Ernest Skalski: Arytmetyka

Print Friendly, PDF & Email

17.09.2018

Szanowni PT Polemiści: Gdyby nie głęboki szacunek, żywiony przeze mnie do Panów (panie jakoś nie polemizowały), wrodzona delikatność i pewne przywiązanie do bywalców naszego portalu, to tekst nosiłby tytuł:

ARYTMETYKA DURNIU!

Moja delikatność jest odpowiedzią na delikatność mych dyskutantów. A bywa inaczej. Po moim tekście w „Gazecie Wyborczej”:

Maciek_Trybuszewski: Idiotyczny artykuł zasłużonego – dobre i to – przecież dziennikarza. Pan Skalski nie tylko wyznaje dyktaturę sondaży, ale też najwyraźniej na starość przestał rozumieć demokrację. Każdy ma prawo wystartować w wyborach, zaprezentować swoje poglądy i liczyć na sukces.
Czas odejść z zawodu dziennikarza.

Reksiofafik: No więc ja, panie Skalski, wybieram Razem, bo się zgadzam z prospołecznymi postulatami tej partii i cenię szczere zaangażowanie związanych z nią osób – jakże odmienne od postawy karierowiczów z PiS i PO. Pan to w ogóle rozumie?

Pana Maćka T. uspokajam tą drogą, że z zawodu już raczej niezadługo odejdę. Reksiofafik niechby wiedział, że ja to rozumiem. Czemu chcę dać wyraz w tym co poniżej napiszę. W naszej tu dyskusji; merytorycznej i uprzejmej.

„…procenty, ulubiona pasja naszego redaktora Skalskiego…” Miło być waszym redaktorem, panowie, sed magis amica… me ulubione procenty, to tylko te we właściwych napojach. A z szeroko rozumianą matematyką miałem pod górkę, jeszcze w dalekich szkolnych latach i dziś tabliczka mnożenia w smartfonie to dla mnie wszystko. Nieobce mi są duszy szlachetne porywy, wiem, że polityka to równanie z wieloma niewiadomymi czy gra w której jest wiele zmiennych – terminy pamiętam! Zdaję sobie sprawę na jakim koniu jeździ łaska wyborców, wiem że zawsze może się objawić deus ex machina, że ten się śmieje… i takie różne.

Jednakże, w przeciwieństwie do wznioślejszych ode mnie publicystów, nie mogę zapomnieć, że o nocnej godzinie zamykają się drzwi lokali wyborczych, wysypują się papiery z urn i członkowie komisji, patrząc sobie wzajemnie na ręce, skrupulatnie liczą; kto, na co i na kogo. A najciekawsze jest potem, kiedy pracują komputery Państwowej Komisji Wyborczej. Jak ostatnio po wyborach parlamentarnych trzy lata temu. Voila!

Partia Proc. głosów Proc. mandatów Mandaty
 PiS (Zj.Pr.) 37,58 51,09 235
PO 24.09 30,00 138
Kukiz 8,81 9,13 42
N 7,60 6,07 28
Zj.Lew. 7.55 0 0
PSL 5,13 3,48 16
Korwin 4,76 0 0
Razem 3,62 0 0
10 innych 0,87 0,22 1*

(*mniejszość niemiecka)

N.B. Kukiz miał o 1,21 proc. więcej głosów niż PSL i dostał o 50 procent mandatów więcej. Ciekawostka? Nie. D’Hondt

Pominęliście, szlachetni panowie, te nużące cyfry? Wróćcie do nich jeśli chcecie poważnie dyskutować i skupcie się na następnych.

Wrześniowe badanie CBOS, procenty poparcia: PiS – 43, PO – 18, Kukiz – 7, PSL i SLD po 4, N – 3, inne – 2 i niezdecydowani – 16.

CBOS jeszcze po rządami Jaruzelskiego pracował na władzę –– i to mu zostało. Pan Jakub Bierzyński, założyciel i współwłaściciel największej sondażowni Kantar Millward Brown poinformował, że część ankietowanych zawsze skrywa swoje poparcie dla opozycji i fałszywie popiera rząd. Więc może bardziej wiarygodne będą procenty sierpniowego sondażu IBRIS: PiS – 38, PO – 25, SLD – 8, Kukiz – 6, PSL – 5, N – 4, Razem – 2, Korwin – 1, reszta – 1, niezdecydowani – 8.

