Kultura w walizce

Print Friendly, PDF & Email

2017-12-17.

Jedno z moich spotkań autorskich odbyło się w dawnym dworcu morskim w Gdyni, gdzie mieści się teraz imponujące Muzeum Emigracji, w którym nagrywa się rozmowy z emigrantami. Oto fragmenty mojej rozmowy:

Iwona Demska: Proszę powiedzieć coś o korzeniach rodziców, skąd pochodzili mama, tata, może dziadkowie, jak daleko sięga pamięć historyczna pana rodziny?

Marian Marzyński: Urodziłem się 12 kwietnia 1937 roku w Warszawie, w klinice położniczej, która była własnością wuja mojej matki, słynnego warszawskiego pediatry dra Jana Przedborskiego. Rodzina Przedborskich i Hermanów była od strony matki, pochodzili z Łodzi i z Łęczycy. Pradziadek Przedborski był jednym z niewielu Żydów, którzy mieli prawo posiadania ziemi i był dziedzicem w Kucharach. Dziadek był z zawodu ekonomistą, zajmował się też biznesem, ponieważ odziedziczył po Hermanach drukarnię w Łęczycy, jak również sklep, jak to się wówczas nazywało, win i wódek. Przedborscy nie uprawiali religii, mimo że dziadek Przedborski był przedstawicielem społeczności żydowskiej w radzie miejskiej w Łęczycy i reprezentował Żydów, również tych religijnych. Mieli do niego zaufanie, ale wiedzieli, że on do synagogi nie chodzi. Dziadkowie stawiali świece w oknach, żeby przechodzącym ludziom się wydawało, że jest tam szabas.

Matka poznała w Łęczycy Borysa Kusznera, syna dentysty. Jego ojciec miał praktykę na rynku i był religijnym syjonistą, ale dzieci odeszły od wiary. Rodzina Kusznerów pochodziła ze Stołpców, przy przedwojennej granicy rosyjskiej. Patriarcha rodu był piekarzem. Miał jedenaścioro dzieci. Przy tak licznej rodzinie trudno, by każde z dzieci odniosło sukces, zwłaszcza w małym mieście. Ale pojawił się zdolniacha – mój dziadek Markus, który jako jedyny z tej całej rodziny wyjechał do Saratowa, do Rosji, zdobył wyższe wykształcenie i został dentystą w Łęczycy.

Żeby zrobić przyjemność Kusznerom, w roku 1930 moi rodzice wzięli ślub w synagodze. Jednak największym aktem niesubordynacji mojego ojca, który był lewicowcem i internacjonalistą dalekim od religii, było to, że na przekór rodzicom postanowił nie obrzezać mnie w 1937 roku. Było to zdarzeniem niesłychanym, bo nawet niereligijni Żydzi czuli się w obowiązku obrzezania swoich synów jako symbolu przynależności do wspólnoty. Mój ojciec przewidywał zagładę Żydów i kto wie czy nie dzięki temu pozostałem przy życiu.

ID: Najwcześniejsze dzieciństwo przypada na czas wojny. Co pan zapamiętał?

MM: W 1939 roku pamiętam dźwięk syren na moście Poniatowskiego i naloty na Warszawę i jak we mgle, matkę bardzo szybko biegnącą z moim wózkiem. Mieszkaliśmy na Wilanowskiej 4, nad Wisłą, pamiętam głos dozorcy: „Panie Kuszner, firanki!” czyli hasło na zaciemnienie miasta w czasie niemieckich nalotów lotniczych.  W roku 1940, warszawscy Żydzi mieli sporo czasu, żeby się przenosić do getta. Nie było to proste, bo nie było mieszkań. Ktoś przecież mieszkał wcześniej w dzielnicy, którą Niemcy nazwali „wydzielony dystrykt żydowski”. Niemcy nie używali słowa “getto”, Żydzi używali tego słowa, które oznacza historycznie komunę żydowska.

