Janusz Dąbrowski: Wyspa Wolności i Tolerancji

Print Friendly, PDF & Email

2017-12-09.

Ponieważ na temat zakazu handlu w niedzielę opublikowałem już kilka artykułów na stronach Studia Opinii (nie licząc publikacji na temat handlu poza SO), z ogromną radością przyjąłem pełen erudycji felieton profesora Jana Hartmana z 16.11.2017, w którym jednoznacznie opowiedział się przeciwko kolejnemu „dobremu zakazowi”, jakim obdarzyła Polaków nasza suwerenna władza.

Niestety, przy wszystkich trafnych ocenach pana JH, a zwłaszcza zacytowaniu opinii licznych socjologów, że w naszym kraju, podobnie jak w różnych bogatych krajach na całym świecie, galerie handlowe stały się „świątyniami konsumpcji”, zmieniły styl życia i wypoczynku w wielkich miastach i wzbudziły w ten sposób zawiść ze strony dotychczasowej przestarzałej konkurencji – (którą opinię w pełni podzielam) nie podzielam głównej pointy.

Nie zgadzam się mianowicie z tezą, że obecny zakaz handlu w niedzielę wprowadził Kościół i mam nadzieję, że przekonam o tym pana JH argumentem historycznym. Mianowicie już przed wieloma miesiącami w moim pierwszym artykule o zakazie handlu, po absurdalnych wystąpieniach działaczy Solidarności, (SO 11.09.2016) porównałem obecny program działania pani Rafalskiej i pana Morawieckiego w sprawie zakazu handlu z działaniami Hilarego Minca w 1949 roku podczas słynnej „Bitwy o handel”. Wynika z tego wyraźnie, że obecny Kościół ani nie wymyślił, ani nie poprowadził obecnej „procesji”. On ją tylko „koncelebruje”.

***

Pozwolę sobie zacząć od usystematyzowania problemu. Inicjatywa „ustawy o zakazie” pokazała nam, że mamy obecnie w Polsce trzy grupy interesów, których celem jest oficjalnie „zamknięcie sklepów w niedzielę” aby pracownicy handlu wypoczęli wraz z rodziną i odprawili świąteczne modły. Od początku oparły one swoją działalność na obrzydliwych kłamstwach, ale każda z nich ma inne motywacje i zróżnicowany „modus operandi”.

Pierwsza grupa interesów to episkopat i w ogóle kler, które od dawna głoszą, że niedziele należy w całości poświęcić modlitwie i opiece nad dziećmi.

Kłamstwo polega na tym, że ani KK, ani inne kościoły i większość różnych sekt na całym świecie nie interesują się czasem wolnym wiernych, lecz wyłącznie ich pieniędzmi. Głównym ich celem jest zwiększanie swoich dochodów i majątku, zarówno przez zgłaszanie roszczeń wobec władzy, jak i domaganie się datków od wiernych na tacę, czy opłat za usługi np. pogrzeby śluby lub chrzty. Obłuda polega na tym, że nie wszyscy obywatele modlą się w niedzielę, gdyż niektórzy robią to w inne dni, nie wszyscy mają dzieci i są także tacy, którzy w ogóle się nie modlą i także nie mają dzieci. A zatem mogą i mają prawo, prowadzić handel właśnie w niedzielę, robić w tym dniu zakupy i nie wolno im wszystkim tego zakazywać.

Druga grupa interesów, to całkowicie ośmieszony od czasów palenia zatruwających smogiem powietrze opon pod Sejmem i skompromitowany brakiem działalności na rzecz szeregowych członków – pracowników, antyekologiczny związek „Solidarność”, który nagle postanowił dać jakieś znaki życia, obejmując patronat nad handlowcami. Po prostu, nie był w stanie wymyślić żadnego innego pozytywnego programu. Poza wspieraniem PIS jako jego udająca suwerenność główna przybudówka.

Trzecia i najważniejsza grupa interesów to władza, czyli kasta biurokratów, niemających pojęcia o gospodarce i jej współzależnościach oraz konsekwencjach, które wywołać może wtrącanie się ludzi niekompetentnych w dziedzinie socjologii i ekonomii do zarządzania jednym z najbardziej nowoczesnych sektorów wolnego rynku w Polsce.

