieć swoją oddaną mu partię – sektę i swój wierny elektorat. Czy wyobraża pan sobie tych rydzykowych ludzi głosujących w bloku z platformersami?

W samej PO są ludzie o bardzo różnych poglądach (dlatego gdy rządzili, to jakoś nie mogli przegłosować ważnych ustaw, choć stale obiecywali). Potrafi Pan wymienić główną ideę, która spaja tę partię?

Nie potrafię. Do wygrania wyborów potrzebne jest nośne hasło, które ją wyrazi. Chodzi mi po głowie; „Dognać XXI wiek!” Ale się nie narzucam. Nie chodzi o to by rzucić hasło, lecz żeby je podjęto.

Gwoli ścisłości, o PO; nie pamięta pan, że pilnując ciepłej wody w kranie, co nieco jednak ta Platforma przegłosowała?
podniesienie wieku emerytalnego, rozłożone tak, że nikogo od razu mocno nie uderzyło,

obniżenie obowiązku szkolnego z siedmiu do sześciu lat,

zniesienie poboru i wojsko całkowicie zawodowe.

Te, unieważniane przez PIS, reformy wpisywały nas w XXI wiek, stąd pomysł na hasło, by go doganiać.

Na przeszkodzie połączenia stanęły chyba głównie ambicje przywódców – byłoby za dużo samców alfa w jednym stadzie. Zresztą powodów było więcej. Ale bliskość poglądów wielu członków obu partii była i jest duża – o czymś to świadczy. Oni już za poprzednich rządów PiS głosowali w wielu wrednych sprawach razem (IPN, rozszerzona lustracja, stosunek do ustawy o przemocy wobec kobiet). A wykopywanie „niesłusznie pochowanych” i karanie całych grup ludzi bez decyzji sądu to przecież pomysły PO. Wydaje się, że także teraz PO i PiS często walczą o tego samego wyborcę.

I słusznie. O wyniku wyborów decyduje bowiem, stosunkowo niewielkie, 10 – 15 procent, centrum. I to nich się walczy. Kaczyński to wie. Był łagodny w wyborach prezydenckich w 2010 roku. Schowany, razem z Macierewiczem, w roku 2015.

A parę wrednych głosowań Platforma miała. Z oportunizmu. Nie twierdzę, że to samo dobro.

Wymieńmy tych najbardziej znanych, co wędrowali z partii do partii. PiS wziął do siebie Zytę Gilowską z PO na ministra; przeszedł tam także Religa. Do PO przeszli z PiS: Radosław Sikorski – przedtem minister w rządzie PiS; Paweł Zalewski; Kluzik-Rostkowska, która organizowała kampanię Kaczyńskiemu; Michał Kamiński,który zorganizował zwycięską kampanię PiS-owi i wymyślił Erikę Steinbach oraz pogrzeb Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Wielu polityków obu partii zwierzało się, że tylko przypadek sprawił że trafili do tej partii a nie do drugiej. Toż i sama Szydło chciała najpierw do PO. To chyba nie świadczy o tym że są jakieś zasadnicze różnice między nimi. Podział pseudo-ideologiczny nastąpił dopiero na skutek walki politycznej.

Z tego, że politycy bywają koniunkturalistami i nie wynika koniunkturalizm elektoratów. Patrz wyżej.

Pisze Pan: Wszystkie pana uwagi o postępowaniu opozycji i o tym co ona powinna zrobić – są absolutnie słuszne. Tam się jednak coś dzieje i nie można wykluczyć, że coś się poprawi. Na cuda bym nie liczył, lecz zawsze… jeśli można coś radzić to przypomnienie zasady: „Quidquid agis prudenter agas et respice finem”. Co będzie jeśli, patrząc końca, skorzysta pan ze swego prawa by nie głosować na mniejsze zło? Skorzystają ci, którzy z mocnym przekonaniem wybierają to większe.

Gdyby wybory miały się odbyć teraz i wszystko zależałoby tylko od mego głosu, to poważnie bym się zastanowił czy go oddać, jak Pan radzi, na zjednoczoną opozycję. Ale po pierwsze to nie ja będę decydował o wyniku, tylko wielu wyborców i to za dwa lata, kiedy możemy mieć zupełnie inną sytuację niż teraz. A po drugie ta opozycja na razie nie zamierza się jednoczyć, zresztą może słusznie – niech najpierw raczej wymyślą coś sensownego i postarają się nas przekonać do tego co wymyślą i do tego że się zmienili. Może właśnie brak poparcia zmusi ich wreszcie do rozsądnego działania, a tym samym da szansę na wygraną.