Grosz do grosza

Dane – te i inne – są niepełne, płynne, ale jak nie kombinować –– wychodzi, że po trzech latach burzliwych rządów, PiS dysponuje takim samym poparciem jak to, które mu dało władzę w roku 2015. I odebrać mu ją może tylko i wyłącznie podmiot, który w wyborach zdobędzie więcej chociażby tylko o jeden głos. Czyli mogłaby to być jedynie koalicja wyborcza partii realnie opozycyjnych: PO, .N, SLD, PSL. Plus to z radykalnej lewicy, co się ewentualnie dołączy, tak jak ostrożnie robi to Barbara Nowacka z jej Inicjatywą Polską.

Lecz jeśli by wynik wyborów był zgodny z sondażem CBOS, to nawet tak zjednoczona opozycja, z 29 procentami nie miałaby szans. Jeśli by zaś wyszło tak jak przewidział IBRIS, to koalicja opozycji miałaby 42 procent głosów, PiS z przystawkami 38, ale i z Kukizem – 46. Przy płynności danych i zmienności sytuacji, można by mówić o szansie. Ale tylko o szansie, na odsunięcie od władzy PiS. Jednakże koalicji tej nie ma i lewica, en masse, robi co może by jej nie było.

Kraj nasz – pisałem, piszę i pisać będę – przechodził większe nieszczęścia niż władza PiS, ale ona jest jego największym nieszczęściem w drugiej połowie drugiej dekady XXI wieku. Na długo psuje Polskę i Polaków, niszczy i osłabia naszą pozycję w Europie, naraża nasze bezpieczeństwo pod wieloma względami. Dla opozycji, nie całej niestety, najważniejszym zadaniem jest odsunięcie partii Kaczyńskiego od władzy. I nie chodzi o żadne obalanie – co kto przez to rozumie – PiS, lecz o to, żeby w wyniku wyborów straciło ono większość parlamentarną, nawet pozostając największą partią, lecz w opozycji.

Nie widzę w naszej witrynie i w tej naszej dyskusji zwolenników PiS. Opozycjonista w opozycjonistę. Ale czy dla wszystkich nas odsunięcie od władzy PiS jest tym zadaniem nadrzędnym, takim jakim interes klienta jest dla jego adwokata, który ma podejmować czynności tylko w tym interesie.

Pisze pan Zbigniew Szczypiński; „Wiem też, że bez czegoś nowego na polskiej scenie politycznej przegrana PiS i zamiana na Platformę nie jest tym czego nam potrzeba. Grzegorz Schetyna zastępujący Jarosława Kaczyńskiego to nie jest to czego oczekują, jak sądzę Polacy, a przynajmniej ja.”

Z całym szacunkiem, Panie Zbigniewie, czy Panu się tak tylko powiedziało/napisało w ferworze dyskusji, czy też w pełnym przekonaniu, zupełnie świadomie, woli Pan żeby przy władzy został Jarosław Kaczyński niżby miał ją przejąć Grzegorz Schetyna?

W pierwszym przypadku – ferwor – byłbym zobowiązany, za ważenie słów i precyzję w wypowiedziach, kiedy mówimy o egzystencjalnych problemach – przepraszam za patos – Narodu. W drugim: nie masz zgody! Różnimy się zasadniczo w tej najważniejszej sprawie. Powiem więcej: publiczne wypowiadanie się w tej materii, teraz, kiedy trwa nieustanna kampania, decydująca o być lub nie być demokracji, to nie jest akademicka dyskusja. To jest oddziaływanie na rzeczywistość. I zaczyna mi wyglądać, że działamy w przeciwstawnych kierunkach. Ale nie obrażamy się na siebie. Dyskutujemy dalej. Przy czym nie będę Pana przekonywał, że PiS jest zły, bo pan to wie i dawał Pan temu wyraz na piśmie.

