Jerzy Łukaszewski: Życzę sobie…

Print Friendly, PDF & Email

2018-01-06. 

Od zawsze lubiłem bajki. Dziś jestem kolekcjonerem tego gatunku literatury posiadającym w swoich zbiorach takie cudeńka jak bajki autorstwa… Leonarda da Vinci (przekład Leopolda Staffa) oraz bajki pisane na specjalne zamówienie Katarzyny II, która zamawiała je z myślą o odpowiednim kształceniu swoich dzieci.

Jako człowiek chwilami całkiem poważny widzę w nich przejaw myśli ludzkiej na przestrzeni wieków, literacki obraz marzeń i dążeń człowieka  żyjącego w określonym czasie i miejscu. Kształt i treść bajek daje się bowiem przypisać i miejscu i epoce.  Zdarzało się czasem, że bajki „wędrowały” (mam taki przypadek w zbiorach), ale rzadko.  Na ogół z bajek możemy wyczytać gdzie i kiedy powstały. A nawet po co. Np. bajki afrykańskie ukazują oryginalny sposób myślenia tamtejszych ludzi, bardzo, ale to bardzo odległy od naszego. Itd. Itd.

Można z nich wyczytać ludzką tęsknotę za czymś czego w codziennym życiu człowiekowi brakowało. Po trosze to taka „literatura życzeniowa”.

A ponieważ nastał nam nowy rok, z której to okazji składamy sobie życzenia m.in. spełniania marzeń, postanowiłem napisać bajkę dla sobie i życzyć sobie tego i owego. Zgodnie z zasadą, o której wspomniałem – tu i teraz.

Rok 2018 to rok wyborów samorządowych. Dla mnie dość istotny, bo w moim mieście po ’89 roku mieszkańcy „wzięli sprawy w swoje ręce” i zaczęli samorządzić na serio.

Efekt? Badania prof. Czaplińskiego już któryś rok z kolei pokazują, że mieszkańcy mojego miasta są ludźmi najbardziej zadowolonymi ze swego miejsca zamieszkania zostawiając inne polskie miasta daleko w tyle pod tym względem. To się przecież nie bierze z niczego.

Jednym z widocznych już na pierwszy rzut oka przejawów tego samorządzenia była stopniowa eliminacja z Rady Miasta partii politycznych. Najpierw całkowicie wyeliminowano SLD i inne drobniejsze partie, a obecnie dwie duże partie – PO i PiS mają w Radzie śladową reprezentację bez żadnego praktycznego znaczenia.

Hasło naszego prezydenta „Moją partią jest Gdynia!” zyskało sobie wielu zwolenników i naśladowców także poza granicami naszego miasta.

Od 1990 roku zdecydowaną większość na poziomie 80% ma lokalny komitet wyborczy skupiony najpierw wokół śp. Franciszki Cegielskiej (legendarnej i kochanej do dziś przez Gdynian Frani), a potem jej następcy – Wojciecha Szczurka, który rządzi miastem od 20 lat przez co niektórzy spać po nocach nie mogą i cierpią na przewlekłe dolegliwości żołądkowe.

Różnica miedzy Szczurkiem reprezentującym nie siebie przecież, ale liczną gromadę ludzi zaangażowanych w życie i rozwój miasta, a jego przeciwnikami w kolejnych wyborach jest taka, że tych drugich trudno traktować poważnie jeśli nie ma się uszu i oczu zalepionych pajęczyną partyjnej ideologii.

W ostatnich wyborach kandydat z ramienia PiS miał np. niezwykle ciekawe propozycje dotyczące trwających właśnie inwestycji. Sprowadzały się one do jednego – rozebrać! Serio, nie żartuję. Ofiarą tego nowatorskiego pomysłu miało paść m.in. Centrum Filmowe, miejsce Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, w którym mieści się i Szkoła Filmowa z coraz ciekawszymi wykładowcami i kina, biblioteka i in.

Jeśli więc konkurenci tylko tyle mają Gdynianom do zaproponowania, Szczurek może spać spokojnie. Gdynianie też.

Niestety, wszystko wskazuje, że ekipa rządząca, jak na bolszewików przystało, nie jest w stanie pogodzić się z jakimkolwiek ograniczeniem swej władzy, nawet na najniższym lokalnym stopniu.

Dawno temu, jeszcze w PRL, Jacek Fedorowicz (Gdynianin z urodzenia)  pisał w jednej ze swoich książek o problemie z jakim borykali się włodarze pewnego niewielkiego miasteczka. Gdzie postawić kiosk „Ruchu”? Traf chciał, że w mieście był akurat przejazdem wysoki urzędnik z ministerstwa, więc lokalna elita oprowadzająca go po grodzie ośmieliła się zaniepokoić go w tej kwestii.

Gość zdumiał się był wielce, popatrzał po rynku. „ – Przecież macie tu od diabła miejsca!” – zawołał – „no, choćby tutaj czy tam …”

Decyzja zapadła natychmiast, a jedynym argumentem za jej wprowadzeniem w życie było stwierdzenie, że  „Warszawa tak postanowiła”.

Kiedy to czytałem w tamtych latach, wydawało mi się zabawne.

Dziś jakoś mniej kiedy widzę 30 lat po odzyskaniu suwerenności, jak niewolnicze umysły stęsknione za batem łaskawcy ekonoma idą dokładnie w tym kierunku. Modlę się, by Fedorowicz już niczego nie pisał, bo się znowu, cholera, sprawdzi.

