Andrzej Lewandowski: Utrwalone na dysku

Print Friendly, PDF & Email

2017-12-26.

ECHA WYDARZEŃ: Ten okres – jako że wciąż świąteczny (i międzyświąteczny) – szczególnie sprzyja wspomnieniom oraz refleksji. Do tego – dzisiejszy notatnik reporterski, czyli dysk komputerowy jest cudowną przechowalnią. Echa sprzed wielu lat, czasem, gdy ludzi, którzy opowiadali od dawna już wśród żywych nie ma – brzmią jakby TO było wczoraj.

REKORD ŚWIATA NA ZAMÓWIENIE

Zdzisław Krzyszkowiak (rocznik 1929, zmarł w 2003 roku). Młodszym przypominam: kiedyś mistrz Europy w biegach na 5 i 10 km, mistrz olimpijski na 3 km z przeszkodami, rekordzista świata; długa lista, pewne byłaby jeszcze dłuższa, gdyby podczas igrzysk w Melbourne przeszkodził… pies. Ugryzł w łydkę i szansę sportową ograniczył.

Zapisana dysku rozmowa miała charakter szczególny. Otóż pan Zdzisław przyszedł do PKOl organizować grupę, która miała jechać do Wałcza, by jakimś trwałym śladem – kamieniem z tablicą pamiątkową, czy też tylko tablicą przypomnieć wydarzenie sprzed wielu lat. Echo wydarzeń z 10 sierpnia roku 1961.

A było to tak:

– Startowałem w kolejnym meczu z Amerykanami. Prowadziłem właściwie od startu i uzyskałem wynik bliski rekordowi świata. Należał wtedy do mnie. W mocnej konkurencji mogłem go poprawić, w pojedynkę – trudno. I wkrótce dowiaduję się, że straciłem rekord. Pobił go w Związku Radzieckim niejaki Taran. Mówię: niejaki, bo zupełnie go nie znałem, choć miałem przecież kontakt z całą światową czołówką; także z radziecką. Rosjan pytałem o Tarana, też go nie znali. Trzeba było szybko kontratakować. Tadeusz Kępka – młody wówczas a już dużej sławy trener, uczeń Jana Mulaka; potem wyruszył w wielki świat i sławę szkoleniową pomnożył – postanowił, że zorganizujemy zawody w Wałczu, w tamtejszym ośrodku sportowym, który był po części naszym drugim domem. Najpierw Witek Baran pobił rekord Polski na 1500 metrów…. Sprawdzam w wykazach: fakt 3;40,0 – wynik na owe czasy światowy…

– Potem w dwunastu pobiegliśmy przeszkody. Rekord świata wrócił do mnie. 8;30,4

Dziś taki wynik wydaje się skromny, w porównaniu z obecnymi. Tyle, że ja zawsze podkreślam, że rezultaty nie poddają się porównaniom międzypokoleniowym. Ważne co w konkretnym czasie, w konkretnych warunkach; wtedy, jeśli rekord z czasem zakończy żywot, zostaje jednak twardo w historii jako rekordowy punkt etapowy. Każdy rekord świata ma taką samą wymowę, wynik za nim stojący stanowi ledwie tło. A po drugie:

– Myśmy biegli po tradycyjnej bieżni. Po nas dopiero przyszedł czas tartanu. Biegli w piśmie twierdzą, że na tartanie da się uzyskać nawet trzy sekundy lepiej na okrążeniu. Proszę policzyć: razy siedem i pół okrążenia… Odejmijmy od mojego rekordu…

I „wyszło nam”, że sam tartan mógł temu samemu biegaczowi umożliwić osiągnięcie wyniku … dziś dającemu tak wielkie zwycięstwa, jak te, które pan Zdzisław wywalczył dawniej. Cóż, jeszcze jedno potwierdzenie prawdy, że lepiej unikać tylko suchych, statystycznych porównań. A przed mistrzami wszystkich pokoleń z takim samym szacunkiem uchylać kapelusza. Jak zrobiono właśnie w Wałczu, tyle lat po rekordach…