Pozwolę sobie natomiast powiedzieć, co bym odpowiedział na Pana miejscu. A mianowicie, że nie jest istotne czego pan, z Polakami, oczekuje, bo bez TEGO CZEGOŚ NOWEGO – Biedroń? – przegranej Kaczyńskiego nie będzie.

Może Pan jeszcze dodać, że nie powinniśmy przypisywać mocy sprawczej temu co my tu sobie wypisujemy na naszym niszowym portaliku. Zapewne, ale jeszcze nie mamy aż takiej demokracji, w której rząd wygrywa wybory w 97,38 procentach. Historyczne przestawienie zwrotnicy odbywa się za sprawą kilku procent. Efekt motyla, czyli każdy głos, nawet głosik generowany na SO, może przesądzić sprawę.

Chciejstwo…

…to pięknie spolszczone przez Wańkowicza wishful thinking bywa indywidualne i zbiorowe. Ale nawet w tym drugim przypadku lubiłbym, gdyby, tu w SO, każdy z nas mówił za siebie, a nie za Polaków, Panie Zbigniewie.

„Platforma Obywatelska w obecnym wydaniu staje się niewybieralnym molochem” – to pan Pokonos. Ponad dwadzieścia procent Polaków, drodzy panowie, zamierza głosować na Platformę. A jednak! Jak na „… co coraz bardziej widoczny polityczny schyłek tej formacji” – szanowny Panie Pokonos – to jeszcze całkiem, całkiem. Łącznie z pozostałą opozycją miałaby jakąś szansę; powtarzam: szansę, i tylko szansę, na pokonanie PiS. I to bez porównania większą, od szansy, że zaistnieje i rozbłyśnie TO NOWE – Biedroń? – i zmiecie brzydkiego Kaczora. Nie można tego całkowicie wykluczyć, lecz jest to bardzo mało prawdopodobne. Konflikt PiS+Kukiz, z jednej strony, kontra PO+.N+? z drugiej, zajmuje dwie trzecie sceny politycznej i wyraża realny i silny podział w społeczeństwie. Karty są rozdane.

Oczywiście, że funkcjonowanie polityków w tym układzie, po obu stronach, to zarówno idea jak i biznes. Ale przecież Pan – to znowu do pana Zbigniewa – jest socjologiem i wie, że nie wystarczy sama idea i czyjś pomysł na jeszcze lepszy biznes, żeby przeorać duży układ społeczny. Musiałoby nastąpić jakieś nieprzewidziane wydarzenie, wręcz wstrząs, żeby go zburzyć i to szybko – kampania już trwa – po to, aby wymusić nowe rozdanie w polityce oraz pojawienie się – lub nie – męża opatrznościowego z prawdziwego zdarzenia. A tak się w historii składa, że takie wydarzenie to raczej nie manna z nieba, lecz katastrofa.

Oczywiście, historia zna również upadki po poślizgnięciu się na skórce od banana. Ale czy może Pan, Panie Zbigniewie, tę skórkę wymyśleć, skombinować i podłożyć gdzie trzeba, z wiadomym skutkiem? Takie manewry zawsze lepiej wychodzą władzy. Ma narzędzia po temu. Rzuci kolejny kawal kiełbasy wyborczej, oskarży czołowych polityków opozycji o co zechce i niech się, w czasie na kampanię, tłumaczą.

„…sporo dyskutantów na SO – pisze pan Pokonos – uważa, że do wyborców to – chodzi o jednoczenie się opozycji – nie trafi…” My, dyskutanci na PO, możemy się mylić, proszę Pana. 25 procent naszej grupki głosowałoby na Razem, które nie może ostatnio przebić progu dwóch procent.

„…polityka to nie ścisły rachunek” – zdaniem p. Szczypińskiego. Fakt. W polityce czasem, podkreślam: czasem! 12–1 = 0, a 7+2 może się równać – 12. Jeśli na Wyścigach stawia Pan na fuksy, to życzę szczęścia, ale gracz, któremu zależy – raczej wybiera pewniaki.

Pan PIRS; „dziwna matematyka…co może się zmienić…? Wszystko!” Faktycznie może. Ale w polityce taka matematyka, w której dwa razy dwa daje wynik około czterech nie jest dziwna. A czy na to swoje „wszystko” postawi Pan wszystkie swoje pieniądze?