Będzie pan decydował. Będzie! Głosując i nie głosując. Podobnie jak wszyscy uprawnieni do głosowania.

Kaczyński ma jak w banku swoje 30 procent. Ma szanse, ale nie pewność, utrzymać te dodatkowe 10 – 12 procent i wygrać. Zależy to w dużym stopniu od opozycji. Platforma i Nowoczesna, a do tego, nie mające nawet 5 procent, PSL i SLD, wykazują łącznie ok. 30 procent poparcia. W tej sytuacji PIS może nawet zaryzykować uczciwe wybory. Jeśli jednak powstałaby koalicja, tylko PO i N, to ma 34 procent, a przy jej istnieniu PIS schodzi do 35 procent poparcia. Powstaje szansa na wyrównaną walkę. Przy takim układzie, każdy głos nie oddany na koalicję pozwala Kaczyńskiemu rządzić dalej.

Jeśli ktoś nie głosuje, lub głosuje na Razem, niech się nie dziwi, że rządzi PIS!

Po co Pan tyle wysiłku wkłada w przekonanie czytelników Studia żeby zacisnęli zęby i już teraz polubili mimo wszystko PO i ewentualnie inne partie opozycyjne? Jeszcze zobaczymy jak to mniejsze zło będzie wyglądało za dwa lata.

Nie przekonuję, żeby polubili, bo do lubienia mamy inne obiekty. Partia, która nie jest totalitarna, nie oczekuje miłości, ale by na nią głosować! Ewentualnie pomóc jako woluntariusz. W USA pytają; czy poparłeś swoimi pieniędzmi?

Oczywiście, że sytuacja może się zmienić. Jeśli wreszcie powstanie ta koalicja, to zmieni się na lepsze. Na razie, po długiej gadaninie, wreszcie mamy porozumienie warszawskie – wielki plus! Verba docent, exempla trahunt – pan to rozumie bez tłumaczenia. I liczne samorządy też.

Programowo nie chce się jednoczyć lewica. Z nikim. Nawet ze sobą. Jakieś sekciarstwo jest z nią związane historycznie. Każde maleńkie ugrupowanie chce grać na siebie. A PSL? Jak lewica.

Istnieje koncepcja, że owszem, połączymy się na krótko przed wyborami, a na razie, każdy zbiera poparcie i buduje swoją pozycję. A jak wybory personalne, od wójta do prezydenta RP, to jednoczymy się drugiej turze. I wygrywamy? Niekoniecznie.

Wyobraźmy sobie, z ulgą, że to już nieprawda, Trzaskowskiego i Rabieja, kandydujących oddzielnie. Do tego młody Śpiewak i konkurujący z nim inny aktywista miejski i jeszcze ktoś z PSL, a przecież Czarzasty, Nowacka, Zandberg nie wystawią wspólnego kandydata. Demokrata w demokratę, ale robi się jakoś paskudnie. W pierwszej turze więc, Jaki, Karczewski, czy inny PISman bierze – w antypisowskiej Warszawie – 35 procent głosów. A 65 procent dzielimy na tę ferajnę. Najmocniejszy z nich, Trzaskowski, z przewagą trzech procent nad Rabiejem, wchodzi do drugiej tury, z posagiem 13 procent głosów w pierwszej. Śpiewak i Zandberg nie wezwą swoich aby go poprzeć, bo to przecież kontynuacja reprywatyzacyjnej oligarchii… Chroń Panie naszą stolicę!

A teraz wracamy do krajowej koalicji na rok 2019. Zdajmy sobie sprawę, że decyzyjne centrum elektoratu też kieruje się racjami i emocjami, ale z większą przewagą racji niż ma to miejsce w elektoracie PIS. Jak przy każdej zmianie, tym ludziom przede wszystkim, musi zbrzydnąć dotychczasowa władza. Ale chcą oni również wiedzieć czy mają ją komu przekazać. I nie chodzi tu tyle, czy tylko o program, który traktuje się głównie jak wizytówkę, a nie jako harmonogram do rozliczenia.

I niekoniecznie muszą mieć charyzmatycznego przywódcę. Taki pełną gębą el lider objawia się – lub nie – w sytuacji powszechnie odbieranej jako dramatyczna i niebezpieczna. Wojna, rewolucja, kryzys, ale taki na miarę 1929 roku. Bez takich okoliczności, aspirujący do roli męża opatrznościowego jest żałosny i śmieszny. Jak Don Kichot czy jak Lepper, w którego „ginącą Polskę” mało kto wierzył. Minął się z czasem. Business as usual na „Polskę w ruinie” zmienił dopiero Jarosław Kaczyński, ale tylko dla licznej sekty swoich wyznawców.