Mechanizm przenoszenia się był taki, jak na całym świecie, inaczej przenosili się biedni, inaczej bogaci. Ojciec miał dobry zawód, wydawał książki, był inżynierem od obróbki drzewa, a poza tym miał bogatego ojca, dentystę. Ludzie, którzy mieli więcej pieniędzy przenosili na ogół bliżej granicy getta, tam, gdzie dzisiaj stoi Pałac Kultury, a wtedy stały lepsze domy. Zarząd miejski zaczął protestować, że Niemcy oddali Żydom zbyt eleganckie kamienice i na skutek tych protestów, Niemcy zaczęli je oddawać stronie polskiej i zmniejszać getto – najpierw jako odpowiedź na żądania, a potem już systematycznie po to, żeby ściągnąć ludzi bliżej stacji kolejowej.

Zmienialiśmy te mieszkania kilkanaście razy. Te różne przeprowadzki, odbierałem jak dziecięce przygody. Mam w ogóle bardzo dobre wspomnienia z getta, bo dzieci lubią być w kupie! Mieć wokół siebie inne dzieci, kuzynów, kolegów. Wynajmowaliśmy trzy pokoje i w każdym mieszkała inna rodzina. Wszyscy jedli razem, dzieci się wspólnie bawiły. Przy tak licznej rodzinie można było łatwiej zdobywać jedzenie. Moja mama pracowała w kuchni, która wydawała posiłki. Ojciec pracował dla rady gminy żydowskiej i był odpowiedzialny za remonty mieszkań, głównie elementów drewnianych. Nie wiem dokładnie jak długo byłem w getcie, sądzę, że rok i miesiąc, dwa miesiące?  Prawdziwa pamięć zaczęła się przy ucieczce z getta, to był 1942 rok, miałem wtedy 5 lat.

ID: A mógłby pan opisać tę sytuację w miarę detalicznie? Oczywiście to, co pan zapamiętał.

MM: Były dwie próby mojej ucieczki z getta. Znajomi ojca – socjaliści warszawscy, organizowali ucieczki dzieci prawdopodobnie przez organizacje takie jak Żegota. Przysyłali kobiety, które były zawsze anonimowe, nie wiedziało się z kim ma się do czynienia. One musiały to jakoś przeprowadzić – głównie dzięki łapówkom. Musiały mieć łapówkę dla policjanta żydowskiego, polskiego i dla żandarma niemieckiego oraz dla policjanta granatowego po drugiej stronie getta, a potem dla szmalcowników. Za pierwszym razem nie udało się mnie wyprowadzić, bo nie było policjanta, którego można było przekupić.

Za drugim razem przyjechała kobieta, która mnie przeprowadziła. Miała jeden złoty zegarek, drugi złoty zegarek, wiedziała, gdzie ma mnie doprowadzić. Moja ciotka, siostra matki wyszła za mąż za nie-Żyda i to był taki punkt kontaktowy na Powiślu. Matka miała cały czas kontakt z siostrą, bo telefon pomiędzy gettem, a stroną aryjską działał aż do ostatniego transportu. Ludzie, którzy szli na śmierć, godzinę przed tym mogli podnieść telefon i zadzwonić na drugą stronę.

Pamiętam też polski komisariat, który wtedy był pusty, a przede wszystkim to, że dostałem bułkę z cukrem. Nie byliśmy tam traktowani jak przestępcy, ale jako ci, którzy dają opłatę komisarzowi policji, złoty zegarek – za to, że na 15 minut przed godziną policyjną nas wypuści.

Nie wiedziałem co to znaczy być Żydem, nie wiedziałem kim był Adolf Hitler i nie znałem żadnej okoliczności w tym wieku, ale rodzice mnie przekonali, że za bycie Żydem traci się życie. Bardzo prosto mi to przedstawili. Wiedziałem, że nie mogę nigdy się przyznać do tego, kim jestem, a jak będę naprawdę w kłopocie to mam natychmiast zdejmować spodnie i majtki. Też nie wiedziałem, dlaczego, ale to było zabawne dla dziecka. Majtki zdejmować?! Nigdy w tym wieku nie zrozumiałbym całej koncepcji obrzezania – dzieci chcą się bawić, to co jest tragedią dla dorosłych, nie musi być tragedią dla dzieci.

ID: Co się stało z rodzicami?