Na dawnych Wyścigach – teraz mi się przypomniały – kursowali faceci, spenie, którzy za parę złotych doradzali ćwokom co i jak mają obstawiać. Bo to może być dosyć złożona procedura. Najsprytniejsi – słyszałem, nie zetknąłem się z nimi – nie brali pieniędzy, tylko prosili o bilety, które polecali klientom. To im zapewniało wiarygodność i pewny dochód, bo obstawiali wszystkie konie w jednej gonitwie. A przypomina mi się ten proceder, kiedy czytam wypowiedzi panów, którzy wiedzą, że tylko zjednoczona koalicja może… wiadomo co, ale żeby Biedronia nie zwalczać i nie potępiać. Bo bardzo, ale to bardzo go chcemy. Jest taki młody, miły i sprawny – faktycznie – a nam potrzeba nowości, bo odżywcza konkurencja i tepe i tede.

To tak nie idzie, panowie. W normalnych, demokratycznych warunkach, owszem. Ale funkcjonujemy w warunkach faktycznego stanu wyjątkowego, z czym przynajmniej w tej dyskusji wszyscy zdają się zgadzać. Nieprzyjaciel w granicach! A za chwilę może się umocnić na długo. I nawet nie ma większej różnicy czy Biedroń uzyska pięć czy osiem procent w parlamentarnych, czy nawet pojawi się ta mityczna zjednoczona lewica z wziętymi z sufitu szesnastoma procentami. I co z tego jeśli ta, niechby nawet wyczarowana waszymi marzeniami lewica, wespół zespół z KO pod wodzą Schetyny, zdobędzie łącznie czterdzieści i więcej procent głosów? Kaczyński zostaje ze swoimi 37 – 38 i z D’Hondtem, nadal rządzi i psuje Polskę z poczuciem jeszcze większej bezkarności.

W tym orwellowskim dwójmyśleniu mieści się też przemożna chęć wylansowania dowolnym kosztem lewicy, potrzebnej, jak na razie głównie intelektualnym lewicowcom. „Robert Biedroń zamiast iść do europarlamentu – pisze w „Polityce” Sławomir Sierakowski – przede wszystkim mógł wystartować w Warszawie, bo to jedyne miejsce gdzie lewica może się w tych wyborach pokazać”. Czyli mógłby jeszcze bardziej osłabić mocno już nadwątlone, głównie przez innych lewicowych kontrkandydatów, szanse kandydata KO. Narazić opozycję na znaczącą i spektakularną porażkę, a stolicę… Pereat Varsovia – vivat sinistra pars!

Tylko skąd wiadomo, że Robert Biedroń to w ogóle lewica?

How may I help you?

Kiedy w przychodni recepcjonistka pyta: „W czym mogę pomóc?” wiem, że nie powinienem zamawiać steku z trzeszczącą skórką i paroma kroplami krwi w środku. Z tym zamówieniem, a nie z prośbą o rezonans magnetyczny, zwracam się kelnera. Mogę go jeszcze spytać czy nie przekłamie mnie aparatura podsłuchująca, lecz to by już była megalomania. Natomiast nie wiem, co mam odpowiedzieć panu Biedroniowi, który w trakcie objazdu czterdziestu miast, zapyta mnie czego sobie od niego życzę. Kelner przynajmniej podaje menu.

Robert Biedroń nie chce już w prezydenty, nie aspiruje do diet w europarlamencie, wie gdzie jest prawdziwa – jeśli bez zwierzchności prezesa – władza i zamierza zostać premierem.

Więc, powiedzmy, że go potraktuję poważnie i poproszę o sprywatyzowanie wszystkich spółek skarbu państwa, szybkie przejście na euro, obniżenie PIT, CIT i VAT do piętnastu procent, przywrócenie swobód gospodarczych do standardu ustawy Rakowski – Wilczek z 1988 roku i oczywiście do zezwolenia na wszelki handel i wszelkie usługi wszędzie i zawsze. Przecież zapowiedział, że będzie słuchał czego ludzie sobie życzą, nie zastrzegając się w jakim zakresie.