 NIEDOŚCIGNIONY

Zapis fragmentów dawnej rozmowy ze Zbigniewem Pietrzykowskim – ur. 4 października 1934 zmarł. 19 maja 2014

– Zazwyczaj jestem przeciwny „tykaniu” na łamach dziennikarza z rozmówcą. W końcu Czytelnika nie interesuje stopień zażyłości, lecz co kto ma do powiedzenia. Niech jednak chyba będzie wyjątek od reguły. W końcu za długo i za dobrze się znamy, by sobie „panować”. Byłoby sztucznie, prawda?

– Jasne. Jesteśmy prawie rówieśnikami. Właściwie – jeśli dobrze pamiętam – nasze drogi sportowe przebiegały równolegle. Twoja w dziennikarstwie, moja przez ring.

– Jeśli tak zaczęliśmy, to przypomina mi się jeszcze jedno. Mam w życiorysie organizowanie imprez „ dla ciebie”. Razem z ówczesnym szefem, Włodzimierzem Gołębiewskim oraz PZB organizowaliśmy Turnieje Przedolimpijskie „Trybuny Ludu” i PZB. Chyba dwa wygrałeś. Pamiętasz?

– Pamiętam. Jedna z nagród, skórzana walizka z redakcyjną plakietką długo mi służyła.

– W twoim tzw rekordzie, czyli rejestrze walk spotykam różne sumy stoczonych pojedynków. Raz 367, raz 370, ale ważne, że przegranych tylko kilkanaście; podobno remisów brak. Nie ma jednak rozbieżności w kwestiach najważniejszych: trzy medale olimpijskie, cztery tytuły mistrza Europy i jedenaście tytułów mistrza Polski. Następcy gonią, gonią, ale doścignąć nie potrafią. Do tego – 44 występy w reprezentacji Polski i 42 zwycięstwa. Sukcesy od lekkośredniej do półciężkiej włącznie. Czy to komplet osiągnięć?

– Niezupełnie. Ja w pamięci zachowałem na zawsze jeszcze debiut międzynarodowy. Gdy stawałem do warszawskich mistrzostw Europy miałem ledwie 19 lat, a już zdobyłem brązowy medal. Dziś niestety takie debiuty się moim młodym kolegom nie chcą zdarzać.

– Tyle występów w ringu to także wiele przeżyć. Lata je zatarły, czy swego rodzaju filmy z walk zostały w pamięci do dziś? Potrafisz opowiedzieć szczegółowo jak toczyłeś pojedynki?

– Niektóre pamięta się bardzo dobrze. Zwłaszcza te, które miały swoistą atmosferę przedmeczową. Nie zawsze sam dramatyzm oraz stawka stanowiły o atmosferze. Czasem coś co działo się wokół. Chcesz przykładów? Jak wiesz, ja w lidze nie przegrałem ani razu, a stawałem dla klubu nawet w wadze ciężkiej. Wygrałem w niej i z mistrzem, i z wicemistrzem Polski.

Był kiedyś sezon, w którym zaczęła świecić gwiazda Staszka Dragana. Ja w Bielsku, on w Nowej Hucie. Nie znaliśmy się, ale wiadomo było, że do walki dojdzie podczas meczu Hutnik – BBTS. Przyjechaliśmy do Nowej Huty, a tam zarząd związku w komplecie. Pomyślałem, ze mają jakieś zebranie, a usłyszałem, że przyjechali zobaczyć jak przegrywam. Komplet zwycięstw od 1953 roku niektórych bardzo denerwował. Wygrałem przed czasem, klasycznie – jak mówią.

– Pan Stanisław też był rzeczywiście bardzo dobrym bokserem. Brązowy medal olimpijski potem zdobyty tę tezę dokumentuje.

– Oczywiście! Ale wtedy musiałem nie tylko zdobyć punkty, ale udowodnić oczekującym mojej przegranej, że Pietrzykowski się nie skończył i jeszcze ich „podenerwuje”.