MM: Ojciec, jako pracownik gminy żydowskiej miał tak zwaną „przepustkę na życie”, co znaczyło, że inżynier Borys Kuszner, jego żona Bronisława i ich syn Marian mają odroczoną wywózkę z getta. Przez jakiś czas byliśmy bezpieczni, ale gdy ojciec dostał wiadomość od pewnego Niemca, że wywożone będą żony i dzieci, rodzice postanowili wyprowadzić mnie z getta. Matka nie mogła być beze mnie, więc postanowiła też wyjść z getta. Była blondynką, miała niebieskie oczy, w przeciwieństwie do mnie nie była podobna do Żydówki. Ojciec został, bo nie mógłby utrzymać się po stronie aryjskiej, pomimo swoich wspaniałych znajomości. Miał semicki wygląd i był obrzezany oczywiście, więc wiedział, że będzie rozpoznawany i że ludzie nie będą chcieli ryzykować i ukrywać go.

Tuż przed powstaniem w getcie warszawskim, kiedy transporty do Treblinki już nie były przepełnione, bo zostali tylko ci, którzy pełnili w getcie specjalne funkcje, ojciec znalazł się w pociągu. Był w stanie zabrać jakąś skrzynkę z narzędziami i od czasu wyjazdu z Warszawy, wraz z bratem piłowali dziurę w podłodze, czekając na postój pociągu pod semaforem.

Pod Puławami wyszli tym otworem i trafili do domu dróżnika. Dróżnik miał telefon i zadzwonił do matki, która ukrywała się jako służąca w Warszawie u państwa Dobruckich i powiedział, że mąż na nią czeka. Ona przyjechała i zorientowała się jaki był plan. Ojciec chciał się przyłączyć do partyzantów, ale nie do AK, bo obawiał się, że się tam nie utrzyma – sytuacja z AK polegała na tym, że mimo iż dowództwo AK nie pozwalało zabijać Żydów, to poszczególne grupy partyzanckie różnie ich traktowały, czasem ich przyjmowały, czasem nie, na ogół nie traktowano ich dobrze – więc czekał na Armię Ludową.

Matka przyjechała drugi raz, nadal czekał, potem trzeci i już go nie było. Już za poprzednim, drugim razem, słyszała strzały i wiedziała, że jest obława na Żydów.  Czyja obława, nie wiemy – czy to partyzanci, czy Ukraińcy, najprawdopodobniej byli to Niemcy. Wiedzieliśmy, że ojciec zginął.

ID: A jak wyglądał sam koniec wojny?

MM: Byłem w zakładzie dla sierot księży Orionistów. Moim nauczycielem był abp. Bronisław Dąbrowski późniejszy szef episkopatu polskiego. Ksiądz Kamiński i jego gospodyni, którzy mieszkali na Krakowskim Przedmieściu mnie tam umieścili. Gospodyni księdza – ciocia Antosia – myślała na początku, że przyjmuje sierotę z Zamojszczyzny, polską sierotę, a ponieważ ja byłem u niej jakiś czas, oczywiście zobaczyła, że nie jestem obrzezany przy pierwszej kąpieli. Prawdopodobnie kobieta, która mnie przyprowadziła powiedziała jej, że jestem dzieckiem z Zamojszczyzny, nie powiedziała tylko, że jestem żydowskim dzieckiem. Byłem w niebezpiecznej dzielnicy. Ksiądz był kapelanem szpitala, niemieccy oficerowie byli wszędzie, stwierdził więc, że musimy mieć metrykę kościelną. Wyrobienie metryki bardzo się przedłużało, więc musiałem się przenieść gdzieś indziej.

Właściwie całe moje przeżycie wojny odbyło się w ten sposób, że pomagały nam kontakty lewicowe, a z drugiej strony Kościół. Czyli ludzie, którzy byli w konspiracji, bo po pierwsze mieli kontakty i umieli to robić, po drugie byli zahartowani w tym, żeby się nie bać, po trzecie uważali to za obowiązek chrześcijański. Aż wreszcie moja matka i ja zostaliśmy ochrzczeni, właściwie fizycznie ochrzczeni i dostaliśmy metryki. Ja się nazywałem Marian Koczyrski, moja matka Zofia Marianna Różańska. Byłem urodzony w Równem, matka miała kenkartę – wszystko oczywiście fałszywe. Kiedy matka przyniosła księdzu metrykę, usiadł z nią i powiedział: „My Marysia zatrzymamy. Zorientowaliśmy się, że to jest żydowski chłopiec, ale ponieważ jest metryka, to nie widzimy problemu i próbujemy go umieścić w sierocińcu”.

