Andrzej Lewandowski: Etap półprawdy…

Print Friendly, PDF & Email

2017-12-23.

ECHA WYDARZEŃ: Nie wiem – lotny finisz, premia górska przed szczytem, etap prawdy, ucieczka i pościg? Wiem tylko, że nie meta; choć formalnie niby tak. Mowa o konflikcie PZKol – Ministerstwo Sportu.

Przypominam: minister Bańka wezwał wszystkich członków zarządu, by podali się do dymisji, (bo stracił do nich zaufanie); apel został podjęty, ale prezes Dariusz Banaszek postanowił zagrać solo.

Nadzwyczajny zjazd poparł prezesa, dostał – wyraźnie – wotum zaufania; powstał nowy zarząd – pod solistą-uciekinierem. Minister szybko a publicznie uznał, że takie grono kierownicze nadal nie ma jego zaufania, więc ministerstwo nie będzie wspierało związku finansowo… Media się podzieliły; jedni, że się stało, jak być powinno; inni – że na sali obrad było dużo z kabaretu, więc…

W internecie oglądałem przekaz. Kawałek. Akt głosowania wyglądał poważnie – jak należy. Podziękowanie prezesa – za wynik, nawet jeśli bywało trochę kanciaste – odebrałem jako pełne pasji, a także niekonfrontacyjne, z dobrą wolą starań o pełne powodzenie. Minister odebrał inaczej; zakpił i ogłosił decyzję – – jak wyżej.

Osobiście nie miałem okazji poznać ani ministra, ani prezesa, więc słowa są reakcją kibica, z tzw. dalekiego oglądu. Poprzednich znałem dobrze – z zalet i wad; z metod postępowania itd. Niejedną buteleczkę przy rozmowach wysączyliśmy. Teraz – wyłącznie emeryckie kibicowanie, choć wiedza z lat poprzednich wciąż się przydaje. Nie wszystkim, ale niżej podpisanemu – tak…

Oczekiwałem trochę innego finału. Spodziewałem się, że prezes znów znajdzie wyraźne poparcie środowiska. Udowadniając, że jest facetem z pasją, także z… powiem oględnie – z nabiałem, mając satysfakcję; a potem zrobi krok do tyłu. Już nie pod naciskiem ministra, wciąż nie ze strachu wobec gróźb, ale… by ratować finanse. Nie wkładu resortu, lecz tego, co mogą dać sponsorzy, a ich część „poszła za ministrem Bańką”. No i wiadomo przecież, że sponsorowanie to nie tylko komercja, liczenie na własne zyski, ale też coś z układu – towarzyskiego, politycznego itp. Nie każdy zaryzykuje konflikt interesów z wysoką administracją…

Prezes – wybrał drogę, jak to mówią, pójścia na całość, nie remisu „ze wskazaniem”. To – on. A minister? Wedle mnie zareagował – jak wcześniej – nie jak mężczyzna po maturze, lecz w klasie przedmaturalnej.

Nie chodzi mi już o teatralność jego pryncypialności, bo teatralności przecież można się – dojrzewając – pozbyć, a w ten sposób pryncypialność tylko zyska na wartości. Więcej – jestem za twardą pryncypialnością! Jeśli ktoś wykonał gwałt na obyczaju oraz na bliźnich – trzeba go ukarać na miarę przewinienia. Jeśli ktoś wiedział, a wiedzę schował – niech się nie tylko rumieni, ale też odpowie. Jeśli są takie uchybienia w działalności, że trzeba wezwać aparat ścigania – niech się to stanie; wniosku – włącznie z tym, by sąd rozpatrzył propozycję zastąpienia władz kuratorem. Ale w omawianym konflikcie pryncypialność objawiła się – dotychczas – nie w decyzjach po dogłębnym i tak obiektywnym, jak się tylko da zbadaniu zarzutów (nawet wątpliwości i podejrzeń), lecz przed – a to już błąd w sztuce władania i recenzowania wydarzeń…

Pan minister poszedł jakby na prywatną wojenkę – jednoosobowo ustalił normy i reguły tej „gry”, wprowadził do niej – dowolnie interpretując działanie – pieniądze nie ze swojego portfela, lecz z kasy, na którą złożyli się podatnicy. Do tego unikając konfrontacji – oko w oko, twarz w twarz… Zamiast tego taka udawana nowoczesność –reset, twitter.

