Marek Jastrząb: CV

Print Friendly, PDF & Email

2017-12-01.

Ostatnio czuł się mało rozrywkowo: medialne nośniki olewały go, na froncie rzeczywistości wiodło mu się pod wiatr, wszędzie było nędznie i dychawicznie, toteż niczym  zakompleksiony facet, odczuwał globalny deficyt pochwał; urwały mu się tłuste lata prerogatyw, zażył więc pigułki na odwagę i poszedł walczyć o utraconą pozycję.

Lecz odmówiono mu jakichkolwiek  wyrazów współczucia. Stwierdził równocześnie, że stracił specjalne przywileje: nikt nie schodzi mu z drogi, a przeciwnie, popychają go na niewinną szafę, trącają łokciem, nabijają z niego i dają mu sójkę w bok.

A kiedy idzie, pryskają z chodnika do najbliższego samochodu, zaczynają przestawiać go po kątach, drwią z niego prosto w nos ośmielając się komentować, wykpiwać i podważać każdy jego krok i wszelkie posunięcie.

Z niego, co było niesłychane!

Naraz przestano mu się kłaniać, adorować, pić z warg każdą myśl. Nastąpił dla niego szarawy i mdły czas: różni tacy odesłali go ad acta. Jak to w pracy: zapomnisz wsadzić właściwą maskę, z mety tracisz kontrolę nad sobą i zamiast wyglądu szubrawca, pokazujesz światu skandaliczną twarz uczciwego człowieka.

Już nie dopuszczali go do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach. Już nie był dla nich opoką, filarem i wyrocznią. Zatem odszedł. Salwował się wygnaniem z dotychczasowych immunitetów. Lecz mimo że ratował się, jak mógł i umiał, to spostrzegł, iż nowe czasy wymagają od niego nowej aranżacji.

Przedtem nie było dnia bez czapkowania: cięgiem gadało się o nim. Gdzie nie przebywał, witano go solonym chlebem, a delegacje robiły wyścigi o pierwszeństwo do obłapiania mu kolan.

Często trafiał do radia, a w telewizji siedział na okrągło. Praktycznie mówiąc zmieniał tylko pokoje z audycjami, tak że nieraz trudno było odróżnić go od prowadzącego program.

Pytano go o różne kierunki i trendy prowadzące gdzie bądź. Odpowiadał wtedy, snuł rozwiązłe dywagacje, przypuszczenia, proroctwa i wizje. Krótko mówiąc, wyrażał troskę, zawieszał głos, w odpowiednich miejscach robił wielomówne pauzy. Udzielał wywiadów na tematy, które wydawały mu się interesujące, miotał poradami, mówił, jak żyć, jak pójść po rozum do głowy; zwierzał się komu popadnie.

Nie stronił od plotek, insynuacji, niewyraźnych  imputacji; specjalizował się w zdradzaniu przygód typów z określonych kół.

Zaś kiedy podróżował po marginesach, z pogardą patrzył na okoliczną dziatwę drepczącą z transparentami, na cały ten wiwatujący tłumek składający mu hołd. Wtedy słyszał literalny furkot uwielbień. Spragnionym uchem łowił co lepsze kawałki entuzjazmów. Serce pływało mu w rozkoszach, omdlewało w uniżonych oklaskach, szmerkach aplauzu, niekłamanego podziwu i kaskadzie braw.

A teraz, gdy czekała go bryndza, zero przyjemności i zgrzybiałe uciechy, tym snadniej zachciewało mu się wrócić do gry, tym częściej marzył o powtórce z rozrywki.

Lecz zanim do tego doszło, zrozumiał, że nie ma innego wyjścia, niż posiąść taktyczną umiejętność bycia na szczycie: biegłość w komenderowaniu zbiorową duszą i sterowaniem umasowionymi poglądami. Przekonał się, że aby znowu znaleźć się wśród sprawujących dyktat, powinien zająć się odpowiednim mówieniem; mówieniem sprzecznym ze zborną myślą. Z myślą zaopatrzoną w judzenie, rozkułaczoną ze szczerości, pułapek, niedomówień i podtekstów.