– Były jeszcze pojedynki z podobnymi podtekstami?

– Zdarzały się. Pamiętaj, że wielu ligowych przeciwników bało się mojej osoby. Oddawali punkty walkowerem. Przed meczem bywało, ze kibice mnie dopadali z pytaniem: będzie pan boksował, czy znów walkower – jeśli tak, to nie idę… A ja przecież nie zawsze mogłem być równie dobrze przygotowany, zaś w lidze trzeba było dla klubu stawać niezależnie od samopoczucia. Gdy czułem się słabiej, a inni to wiedzieli, starali się słabość wykorzystać. Kiedyś miałem taką kontuzję ręki, że musiałem zrezygnować z przygotowań kadry do meczu reprezentacji. Była to publiczna tajemnica. Ale liga jest ligą. Pojechaliśmy do Gdańska i tam przeciwnik czekał na mnie. Więcej, odważnie rzucił się do boju, a w innej sytuacji pewnie byłby ostrożny. Raz zszedłem mu z linii ciosu, drugi raz, a on nic tylko stara się trafić. Nie było wyjścia, trzeba było odpowiedzieć, a on wtedy do mnie z wyrzutem: „Przecież masz rozbitą rękę…”

– Nawet zabawne. Ale był wśród krajowych bokserów taki, który szukał walki…

– Tak. Nasz wspólny przyjaciel Tadek Walasek. Spotkaliśmy się we Wrocławiu, w finale mistrzostw Polski. On wtedy reprezentował Dolny Śląsk, więc widownię też miałem przeciw sobie. To była dobra walka. Z obu stron…W końcu obaj dostaliśmy brawa.

– Wiele walk kończyłeś przed czasem. Groźnie wyglądało, gdy z reguły po pierwszym gongu nie szedłeś, lecz biegłeś na środek ringu. Że niby tak ci spieszno do szybkiego zwycięstwa?

– Co ty powiesz – biegłem do rywala? Chyba to taki podświadomy odruch. Walka się zaczyna, więc trzeba walczyć. I starać się wygrać, bo po to się staje! Z tym, że hołdowałem zasadzie, że nokaut nie jest celem. Jeśli tylko mogłem sobie na to pozwolić, nie dążyłem by walkę skończyć w ten sposób.

– Masz trzy medale olimpijskie. Ale bez złotego. Zadowolenie, czy niedosyt?

– Trzy medale to zawsze powód do dumy. Jasne jednak, że jeszcze lepiej byłoby mieć jeden złoty.

– A mógł być?

– Mógł, w Tokio. Ktoś mi kiedyś udostępnił taśmę filmową z zapisem mojej walki z Kisielewem. Obejrzałem od przodu, od tyłu, w zwolnionym tempie. Umocniłem się w przekonaniu, że mogłem tej walki nie przegrać. Tak się dobrze tam wiodło naszej drużynie, że sędziowie chyba zadbali, by nie było jeszcze lepiej. A gdyby mnie wtedy ogłoszono zwycięzcą, walka finałowa musiała być moja. Kisielew miał mniejsze szanse na złoto, los dawał mu kolejno tak mocnych przeciwników, że był wymęczony. Gdyby mi w Tokio dopisało szczęście, całe byłoby moje podium olimpijskie – złoto, srebro, brąz.

– Byłem przekonany, że nie do końca wyzyskaną szansę widziałeś w Melbourne, gdzie drogę zagrodził wielki Laszlo Papp. Przecież nieco wcześniej sprawiłeś światową wówczas sensację, wygrywając w Warszawie, z Węgrem. Przed czasem…

– W Melbourne popełniliśmy błąd, wybierając taktykę. Razem z Feliksem Stammem. Masz większy zasięg ramion, bardzo mocną kontrę, więc staraj się tymi atutami doprowadzić do przewagi. Potem wiedziałem, że lepiej było postawić na wyprzedzanie swoimi atakami. Albo bym go znokautował, albo on mnie, pewnie taka taktyka by spowodowała, że nie byłaby to walka rozstrzygnięta na punkty.