Nie słyszałem też aby oprotestowywał śmieciówki, domagał się skrócenia czasu pracy i podniesienia płac, wyższych podatków od lepiej zarabiających, żeby potępiał globalizację i umowy o wolnym handlu, nie wspominając już o propagowaniu podstawowego dochodu czy podstawowej emerytury, na zasadzie czy się stoi, czy się leży…Opinia publiczna nie zna go również jako bojownika o związki partnerskie i małżeństwa jednopłciowe z adopcją dzieci, o aborcję na życzenie, o kwoty i parytety dla kobiet. Doprawdy, wystarczy powszechna świadomość, że jest gejem, aby go do tego wszystkiego przypisać i uważać za człowieka lewicy!?

Objedzie czterdzieści miast, spisze życzenia i wybierze do koszyka to, co może mu zapewnić najmocniejsze poparcie. To już nie jest spryciula z Wyścigów. Na pewno ma jakieś swoje preferencje, lecz nie wiadomo czy się z nimi zgadza. Przedstawia się jako polityk do wynajęcia.

Kondotier, który w czasie wojny trzydziestoletniej kombinował – czy bardziej opłaca się mu walczyć pod sztandarami katolika Wallensteina, czy zaciągnąć do protestanta Gustawa Adolfa, musiał mieć wysokie kwalifikacje żołnierskie. Biedroń jakieś kwalifikacje na polityka ma, wraz pomysłem na prawdziwie nowatorski start up w polityce krajowej. I to jest ta nowość, świeżość, odmiana, która tak wielu zachwyca, łącznie z dyskutantami w SO.

Jaka ta jego partia będzie – taka będzie, ale zapewne odtrąbi sukces, jakim będzie jej wejście do Sejmu. Kaczyńskiemu ta mikra, bo obskubana przez D’Hondta frakcja; klub, a może choć tylko koło partii Biedronia, posłuży jako listek figowy. Pokaże demokrację bo poszerzy mu się paleta opozycji w parlamencie, która może sobie tam gadać co chce, bo i tak to nie ma znaczenia. A jak się jeszcze pokłóci między sobą, to lepiej.

Ile ich tam wejdzie, tyle wejdzie, ale lider wejdzie na pewno. Nie będą mu już wymawiać, że zaniedbuje miasto średniej wielkości, żeby brylować w dużej polityce. To brylowanie będzie dlań jego tytułem do kawałka chleba, a pokazał już, że potrafi to robić dobrze. A nie będąc premierem, nie będzie rozliczany z obietnic, którymi będzie zachęcał do głosowania nań po lutym 2019 roku. Żyć nie umierać!

Choćby się ministra rangi nie dosłużył, Co wypił, to wypił, Co użył, to użył! Więc się nie turbuje: Co tam diabłów trzysta! Dalej se posłuje, Ino sobie śwista! (Tadeusz Boy–Żeleński, z kabaretu Zielony Balonik)

Kozioł ofiarny

W Świątyni Jerozolimskiej nawet dwa kozły brały na siebie grzechy ludzi. Jednego zarzynano i ofiarowywano na odkupienie tych grzechów, drugiego wyganiano na pustynię, na pewną śmierć. Na forach i w naszym portalu musi wystarczyć jeden taki kozioł – Platforma. Przy czym, w odróżnieniu od tamtych, nasz koziołek też ma sobie sporo do zarzucenia.

Jeśli ktoś z was, panowie dyskutanci, ma znajomego psychologa, który nie jest zaangażowan politycznie, to poproście, by przejrzał to wszystko, co zostało napisane o PO, choćby tylko w toczonej przez nas dyskusji. Ja mam dwie zaprzyjaźnione panie psycholog. (Nie powstrzymam się od dygresji. Nieznana mi osobiście, pani Zofia Milska–Wrzosińska napisała, że zgodzi się być psycholożką, jeśli jej kolega po fachu nazwie się psycholożkiem.)

Otóż obie moje panie psycholog oświadczyły, że są zaangażowanymi przeciwnikami (ciekawe, że przeciwniczka jakoś łatwiej przechodzi) PiS i trudno im o profesjonalną ocenę tego, na co rzuciły okiem. Lecz tak prywatnie, widzą w tym projekcję jakiś pretensji do siebie ze strony oceniających.