Wybory samorządowe to nie tylko kwestia wyboru prezydenta, choć do tego sprowadza się inicjowana przez rządzących dyskusja posługująca się argumentami z prywatnego życia wielu burmistrzów, wójtów itd.

Nowy włodarz to cała ekipa ludzi, którzy na powierzonych im odcinkach robią co mogą i co umieją, by nam, mieszkańcom, żyło się lepiej.

To nie jest kwestia znalezienia „zdolnych” ludzi. Tu poza „zdolnościami”  potrzebna jest i wiedza i doświadczenie.

Niedoszły prezydent z ramienia Pis, pan Marcin Horała, ostatnio „rosnący” w szeregach swojej partii jakoś nie potrafił w czasie wyborów wykazać się ani jednym, ani drugim, a pomysły „rozbiórkowe” ośmieszyły go w oczach mieszkańców na długo. Ale jego partia zrobiła go za to pełnomocnikiem ds. samorządów na woj. pomorskie.

To bardzo znamienne posunięcie, bo dające dowód, że po pierwsze ta partia nie ma w swoich szeregach ludzi potrafiących zarządzać na odpowiednim poziomie, a po drugie, że wierność wodzowi jest ważniejsza od kompetencji. To nie jest dobry prognostyk dla Polski na najbliższe lata.

Różnica jest także w tym, że z ekipą Szczurka można dyskutować, można się wykłócać, awanturować , a jeśli się posiada rzeczowe argumenty – także wygrywać.

Ich potencjalni następcy wręcz gwarantują nam, że za ich rządów tego wszystkiego nie będzie. Partyjna centrala orzeknie i postawimy ten kiosk „Ruchu”  na środku zatoki, a kto będzie innego zdania ten wróg po wsze czasy.

Ale dość już znęcania się i „wściekłego ataku” na „prawdziwych patriotów”.

Nie o tym chciałem pisać w mojej bajce.

Przygotowywana i szeroko dyskutowana ordynacja do samorządów zakłada m.in., że w wyborach tych startować będą mogły wyłącznie komitety stworzone przez partie polityczne.

Jak dotąd nie zauważyłem, by ten punkt wzbudził jakieś większe zastrzeżenia czy opór naszych światłych polityków z opozycji, broniących podobno demokracji, podmiotowości obywateli i innych tego rodzaju błyskotek.

Własne, wieloletnie doświadczenie jako mieszkańca miasta obywającego się bez wskazówek partyjnych centrali (jakichkolwiek) każe mi jednak marzyć, że może znajdzie się taka partia, która wbrew własnemu, partykularnemu interesowi powie, że bezpartyjność samorządów jest czymś co powinno zostać upowszechnione i wpisane do ordynacji jako zasada.

Co to bowiem za samorządność, gdy jakiś gnom z centrali jest władny zdecydować, w którym miejscu i od kogo mam np. kupić kwiaty chcąc złożyć je (oczywiście!) pod obowiązkowym w każdym mieście pomnikiem zmarłego tragicznie prezydenta RP?

Co to za samorządność jeśli to IPN (akurat!) ma decydować, że jakaś nazwa ulicy „mu się kojarzy”, a więc jest niewłaściwa? W Gdyni za takie uznano np. ul. Wolności i Al. Zwycięstwa. Póki co postawiliśmy na swoim, ale jak długo?

Nawiasem mówiąc Witold Gombrowicz (ma w Gdyni teatr swego imienia i tablicę pamiątkową na nabrzeżu, z którego wypłynął w świat) rechocze w niebie jak smok widząc, że jego Edzio, któremu też wszystko się „kojarzyło” objął władzę w ukochanej Ojczyźnie.

Czy znajdzie się taka partia, która wznosząc się ponad swój własny interes podejmie się próby przeforsowania zasady bezpartyjności samorządów?

Dotychczasowe doświadczenia nie wróżą czegoś takiego. W Gdyni to PO zapisała się brzydko interweniując w interesie prezydenta Gdańska, członka tejże partii przeciw Gdyni nawet do Komisji Europejskiej. Sprawa przez Gdynię została ostatecznie wygrana przed międzynarodowym trybunałem, ale smród pozostał.

Doświadczenia więc, jak powiedziałem, nie napawają optymizmem, ale … od czegóż są bajki?

No i właśnie dlatego życzę sobie w 2018 roku, by mi się moja urzeczywistniła.

Nigdy nie chciałem żyć w żadnej z czytanych bajek, Nawet wilkiem w „Czerwonym Kapturku” nie chciałem być choć to przecież kusząca sytuacja.

Ale w tej chętnie bym zamieszkał.

Wszystkim zaś Czytelnikom Studia Opinii życzę, by w nowym roku spełniło się chociaż jedno ich marzenia, niekoniecznie wielkie, niekoniecznie polityczne.

Ot, choćby takie, które sprawi, ze się uśmiechniecie.

Dobrego nowego roku!

Print Friendly, PDF & Email

Jerzy Łukaszewski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (18 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +30 (from 30 votes)
Jerzy Łukaszewski: Życzę sobie…, 9.9 out of 10 based on 18 ratings

10 komentarzy

  1. A. Goryński 2018-01-07

Odpowiedz