W sierocińcu ksiądz Kamiński powiedział dyrektorowi kim jestem i nie było żadnego problemu. Oczywiście wyglądałem inaczej niż polskie sieroty, ale bez przerwy służyłem do Mszy. Byłem ulubieńcem wszystkich księży, bo nikt tak żarliwie nie wierzy w Boga jak ukrywające się żydowskie dziecko. Inni chłopcy wierzyli, bo w domu chodziło się do kościoła, ja robiłem to z niesamowitą energią, ponieważ czułem, że to jest sposób na przeżycie. Energia brała się też stąd, że zrozumiałem, że rodzice mnie zostawili. Nie rozumiałem drugiej wojny światowej, ale zrozumiałem, że od teraz muszę sobie dać radę w życiu sam, bo z jakiegoś powodu moi rodzice nie mogą być ze mną, że zostałem porzucony na ulicy.

Po wojnie matka szła pieszo 60 km, żeby mnie odnaleźć. Kiedy ją zobaczyłem, nie poznałem jej, powiedziałem, że moja matka była piękna i młoda, a tej pani to ja nie znam. Przekonała mnie w końcu następnym razem, podając imiona ciotek i inne szczegóły. I tak zacząłem w Polsce nowe życie.

ID: Mamy koniec wojny, 1945 rok, jest pan w końcu z mamą – jak wygląda wasze życie?

MM: Matka bardzo szybko spotyka przedwojennego przyjaciela rodziny, Daniela Marzyńskiego, który stracił żonę i syna w moim wieku w Oświęcimiu, na samym początku transportów z getta. I zakochują się w sobie. To jest szalenie popularna sytuacja powojenna: małżeństwa się reperują na zasadzie kontaktów z kimś, kto jest w podobnej sytuacji. Jedna strona straciła żonę i dziecko, druga straciła męża, chce się zrobić wszystko, żeby wrócić do normalności. Ojczym był inżynierem budowlanym – budował pierwsze domki fińskie w Warszawie, a potem był dyrektorem budowy całej Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej. Matka była urzędniczką socjalną, też w przedsiębiorstwie budowlanym. Zacząłem chodzić do szkoły, ojciec nie pozwolił mi chodzić na religię, a w szkolę przezywali mnie Moniek Cebula. Miałem kilka takich nieprzyjemnych sytuacji, ktoś gonił z żyletką i krzyczał “parszywy żydziaku”, ktoś rzucił cegłę do naszego domu, nie wiadomo kto.

ID: Kiedy do pana dotarło to, że bycie Żydem w tej sytuacji, w Polsce to jest coś innego, coś wyjątkowego?

MM: Scena – ojciec i ja, rok chyba 1945 – ojciec nie wiedział co ze mną zrobić, bo moim jedynym marzeniem było służenie do Mszy i chciałem, żeby co tydzień mnie zabierano do kościoła. Któregoś razu spadła mi ampułka czy dwie z winem i się zbiły. To był dla mnie naprawdę niesamowity szok, zrozumiałem, że zostałem zdemaskowany, że rzeczywiście tam nie należę. I wtedy ojciec postanowił zrobić mi tak zwany „zimny wychów” i opowiedzieć mi, co to znaczy być Żydem. Wobec tego na ulicy, kiedy szli ludzie, głośno do mnie powiedział: Marianku, ty jesteś ŻYDEM! Wpadłem w zupełną panikę. „Zwykłym Żydem jesteś, a nawet małym Żydem, czyli żydziakiem” – wołał. Zacząłem uciekać, żeby tego nie słyszeć, a on krzyczał: „Wracaj tutaj żydziaku, wracaj! Można być Żydem, to nie jest żaden problem teraz!”.

Mówię o jednym epizodzie, ale było mnóstwo rozmów, które mi zaczęły wyjaśniać to, czego nie wiedziałem – jak przeżyłem wojnę, że cały mój katolicyzm to dekoracja, że ojciec nie żyje – szczegóły o śmierci ojca poznałem dopiero 30 lat później. Matka w ogóle nie mogła o tym mówić. Jako przyszły dziennikarz bez przerwy ją błagałem, żeby opowiadała. Ona wybuchała płaczem po dwóch minutach i nie była w stanie nic powiedzieć, bo myśmy stracili, nie wiem dokładnie ilu 15, 20, 30 członków rodziny. Prawie cała nasza rodzina została zgładzona.