Jako uczony historii, w jak najsłuszniej minionych latach pięćdziesiątych, w niesłusznym miejscu, Państwowym Uniwersytecie Moskiewskim, do dziś nie mogę się pozbyć skojarzeń z Leninem. Był on w carskiej Rosji więcej niż opozycjonistą. Rewolucjonistą zesłanym na Syberię. A w swoich niezliczonych pismach, zdawkowo i od niechcenia pisywał coś złego o caracie, feudalizmie z kapitalizmem. Cała jego furia polemiczna wylewała się na współtowarzyszy w socjaldemokracji i na innych przeciwników cara. (I nie on go – przepraszam, znowu dygresja – obalił. Niemcy go dostarczyli na gotowe i obalił demokratyczny rząd oraz rozegnał demokratycznie wybraną konstytuantę.) Porównuję więc, jeśli chodzi o stopień krytycyzmu, czy wręcz wrogości, to, co pisujemy w SO o Kaczyńskim i PiS z tym, co piszemy o Platformie.

W tym chórze jednak panu Sławkowi oddać muszę, że wychodząc z rozsądnego założenia, iż nic i nikt nie składa się z samych wad, ani z samych zalet, dostrzegł liczne zalety w Grzegorzu Schetynie i przekonywująco to uzasadnił, na faktach.

Kozła ofiarnego można było zgładzić, ale nie upokorzyć. Platformę natomiast chciałoby się widzieć jak cesarza Henryka pod murami Canossy; w worku pokutnym, boso, z głową z głową posypaną popiołem. I jakby z czymś takim, mimo pochwały Schetyny, pan Sławek wystąpił, zarzucając partii brak wewnętrznego, lecz publicznego zarazem, rozliczenia się jej z win popełnionych gdy sprawowała rządy.

Pani RAFA napisała na to, że szuka partii, która by publicznie analizowała swoje klęski, na co uzyskała odpowiedź, z której wynikało, że to rutynowe postępowanie solidnych partii. Pani RAFA uznała odpowiedź za wystarczającą, ja jednak spytam; Szanownie Panie Sławku, czy może pan podać kilka takich rozliczeń? Gdzie, kiedy? Czy może uważa pan taką praktykę za coś tak oczywistego, że nie wyobraża pan sobie, by mogło czegoś takiego nie być? Czynię wszystkich mych PT Polemistów uważnymi, że nie kłamstwo jest największym wrogiem prawdy, ale głębokie przekonanie.

Tu już nawet nie jest dwój lecz zgoła trój, czy nawet czwórmyślenie.

Po pierwsze – tylko zjednoczona koalicja ma szansę odsunąć od władzy ten brzydki PiS.

Po drugie – ponieważ nie chcemy władzy PiS i tylko ta koalicja ma szansę by ją odsunąć, to… popieramy lewicę – jak nie Razem to Biedronia – która tej koalicji uniemożliwi wygraną z PiS.

Po trzecie – ponieważ nie chcemy władzy PiS i tylko ta koalicja ma szansę by ją odsunąć, to… wierzymy, że to Biedroń ją może przegonić.

Po czwarte – ponieważ nie chcemy władzy PiS i tylko ta koalicja ma szansę by ją odsunąć, to… musimy ją obrzydzić, żeby udowodnić, głównie sobie, że nie ma tych szans.

Naprawdę uważacie, drodzy panowie, że to się jakoś trzyma kupy?

W rosyjskim jest wyrażenie: „nie kriwi duszoj”. Tłumaczy się prosto: nie kręć! Ale ta dusza wprowadza coś jakby wymiar eschatologiczny… Może na miejscu i na czasie?

Autor

Ernest Skalski

Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie – polski dziennikarz i publicysta.

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.8/10 (36 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +25 (from 35 votes)
Ernest Skalski: Arytmetyka, 7.8 out of 10 based on 36 ratings

31 komentarzy

  1. dawniej_kuba 2018-09-17
    • Ernest Skalski 2018-09-17
  2. andrzej Pokonos 2018-09-18
    • andrzej Pokonos 2018-09-29

Odpowiedz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com