Dobrą zmianę jej przeciwnicy widzą jako paskudną, ale to jeszcze nie jest postrzegane jako taki dramatyczny dramatyzm. Lider, owszem, potrzebny, ale może być taki średniej wagi. I dobrze, by nie był samotnym prorokiem. By byli przy nim ludzie z doświadczeniem w pracy państwowej, jak to określano przed wojną. Autorytety z różnych dziedzin. By było komu rządzić, jednym słowem.

No i teraz, Szanowny Oponencie, proszę porównać dwa warianty rozwoju sytuacji.

Pierwszy. W najbliższych tygodniach, gdzie się da, a może prawie w całej Polsce powstają „warszawskie porozumienia” PO i N, chętnie kooptując inne struktury. Ustalają wspólne listy kandydatów do rad, wysuwają wspólnych kandydatów przed pierwszą turą. Broń Boże, żeby tylko ze swoich członków. W Krakowie mogą poprzeć popularnego prezydenta Majchrowskiego, w Rzeszowie – Ferenca. W trakcie kampanii i wyborów kształtuje się faktyczna koalicja. To jest najlepszy sposób – w działaniu! Na niemały czas przed wyborami 2019 daje się poznać koalicja, która już działa, coś w wyborach samorządowych wygrała, ma pomysły na szczeblu samorządów i w skali kraju.

Drugi wariant, szeroko proponowany, również przez pana. NIEPIS to nadal odrębne byty polityczne. Każdy w nim robi swoje i mówi swoje. Nie zjednoczeni,niech najpierw wymyślą coś sensownego” pan proponuje. Więc dyskutują o przyszłości po Kaczyńskim, spierają się, kłócą, nie zamazują swojej przeszłości; krytyka – samokrytyka. Oczywiście, jest to potrzebne, żeby już nie powtarzać starych błędów. Więcej energii idzie na te spory niż na krytykę IV RP, więcej grzechów się wypomina Platformie niż PIS, bo to wykazuje naszą otwartość, prostolinijność, szlachetność, cechy za które ceni nas PIS. Ja nie zmyślam i nie koloryzuję, proszę pana. Już nie cytuję, żeby nie przeładowywać tekstu dowodami, o których pan i tak powie, że wyrwane z kontekstu.

No i tacy rozgadani, rozwrzeszczani, bijący się w piersi cudze i własne, na krótko przed wyborami zmontujemy wspólne listy. Nie wszystkim nawet przechodzi przez gardło koalicja! A wszyscy dookoła widzą, że powstaje ad hoc jakaś struktura, skłócona ze sobą i sobą głównie zainteresowana swoim interesem, by się przepchać przez wybory, zdobyć mandaty, stanowiska, wynagrodzenie ze skarbu państwa.

Czy ten gorszący obraz pozwoli panu uznać, że mniejsze zło, nie jest na tyle mniejsze i już nie musi pan wbrew sobie „zaciskać zęby i się przełamywać do poparcia…” Tak mi się widzi, proszę pana, że ta niewydarzona opozycja bardziej panu wadzi niż panowanie PIS. Chyba, że po wrzuceniu, lub nie wrzuceniu kartki, skutek wyborów nie wchodzi w zakres pana kalkulacji.

Przepraszam za tę supozycję, czy wręcz insynuację. Charakter mi się psuje w trakcie pisania.

Z należnym szacunkiem

Z należnym szacunkiem

 Ernest Skalski
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 6.1/10 (21 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 24 votes)
Ernest Skalski: Do Pana PIRSA, ale nie tylko, 6.1 out of 10 based on 21 ratings

23 komentarze

  1. PIRS 2017-11-24
  2. Poltiser 2017-11-24
  3. rodakzusa 2017-11-25
  4. Mr E 2017-11-25
  5. Mr E 2017-11-25
  6. jureg 2017-11-25
  7. PK 2017-11-25
    • ppp 2017-11-26
  8. andrzej Pokonos 2017-11-25
    • Ernest Skalski 2017-11-25
  9. Magog 2017-11-25
  10. BM 2017-11-25
  11. PIRS 2017-11-25
  12. hazelhard 2017-11-25
  13. PK 2017-11-25
  14. andrzej Pokonos 2017-11-26
    • PK 2017-11-27
    • wsc 2017-11-27
  15. wsc 2017-11-26
    • PK 2017-11-27
  16. koraszewski 2017-11-26
  17. Dariusz Wisniewski 2017-11-26
  18. PiotrW 2017-11-27