– O finale rzymskim, przeciw Cassiusowi Clayowi chyba nie warto długo rozmawiać…

– Robiłem, co mogłem, choć znam osoby, które uważały, że mogę więcej. Z czasem, gdy okazało się, że Clay to nie meteoryt, ale epoka największego boksu zawodowego, nasz pojedynek jakby zaczął wyglądać trochę inaczej.

– Kiedyś, jako współcześnie praktykujący bokser wziąłeś kuratelę nad kolegą, który za naruszenie dyscypliny społecznej został dotkliwie ukarany. Ktoś cię namawiał do takiego kroku?

– Nie, to była moja suwerenna decyzja. Połączona z wiarą, że zmiany na korzyść są oczywiste, a koledze po prostu trzeba pomóc. Warto było, bo kolega pokonał kryzys, dał tego wiele dowodów. Daje do dziś, bo nie ugina się przed kłopotami, których mu los nie szczędzi. Śmiem twierdzić, że nie moja pomoc jednak decydowała, lecz cechy charakteru, które boks wyrabia. Wiele miałem tego przykładów. Wiesz, że … (tu pada nazwisko z tamtych lat) w ogóle nie bierze teraz kieliszka do ust. Mogą pić przy nim, a on nic, nie jak kiedyś, kiedy go niektórzy kibice fetowali. Powiedział sobie: nie, koniec i jest konsekwentny. To cechy wyniesione z boksu.

– Jesteś więc także społecznikiem. Skąd ta pasja?

– Z siebie, z domu rodzinnego. Taka u nas była atmosfera, że inny facet nie mógł się w niej ukształtować.

– Byłeś nawet posłem…Trudna to praca?

– Jak każde nowe doświadczenie. Ciekawe, wymagające patrzenia bez przerwy pod nogi, żeby się nie pomylić. Poza tym zawsze jest w człowieku mającym się za odpowiedzialnego pytanie, czy da sobie radę i starania, by podołać zadaniom. W sprawie sportu z miejsca mogłem być ekspertem, innych zagadnień musiałem się uczyć, więc się uczyłem… A do grona parlamentarzystów jakoś łatwiej było wejść. Pamiętam, że tam pierwszy raz spotkałem ówczesnego senatora, profesora Religę. Ja wiedziałem, że sławny lekarz, ale czy on wiedział coś o mnie? Grzecznie się przedstawiłem, uścisnęliśmy sobie dłonie, był potem taki moment zawieszenia, i on do mnie: „ To pan?! Daj pan jeszcze raz rękę”…

TAJEMNICA „KRATKI”

Na bieżni ostatnie metry prze metą to taka kratka. Zapisałem odpowiedź Ireny Szewińskiej (7 medali olimpijskich ,a 49,28 na 400 metrów, to montrealskie złoto i po dziś rekord Polski – od roku 1976!) na pytanie, czy rzeczywiście tak bardzo można przyspieszać w tej fazie biegania, że rywali tracą szansę? Irenissima (chyba red. Maciek Petruczenko kiedyś wymyślił – jakże trafnie) dziennikarza sprostowała”

– W kratce się nie przyspieszy, tajemnica polega na tym, czy wtedy da się jeszcze utrzymać poprzednie tempo… Nie każdego na to stać na finiszu… ONA mogła oraz potrafiła. Kto powtórzy taki bilans: „3 złote, 2 srebrne i 2 brązowe – w Igrzyskach Olimpijskich; dziesięć mistrzostw Europy (10 medali na otwartym stadionie i 3 w hali) – serial wspaniałości…

[responsivevoice_button voice=”Polish Female” buttontext=”Czytaj na głos”]

Andrzej Lewandowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Andrzej Lewandowski: Utrwalone na dysku, 10.0 out of 10 based on 1 rating

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com