Postanowił być otwarty na wszelkiej maści negacje. Skończyć z przejrzystością wystąpień. Zapragnął skupić się na bełkotliwym pochrząkiwaniu trudnymi słowami. Na mętnym chrumkaniu niezdatnym do jednoznacznej interpretacji. Mającym podkreślać wagę jadowitych onomatopei. Trzeba się więc pilnować, stale baczyć, by nie chlapnąć czegoś, co należy zdementować; pomylą się strony i po karierze.

Spostrzegł też, że aby ów cel osiągnąć, powinienem zapoznać się z mechanizmami stosowanymi przez innych. Podpatrzeć już obecnych, już głośnych, już oswojonych z gadaniem od rzeczy, pełnymi garściami czerpać wzory z takich, z którymi zdecydował się utożsamić.

Na początek przyjrzał się sposobom, jakimi oblepli miejsca, w których zamierzał być. Obserwował je z daleka, ukryty za trybunami sejmowych wystąpień, które to wystąpienia obnażały ich umysłową mizerię i ostentacyjne prostactwo.

Od momentu gdy postanowił że najwłaściwszą drogą dla niego jest uparte dążenie do  do ponownego osiągnięcia sukcesu, do bezkompromisowego i zupełnego panowania nad resztą ludzi, a co za tym idzie – do wszechwładzy nad mierzwą – poczuł się od nowa potrzebny.

Poddawał surowym analizom ich wystudiowane miny, mowę ciała, pewnego rodzaju metody bycia na luzie. A w trakcie tych analiz doszedł do wniosku, że mizeria, prostactwo, nonszalancja, rzekoma pustota ich zachowań, to tylko pozór, gra, technika, element szerszej układanki, zimny, wykalkulowany proces siłowego zaistnienia: oficjalna maska na doraźny użytek. Że kierują swoimi gruntownie przemyślanymi postępowaniami, te zaś są adresowane do potocznej publiki.

Oficjalne, stosowane z premedytacją, cynizmem, udawaną bezczelnością, różniły się od prywatnych, bez makijażu, źle widzianych na zewnątrz, odartych z widoku fleszy, wyposażonych w kostropatą codzienność; osobiste, wykraczające z łagodnych i  sztucznych, populistycznych ram, nie miały nic wspólnego z dekoracjami medialnego teatrzyku.

Oddaleni od środków masowego rażenia, wolni od strojenia min i wypuczania klat, na urlopach, okazywali się interesującymi, skromnymi wrażliwcami, postaciami o niebanalnych poglądach. Lecz z chwilą gdy  powracali do szpanowania i kabotyństwa, zaczynali dobrze płatny, zawodowy udział w przedstawieniu pod wezwaniem HUCPA. Toteż radykalnie zmodyfikował swoje podejście do życia: zmienił opcję, członkostwo i koncept.

Odtąd był wolnym strzelcem jakichkolwiek idei: Nabożnym Ateistą lub pieczeniarzem w komży i jarmułce jednocześnie. Czym kto chciał. Utrzymywał, że ma wymienne zasady, że od dziecka wierzy gorliwie: w cokolwiek.

Znowu więc czuł się na właściwym miejscu.

I tak, cichcem, sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągnął to, na czym mu zależało: miał diety, gabinety, poczciwe apanaże, przewodniczył niejednej spółce, piastował, zasiadał, bito mu brawko i otrzymywał owacje, działał na niwie, stał na straży oraz udzielał się po linii.

***

Nieoczekiwanie, jak spod ziemi, na jego zwiędłe oblicze przyborykał się dawno nie używany i od nowa promienny uśmiech człowieka, który wprawdzie wie, co to obciach i plucha w głowie, ale że nie pozwolił się zabiadolić i zredukować do mało ważnego detalu: bycia łapserdakiem, może teraz, z nocnikiem w dłoni, zamiast z ręką w środku, być zadowolonym do ostatniej kropli krwi.

Oto nareszcie, jako finansowy ozdrowieniec, łaskawca gotowy do otrzymywania rzęsistych splendorów, stanie w rzędzie ludzi, którym się powiodło, odkuje się za wszystkie chude lata i ofiaruje swoim prześladowcom wdowi grosz niespodzianego majątku, będzie ich spróchniałą deską ratunku, zmieni im poharatany i ziewający byt w tarantelę karnawałowych podskoków.

Marek Jastrząb

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.7/10 (6 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +7 (from 9 votes)
Marek Jastrząb: CV, 7.7 out of 10 based on 6 ratings

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com