ID: Pan się czuł Żydem, Polakiem, czy było  to dla Pana obojętne?

MM: Byłem Polakiem, który miał problem, żeby utrzymać się przy życiu, ale problem się skończył.  Z taką samą energią, z jaką w sierocińcu zabrałem się do religii, w wieku 13 lat zacząłem pisać artykuły do „Świata Młodych”. Napisałem też powieść grafomańską o chłopcu, którego ojciec był murarzem, przodownikiem pracy na budowie MDM-u i chciał pobić rekord w ułożeniu cegieł. Wychowywałem się w swego rodzaju euforii dla nowej rzeczywistości, ponieważ dorastałem w rodzinie, która odbudowywała z gruzów kraj, a trzeba przyznać, że był odbudowywany w imponującym tempie, szczególnie Warszawa, która była po wojnie jedną wielką pustynią.

Szybko jednak z przemówień, z głupot, które czytałem, wznoszonych haseł niemających sensu, zacząłem dowiadywać się, o co w tym wszystkim chodzi i zrozumiałem, że żyjemy w koszmarnym ustroju.

W Polsce rozwijałem się zawodowo i intelektualnie, ale byłem zawsze przeciwny. Wiedziałem, że nie wolno mi przystąpić do żadnego ruchu politycznego, broń boże do partii, bo to jest dla twórcy śmierć. Mając ten instynkt udało mi się przejść przez studia dziennikarskie – polityczne i nudne, trafić do radia, do telewizji, do filmu, zdobywać nagrody i właściwie żyć na własnych warunkach.

ID: A kiedy dotarło do Pana, że tak silny jest antysemityzm i zrozumiał pan, że to też jest właściwie rodzaj getta, w którym pan się znalazł?

MM: To nie jest takie proste. Uważałem, że antysemityzm właściwie nie istnieje. Proszę zwrócić uwagę, że my żyliśmy w Warszawie, w atmosferze, w której antysemityzm nie mógł się manifestować. Po pierwsze partia zabraniała antysemityzmu. Antysemityzm był anegdotyczny, to znaczy ludzie mówili źle o Żydach na podstawie tego, co usłyszeli przed wojną. Bardzo trudno jest uprawiać antysemityzm w nieobecności Żydów, a uratowała się garstka – elita żydowska, ludzie z wyższym wykształceniem, którzy znali polski, mieli przyjaciół. Dlaczego partia nie chciała o tym mówić? Bo nie chciała kojarzyć Żydów z aparatem bezpieczeństwa, a byli tak kojarzeni. Po wojnie to wszystko było zamiatane pod dywan. Nie czułem, że żyję w getcie, nie czułem, że ktokolwiek ma do mnie pretensje, odwrotnie – czułem nawet sympatię z powodu tego, że jestem Żydem, ponieważ ludzie, którzy wiedzieli kim jestem mi ją okazywali. Niektórzy szeptali czasem w pokoju: Żyd, Żyd, ale było to dla mnie bez znaczenia, to mnie nie dotykało, nie miało nic wspólnego z gettem.

Mojemu koledze z liceum Batorego, którego spotkałem po latach na zjeździe wychowanków, zadawalam pytanie: „Wyście wołali na mnie Moniek Cebula, czy wiedzieliście, że jestem Żydem?” Odpowiedział: „Myśmy tak na ciebie wołali, żebyś zrozumiał, że wiemy, że jesteś Żydem i nie mamy z tym żadnego problemu”. „A dlaczego nie rozmawialiśmy o tym?” „Bo nie chcieliśmy cię urazić.” Także ludzie, którzy wyszli z Zagłady sami nie chcieli mówić o tym, że są Żydami – nie dlatego, że się bali, po prostu był to bardzo nieprzyjemny temat.

ID: Kiedy pan założył rodzinę?