Ten sektor to dział usług i jego jądro, czyli handel detaliczny. Liczba małych i wielkich kłamstw w kolejnej „dobrej zmianie” dotyczącej tej branży jest ogromna, ale największym jest bezsporny fakt, że władzy wcale nie chodzi o żadne sklepy i prawa ich pracowników. Dowodzi tego lista „wyjątków” które mają być w niedziele czynne, obejmująca dziesiątki tysięcy małych rodzinnych placówek handlowych o ogromnym asortymencie, stacji benzynowych i sklepików z dewocjonaliami, a ponadto wszystkich punktów gastronomicznych (także sieciowych i franszyzowych), od ulicznych kebabów do luksusowych restauracji, które od dawna sprzedają swoje towary i usługi na wynos, w formie dużego lub małego cateringu i zapewne wzmocnią swoją handlową niedzielną działalność w tym procederze.

Ustawodawcom chodzi bowiem tylko i WYŁĄCZNIE o wypchnięcie z Polski kapitału zagranicznego, który w dwu minionych dekadach zbudował od nowa w naszym kraju nie tylko przemysł motoryzacyjny, sektor bankowy, sieci telefonii komórkowej, autostrady itd., lecz także najnowocześniejszy handel: hipermarkety, supermarkety i dyskonty, wielkie magazyny budowlane, meblarskie, sportowe i spożywcze, odzieżowe oraz obuwnicze, a przede wszystkim galerie i centra handlowe. Jak wszyscy wiedzą , niemal całkowicie należą one do wielkich globalnych korporacji, głównie francuskich, angielskich, niemieckich i szwedzkich.

Uzasadnieniem idei rekonkwisty tego obszaru był fałszywy patriotyzm, polegający na ustawowej walce z „zagranicznym wyzyskiem” (slogan zaimportowany żywcem z propagandy PRL), a pierwszy krok, zaraz po objęciu władzy, polegał na próbie ustanowienia tzw. podatku „handlowego” lub „sklepowego”, który w nieproporcjonalnie wysoki sposób obciążał sklepy wielkopowierzchniowe. Niestety dla autora tego pomysłu, już w połowie 2016 roku został on zablokowany przez Unię Europejską, która wskazała, że ten podatek jest niezgodny z wolną konkurencją między podmiotami gospodarczymi, należącymi do Unii.

Niezrażona porażką władza nie chciała jednak korporacjom odpuścić. Postanowiła wesprzeć się na obietnicy złożonej na rzecz przedwyborczych żądań Solidarności udającej, że reprezentuje troskę o interesy wyzyskiwanej przez zagranicznych inwestorów grupy pracowników handlu – i pospołu z „S”, zaczęła naciskać na Sejm, forsując ustawę o zakazie handlu w niedzielę.

Jest jednak tajemnicą poliszynela, że gdyby okazało się, że jakieś przepisy prawne, krajowe lub zagraniczne, przeszkodzą ustawie o zamknięciu sklepów w obecnym kształcie, władza ma jeszcze w zapasie na rok 2019 przygotowaną specjalną ustawę zwaną galeryjną, która będzie wysokim podatkiem nałożonym nie na sklepy, lecz na „budynki komercyjne”, głównie galerie, mieszczące kilkadziesiąt sklepów i fastfoodów, restauracji, kawiarni, akwaparków, salonów fitness i innych sieci rozrywkowych oraz usługowych.

Jednakże ani pierwsza, ani druga grupa interesów nie zająknęła się nawet jednym słowem w „obronie wolnych niedziel” dla milionów pracowników logistyki, gastronomii, komunikacji zbiorowej, mediów i służby zdrowia, policji, strażaków, pracowników instytucji sportowych i rozrywkowych oraz wielu innych sektorów usług i służb nowoczesnego państwa. Zawsze i wszędzie funkcjonują one w Polsce i innych krajach rozwiniętych, we wszystkie dni tygodnia, czasem nawet przez 24 godziny na dobę w systemie zmianowym, w myśl szekspirowskiego cytatu „ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś – to są zwyczajne dzieje” .

Co ciekawe, nikt nie użalił się także nad „dysonansem etycznym”, wszystkich pracowników małych polskich sklepów, które jako obdarowane zaliczeniem do „ustawowych  wyjątków”, poniosłyby wielkie straty finansowe, gdyby poszły z dziećmi na mszę i jednak nie otworzyły niedzielnego handlu w sytuacji zwiększonego popytu na towary niedostępne na rynku z powodu zamknięcia galerii, dyskontów, oraz super- i hipermarketów.

Spróbujmy zatem zrozumieć: skąd u naszych władców wzięła się ta irracjonalna fobia skierowana przeciwko najbardziej naturalnej z ludzkich potrzeb działalności, od czasów prehistorycznych czyli „chodzenia na zakupy”.