Gdyby mnie się poradził – by usłyszał, że przyjęta metoda ewentualną rację tylko osłabia i… wywołuje – naturalnie – taką reakcję, jaką wywołała… Spraw do pilnego załatwienia – nie załatwiając. Tylko umacniając to, czego ruch sportowy na świecie tak nie lubi – podejrzenie, iż administracja chce przejąć rządzenie tym, co w założeniu samorządne…

Kolejny błąd, to – zapewne, żeby uspokoić kolarzy – ogłoszenie, że resortowe wsparcie ominie PZKol, ale trafi do czołówki via Polski Komitet Olimpijski. Współczuję prezesowi Kraśnickiemu, że PKOl został wmontowany w coś takiego. Działacze – wybieralni i wybrani, przeciw innym działaczom?

A żeby to jeszcze wyglądało dziwniej – śmiem przypomnieć, ze w prezydium PKOl jest prezes PZKol, który w wyniku zjazdu tak wkurzył dysponenta kasy Ministerstwa; że wiceprezes organizacji olimpijskiej jest Mietek Nowicki – eksmistrz roweru i eksminister – na sto procent jest za środowiskiem kolarskim; a w zarządzie są jeszcze – Ryszard Szurkowski (dawno przestrzegał administrację, by gwałtem się do związku sportowego nie wdzierała) i Tadeusz Mytnik (jeden z twardo walczących o wotum dla broniącego się prezesa)… I oni mają teraz współformować i akceptować to, przeciw czemu byli? Nawet jeśli dla świętego spokoju oraz dla dobra następców będą cicho – błąd w sztuce rządzenia nie przestanie być błędem…

Niczyjej racji nie bronię ani niczyjej nie atakuję. Z nikogo nie robię świętego ani winowajcy. Za mała wiedza o faktach oraz intencjach i niedziennikarskie to zadanie.

Za dużo słów o jednej sprawie? Przepraszam, ale mowa nie o incydencie, lecz o złej metodzie rozstrzygania kwestii trudnych oraz o kiepskiej wrażliwości wielu środowisk sportowych, które w hermetyczności własnej pogubiły umiejętność tworzenia klimatu pełnego zaufania..

Jak smród za wojskiem – poprzednie pokolenia mawiały – będą się skutki tej wojenki ministra z prezesem i prezesa z ministrem ciągnęła. Za sportem… Nie tylko rowerowym…

Omijam inne tematy, za dużo tej pisaniny. Jednego jednak nie pominę. Wypowiedzi pływaka Radosława Kawy Kawęckiego. Dawno temu prowadziliśmy w gazecie taką rubrykę – „Sami o sobie”. Robiła zaskakującą karierę, choć w intencji była właściwie zawodową galanterią. Imię, nazwisko, trzy zdania o tym, co właśnie dla osoby teraz najważniejsze. Matura, ślub, chrzciny, egzamin, kontuzja.. Jak dziś różne „pudelki” tylko, że nie z alkowy, albo związane ze stanem bielizny, lecz z tym, co w konkretnym dniu dla rozmówcy najważniejsze. Czytane, komentowane…

Dziś znajduje potwierdzenie. Pan Radosław został wicemistrzem Europy na krótkim basenie. W wykazie osiągnięć dość odległe miejsce, bo pływak to sławny, a jednak… Tu parę zdań jakby z dawnej pozycji „Sami o sobie”:

To jeden z ważniejszych medali w mojej karierze. Przyznaje, że był to najcięższy wyścig w moim życiu. Przyznaję też, że pierwszy raz od dawna nie byłem wystarczająco dobrze przygotowany fizycznie, aby zdobywać medale. Od wielu tygodni mój organizm był przemęczony.
Dodatkowo, pojawienie się dziecka – – – które bez wątpienia było najwspanialszym wydarzeniem, jednocześnie zredukowało do minimum czas odpoczynku i regeneracji…
Jechałem do Danii gotowy do walki, ale też pogodzony ze stanem rzeczy, może nawet przygotowany na falę krytyki.
Koniec końców finiszowałem na 2 miejscu, przegrywając złoto zaledwie o 44 setne sekundy. Wbrew logice.
To pierwszy medal wywalczony głową, a nie mięśniami.
Wiem, że jest kilka osób, które wierzyły – dziękuję Wam bardzo!

A były już medale bardziej błyszczące…

Andrzej Lewandowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)
Andrzej Lewandowski: Etap półprawdy…, 10.0 out of 10 based on 1 rating