MM: Żonę poznałem w Gdyni, wszystko się działo tutaj. Ona na spacerach zabierała mnie na Pobrzeże i zobaczyłem pierwszy przyjazd Batorego w 1961 roku, po czym szukałem wszelkich możliwych okazji, żeby znowu przyjechać na Wybrzeże i się z nią spotykać. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem, to przypływał Batory. Zacząłem to oglądać i zrobiłem najpierw reportaż radiowy „Halo, Mr. Batory”, potem reportaż telewizyjny na żywo pod tym samym tytułem, później jeszcze przy okazji bal na Batorym. Czyli stałem się w telewizji „Mr. Batory”, po czym zrobiłem film „Powrót statku”, który dostał podwójne grand prix na festiwalu w Krakowie i zrobił ze mnie filmowca. Wtedy oczywiście nie mieliśmy pojęcia, że będziemy emigrantami.

ID: Zbliża się rok 68’, atmosfera antysemicka się zagęszcza, jak to pan  odczuwał?

MM: To się zaczęło już w 1967 przed telewizorem, kiedy Gomułka mówił: „Obywatele polscy żydowskiego pochodzenia muszą opowiedzieć się albo po stronie Polski Ludowej, albo po stronie imperializmu izraelskiego i amerykańskiego, a w tym przypadku nie będą mogli zajmować poważnych stanowisk, a jeżeli będą chcieli opuścić Polskę to nie będziemy stwarzali im przeszkód”.

To był szczyt idiotyzmu, jaki przeżyłem w Polsce Ludowej. Ja jednak projektuję swoje życie nie według realności, tylko według tego, co mi się wydaje, że realne powinno być. W związku z tym idę do telewizji i robię swoje. Ludzie zaczynają do nas przychodzić do domu i pytają, kiedy będziemy emigrować, a my w ogóle nie rozumiemy o co chodzi.

Mój najbliższy przyjaciel w telewizji składa papiery o emigrację, prosi mnie żebym też wyemigrował. Mówię: nie, to mnie w ogóle nie dotyczy, nie jestem obywatelem polskim żydowskiego pochodzenia, jestem Polakiem, który jest przy okazji Żydem, nie mam żadnych związków z Izraelem i nie mam zamiaru emigrować.

To były czasy tak surrealistyczne, że jeśli ktoś się pytał sekretarza partii po czym się poznaje Żyda, to on odpowiadał: „Żyd to nie jest ten, który się czuje Żydem, tylko ten, którego my uważamy za Żyda”. Czyli to była akcja, która równie dobrze mogła być przeciwko garbatym, cyklistom czy ludziom, którzy mają zielone oczy. Była to rzecz absurdalna. Oczywiście nie dla wszystkich, bo ludziom się przypomniało getto, przypomniała się wojna, ci, którzy byli komunistami naprawdę z przekonania uważali, że życie im się kończy.

My wyjechaliśmy, bo nie chcieliśmy, żeby nasz syn musiał przechodzić przez to, przez co nasza rodzina przechodziła od wielu pokoleń. Nie mieliśmy żadnej pewności, czy jemu się uda tak funkcjonować, jak mnie się udało, czy nie będzie musiał kłamać – właściwie to chcieliśmy go uchronić od kłamstwa, od tego, że co innego mówi się w domu, a co innego na zewnątrz.

W Polsce nie należałem do społeczności żydowskiej i nadal nie należę. Nie emigrowałem dlatego, że inni wyemigrowali, albo że obrażono nas jako Żydów – to była motywacja wielu ludzi i mam dla nich wielki szacunek, ale ja po prostu uważałem, że skoro ktoś był w getcie, to nic gorszego go nie może spotkać.  Czułem się Żydem tylko ze względu na historię mojej rodziny.

To ma olbrzymią rolę w mojej świadomości i mieści się w byciu Polakiem, jak w świadomości bycia Amerykaninem mieści się historia rodziny we Włoszech, czy w Libanie. Nowoczesny człowiek nie ma jednej narodowości i nie musi mieć religii. Czułem się tak jeszcze będąc w Polsce.

ID: Dania miała być trochę przystankiem? Docelowo miała być to Ameryka?

MM: Całe życie zachowywałem się jak Amerykanin, instynktownie wiedząc, że powinienem żyć w kraju wolności, a w Polsce czułem, że jej nie mam.

W Danii ciągle się nas pytano, czy jak komunizm się skończy to wrócimy do Polski. Gościnność europejska polega na tym, że emigrantów przyjmuje się jako przejściowych gości, bo wciąż się tam myśli, że ludzie przynależą do miejsca, gdzie się urodzili. Ameryka składa się z samych emigrantów.