Jak twierdził Stanisław Lem, to właśnie handel był i jest pierwszą i najlepszą drogą do nawiązania przyjaznych kontaktów między wyrzynającymi się wzajemnie bezlitosnymi plemionami kanibali, które po kilku tysiącach lat działania w ramach wspólnoty pierwotnej zaczęły wymieniać na ówczesnych jarmarkach garnki na łuki lub oszczepy, worki zboża, czy skóry dzikich zwierząt. W końcu pojawiły się pieniądze, plemiona przekształciły się w państwa, a sfera handlu rozwinęła się na całym świecie. Przez cały ten okres prymitywna wymiana w skali kilku wiosek, a potem krajowej, ewoluowała w międzynarodową; rzemieślnicy i kupcy w poszukiwaniu złota i bursztynu wędrowali po różnych obszarach i azymutach. W rezultacie krajowy i międzynarodowy handel, rzemiosło i usługi, były najsilniejszym bodźcem dla rozwoju gospodarczego, dla powstania nowych dróg, miast, księstw, państw i całej cywilizacji.

Niestety Polska i Polacy – z wielu powodów –  w dziedzinie handlu i przemysłu nie wyróżniali się w Europie przez całe wieki (poza bursztynem) i słynęli głownie z eksportu zboża oraz drewna. Dopiero w 19 wieku i w II Rzeczpospolitej przeszliśmy (częściowo) z jarmarków na targowiskach do sklepów i pierwszych w Warszawie oraz innych większych miastach domów towarowych.

Po drugiej wojnie światowej w zrujnowanych miastach w pierwszych latach handel prywatny rozwijał się pod względem ilościowym niezwykle żywiołowo, ale jakościowo był sektorem bardzo kiepskim. Zresztą i tak PRL-owska władza, powodowana klasową nienawiścią do „kułaków” i kapitalistów, postanowiła go zniszczyć i upaństwowić, zostawiając mały margines dla spółdzielczości „Społem”. Pod względem jakości, asortymentu, podaży i architektury (poza takimi wyjątkami jak Supersam i Cedet) w handlu byliśmy chyba najuboższym państwem w całym RWPG i biernie przystosowaliśmy się do tego poziomu, marząc o luksusowym dla nas standardzie handlu detalicznego sąsiadów z Węgier, NRD czy CSRS.

Poziom zupełnego dna osiągnęliśmy jednak dopiero na przełomie lat 80 i 90, na skutek wprowadzenia stanu wojennego i tzw. transformacji, kiedy mieliśmy do czynienia z kompletnym upadkiem handlu.

Była to całkowita ruina nowoczesnej cywilizacji pod każdym względem i konsekwentna droga do brudnego targowiska na Placu Defilad pod PKIN oraz w podobnych lokalizacjach w całej Polsce. Szkoda wielka, że posłom, uchwalającym jednomyślnie nową ustawę, nie pokazano zdjęć z Placu oraz Stadionu Dziesięciolecia, aby im przypomnieć jaki mieliśmy punkt startu.

Gdyby nasi ekonomiczni wizjonerzy z historycznym na ogół (jeśli w ogóle jakimkolwiek) wykształceniem interesowali się trochę literaturą piękną, to może byliby w stanie porównać słynne powieści dwu prawie równolatków z 19 wieku: Emila Zoli i Bolesława Prusa. Obaj w realistyczny sposób opisali stan i poziom handlu w tych samych latach, w Warszawie i Paryżu. Prus opisał luksusowy sklep Wokulskiego na Krakowskim Przedmieściu w „Lalce” , zaś Zola w powieści „Wszystko dla pań” przedstawił słynny luksusowy magazyn –galerię Le Bon Marche , a jako bonus dołożył „Brzuch Paryża”, powieść o zburzonych już Les Halles – wielkiej hurtowni żywnościowej (w nowej wersji przeniesionej w latach 70 tych z centrum miasta, w ultranowoczesnym kształcie, na peryferie) . Les Halles rozwinęły się od wielkiego jarmarku i hal targowych w 12 wieku, a po ośmiuset latach stały się najsłynniejszą hurtownią w Paryżu, znaną na całym świecie. Nic dziwnego, że Wokulski, znając dobrze standardy warszawskiego handlu, był olśniony paryską cywilizacją podczas swej handlowej podróży z Suzinem.

Różnica poziomu i jakości handlu w Paryżu oraz w Warszawie, zarówno w czasach Prusa i Zoli jak i po transformacji w 1990, to porównanie Ewerestu z depresją na Żuławach. Powinniśmy się radować, że najlepsi specjaliści z całej Europy, w pogoni za zyskiem, weszli do Polski szerokim frontem w ostatnich dekadach.

Lękam się jednak, że specjaliści od „odpowiedzialnego rozwoju” uznali, że górny pułap powierzchniowy i jakościowy handlu detalicznego w Polsce, w momencie gdy już zbankrutowały prawie wszystkie największe polskie hipermarkety jak np. Alma czy MarcPol, powinna ustalać franszyzowa firma Lewiatan (w całej Warszawie aż 3 sklepy) po jej wspaniałych sukcesach w dziedzinie telewizyjnych superpromocji cenowych. Jak widzieliśmy w telewizji, zachwyciły one naszych najważniejszych polityków w jedynym „potiomkinowskim” sklepiku podczas 27. Forum Ekonomicznego w Krynicy,

Oprócz inwestycji greenfieldowych, czyli w szczerym polu, także odbudowa spadku po PRL np. ściany wschodniej ul. Marszałkowskiej w Warszawie, i całkowicie inna jakość handlu, jaką obecnie mamy w całym kraju, powstała praktycznie od zera. Została stworzona przez firmy zagraniczne jako jeden z najnowocześniejszych sektorów usługowych polskiej gospodarki w skali europejskiej.

Europejski kapitał inwestycyjny w branżach handlowych jest ekspansywny nie tylko w całej Europie Środkowo Wschodniej, ale nawet na antypodach i w Ameryce Południowej. Czy jest to wystarczający powód, żeby dążyć do „repolonizacji” sektora handlu – i doprowadzenia do bankructwa „cudzoziemskiej inwazji luksusu”, która tak straszliwie zagraża naszym przaśnym sklepikom w wioskach i blokowiskach z wielkiej płyty, oraz najbardziej konserwatywnemu w Europie stylowi życia?

Wyjątkowo obłudne i zakłamane w sprawie zakazów jest stanowisko władzy ustawodawczej i wykonawczej. Jednym z głównych jej celów od samego początku było sterowane z najwyższego szczebla politycznego zniszczenie całego najnowocześniejszego sektora handlu detalicznego, czyli wszelkich centrów handlowych, galerii i hipermarketów w wielkich i dużych miastach, które w dominującej części należały do obcego kapitału.

Zadanie to, wywołane przez paranoiczną koncentrację nacjonalizmu, ksenofobii i superkonserwatywnego szowinizmu, odziedziczonego zresztą historycznie, ruszyło z impetem i publicznym wsparciem wszystkich głównych polityków PiS.

Ostateczna decyzja, po drugim czytaniu ustawy w dniu 22 listopada i przed poprawkami Senatu, to zamknięcie sklepów w dwie niedziele miesięcznie od 2018 roku, zostawienie jednej handlowej niedzieli w 2019 i całkowita prohibicja w roku 2020.

To prawdziwe dobrodziejstwo dla polskich konsumentów wykorzysta więc powszechnie znaną wśród „miłośników” zwierząt metodę obcinania psu ogona na raty. W tym wypadku przez trzy lata, żeby konsumenci się łagodnie przyzwyczaili.

***

Spróbujmy się zastanowić: jakie skutki przyniesie ustawa o zakazach, która jest niezwykłym przykładem gry „nieplanszowej”, w której wszyscy uczestnicy przegrywają.

Po pierwsze, tak drastyczny zamach na gospodarkę rynkową powinien mieć bardzo poważne wsparcie merytoryczne, czyli ekspercki bilans symulacyjny dla wszystkich zainteresowanych. Taki obowiązkowy bilans wymagany jest przy każdej nowej ustawie, bo skutki ustaw „gospodarczych” zazwyczaj dotyczą niemal wszystkich przedsiębiorstw i wszystkich konsumentów z powodu ekonomicznego „efektu mnożnikowego”.

Wynika z niego, że każde oddanie do użytku nowej inwestycji powoduje wzrost zatrudnienia i dochodów kooperujących firm, ale zarazem każde ograniczenie produkcji, lub zakaz handlu w istniejących przedsiębiorstwach działa negatywnie na współpracujących z nimi konsumentów i kooperantów. Może nawet doprowadzić do kryzysu. Opinie takie opublikowały liczne organizacje prywatne, rząd jednak nie przedstawił ani Sejmowi, ani opinii publicznej żadnego kompetentnego raportu.

Tylko na pozór wydaje się, że największe wielomiliardowe straty poniosą globalne korporacje europejskie z takich krajów jak Anglia, Francja, Niemcy Portugalia i Szwecja, bo to one najwięcej zainwestowały w dyskonty, hipermarkety spożywcze, budowlane i uniwersalne galerie, a ich dochody wyraźnie spadną.