Wzruszająca była odpowiedź jednego z bohaterów mojego filmu „Powrót statku” na pytanie: “Czy na długo przyjechał pan do Polski”? Odpowiedział: „Proszę pana, ja jestem jak słoń, który przyjeżdża do miejsca, gdzie się urodził i tam już zostaje”. To wszystko zależy, jak kto sobie ułoży w głowie.

Emigracja jest sprawą prywatną. Jeżeli będziemy traktowali ją jako sprawę polityczną, historyczną czy socjologiczną, to nie zrozumiemy jej do końca. Są w niej oczywiście te wszystkie elementy, można badać emigrację, ale motywacja jest prywatna.

Na pytanie, czy mógłbym mieszkać w Polsce? – odpowiadam “nie”.  Nie dlatego, że mi się Polska nie podoba, nadal mam do niej stosunek emocjonalny, ale trudno byłoby mi się pogodzić z tym, żeby tak jak u Gombrowicza w „Ferdydurke”, wsadzili mnie z powrotem do gimnazjum. Nikt nie chce się redukować. Po to się wyjeżdża z jednego miejsca do miejsca większego.

Gombrowicz mówił, że żeby być wielkim Polakiem trzeba się odpolszczyć. Kultury polskiej nie należy jednak wyrzucać z siebie i to jest tak jak ja funkcjonuję. W kulturze amerykańskiej nie widziałem wiele do zaabsorbowania. Oczywiście nauczyłem się pewnych technik, pewnych zawodowych spraw, ale styl moich filmów pochodzi z polskiego źródła.

ID: Panie Marianie, a jak się pan dzisiaj czuje? Kim im pan jest – Polakiem, Żydem?

MM: Jestem Polakiem, a przy okazji Żydem, a jeżeli chce mnie pani zmusić do odpowiedzi kim jeszcze jestem, to trochę Duńczykiem, trochę Francuzem, w dużym stopniu Amerykaninem. To jest tak, jakby pani się pytała, czy bigos to jest kapusta? Tak – w zasadzie to jest kapusta, ale ile jest wspaniałych rzeczy jeszcze w bigosie, żeby ten bigos był naprawdę dobry. Po prostu we współczesnym świecie musimy gromadzić te wszystkie rzeczy, bo mogą nam w życiu pomagać. Nie wszyscy są w stanie to zrobić, bo nie wszyscy wywożą z kraju ukształtowaną kulturę, niektórzy wywożą minimalne wykształcenie, ale gdy ma się 32 lata i skończyło się studia, to się tę kulturę wywozi w walizce.

Zrobiłem film o typowym emigrancie polskim, parobku ze wsi Jaślany, który w Ameryce został fryzjerem. Przyszedł do niego Żyd i mówi: Franek, ile masz na godzinę? 50 centów! Idź do mojego kolegi na dworcu głównym w Chicago, który goli żołnierzy wyjeżdżających na front europejski.”  Poszedł tam golić i zamiast 10 dolarów na tydzień, zaczął zarabiać 20. Zaczęło mu się dobrze powodzić, dzieci mu się rodziły, sprowadzał rodzinę z Polski i stał się “ojcem-założycielem” polskiego klanu emigrantów. Tacy jak on na początku wieku, wypływali z Bremy do Ellis Island, a potem odwiedzali Polskę na pokładzie “Batorego”, który cumował tutaj, przy Dworcu Morskim, gdzie jest dzisiaj Muzeum Emigracji.

Film nazywał się “God Bless America and Poland Too” („Niech Bóg błogosławi Amerykę i Polskę też”). Na pytanie kim się czuje, 95-letni Frank Popiołek, tak odpowiada: “Czuję się Amerykaninem, bo tutaj wiedzą, jak się robi rzeczy, ale serce mam polskie”.

Marian Marzynski

Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-JA. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycie w internecie :  ksiegarnia@universitas.com.pl

Life on Marz (2007) & RISD Student Films (1972-1976)

„My name is Marian Marzynski,” I introduced myself in broken English to my film class. „It’s too long,” they said. „Can we call you Marz?” In 1972, my students at the Rhode Island School of Design were the siblings of those who rebelled in the 60s. This new generation’s

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.8/10 (6 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 10 votes)
Kultura w walizce, 9.8 out of 10 based on 6 ratings