Stracą jednak też liczni pracownicy zatrudnieni na zlecenie niedzielne, bo staną się bezrobotni, zmaleje też zatrudnienie etatowych pracowników we wszystkich przedsiębiorstwach handlowych i ich wspólnikach (np. w logistyce) bo oni też pracują w niedziele.

W efekcie spadków dochodów wszystkich tych firm wygasną liczne plany inwestycyjne na przyszłość. Przede wszystkim zaś w wyniku spadków dochodów spadną też wpływy do budżetu z podatków PIT, CIT, i VAT, oraz wszelkich akcyz i opłat. Wystarczy wtedy usiąść, wziąć prosty kalkulator i policzyć straty w PKB, ale nie będzie to wesoły dzień dla ministra finansów, ponieważ trzeba będzie na pewno zamknąć w niedziele bankomaty i kasy w 486 galeriach i centrach handlowych, a jest to tylko wierzchołek góry lodowej.

W gruncie rzeczy największe różnice in minus w dziedzinie jakości życia poczują polscy konsumenci, którzy zapłacą przepychaniem się godzinami w dni przedweekendowe oraz przedświąteczne. We wszystkich kolejkach i wszystkich sklepach.

Będą szukać po całym mieście gdzie można kupić to, co jest im właśnie wtedy niezbędnie potrzebne i będą musieli zapomnieć wygodę i przyjemność, jaką były weekendowe niespieszne wędrówki z całą rodziną po pięknie zaprojektowanych, budowanych i urządzonych salonach najlepszych firm z całego świata, wizyty w kinie i na obiedzie, w orientalnym lub słowiańskim „fastfoodzie”, oraz deser w najlepszych lodziarniach, bo przecież raz się kupuje, a często tylko ogląda…

Ale liczni specjaliści twierdzą, że bardzo mocno mogą oberwać także małe polskie sklepy, zarówno niewielkie supermarkety, które nie zdąża się rozkręcić i być może zupełnie zbankrutują, jak i małe sklepiki, które zdaniem żałosnych ignorantów od ekonomii handlu detalicznego powinny stać się optymalnym modelem narodowego handlu, od Szczecina do Ustrzyk Górnych i z powrotem.

Jeżeli trzech związkowców, nie dysponujących żadnymi logicznymi argumentami, z zerowym wykształceniem ekonomicznym, całkowicie lekceważąc poważne badania skutków finansowych – liczonych w wielu miliardach spadku PKB – i dochodów budżetu oraz jednoznaczne wyniki badań opinii publicznej, bezkompromisowo narzuci nam swój absurdalny punkt widzenia, to chyba jest to jakaś nieprawdopodobna ściema.

Jeżeli rząd oraz partyjna większość parlamentu pomaszeruje za tymi wodzami jak stado owieczek, to albo żyjemy w jakimś gigantycznym Matriksie, albo władza manipuluje obywatelami i państwem, realizując chęć doprowadzenia do bankructwa zagranicznych przedsiębiorstw handlowych, traktując je jako organizacje przestępcze i nie licząc się zupełnie z zagrożeniem interesów konsumentów i wielu firm.

Ale gdy prowadzi się wojnę z wrogiem, którego trzeba zniszczyć, straty w ludziach podobno nie odgrywają roli, jak decydował słynny strateg, marszałek Żukow.

W najbardziej ludzkiej, powszechnej i niezbędnej do życia czynności, jaką jest swoboda chodzenia na zakupy, władza nie ma zamiaru nam niczego ułatwiać, lecz odwrotnie: chce utrudniać i ograniczać ekspansję nowoczesnego handlu przy użyciu zakazów i drakońskich kar (przecież Solidarność dopiero w ostatniej chwili wycofała się z propozycji kar więzienia dla sprzedawców i kupujących, zamieniając je na drastyczne grzywny).

Rychło poczujemy się jak w przededniu wojny. Lub co najmniej przygotowań do mobilizacji. Jej celem będzie oczywiście stworzenie niepodległej wyspy wolności, demokracji i tolerancji.

Jako puentę można chyba w tym miejscu zacytować gorąco popierającego aktualnych liderów „dobrej zmiany’ , tzw. satyryka Jana Pietrzaka, który przed kilkudziesięciu laty o podobnych inicjatywach rządowych zwykł mawiać :„gdybym nie wiedział że głupota, powiedziałbym że prowokacja”.

Janusz Dąbrowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.4/10 (10 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +16 (from 20 votes)
Janusz Dąbrowski: Wyspa Wolności i Tolerancji, 8.4 out of 10 based on 10 ratings

2 komentarze

  1. Poltiser 2017-12-09
  2. Magog 2017-12-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com