Obyś miał ciekawą młodość, odc. 4.

Print Friendly, PDF & Email

Winnetou, geologia i lotnictwo

W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia zdarzyło mi się być edytorem poważnego naukowego czasopisma; z tego powodu często wizytowałem Państwowe Wydawnictwo Naukowe, mieszczące się w ładnym pałacyku na Podwalu. Moim partnerem w wydawnictwie była sympatyczna pani redaktor obdarzona nadprzyrodzoną zdolnością wyłapywania omyłek, błędów, lapsusów, już nie tylko w angielskim tekście, ale i w skomplikowanych wzorach matematycznych. Nie miała przy tym pojęcia ani o angielskim ani o matematyce. Za to lubiła sobie poplotkować. Kiedyś zapytała mnie o mojego poprzednika w sztuce edytowania; powiedziałem, że bawi w Stanach Zjednoczonych, w Kolorado.


Niekiedy elegancko usadowiony w określonym roku epizod okazuje się powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości, w wieku dwudziestym pierwszym. Akapit opisujący takie przyszłe wydarzenia poprzedzam symbolem XX1.

Wszystkie postacie jak i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.


– Tak – powiedziała – Kolorado. Skarb w srebrnym jeziorze. Karol May.

Kiedy zauważyła na mojej twarzy zdziwienie dodała:

— Myśmy Karola Maya wydawali. Przed wojną. Z mężem.

Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Tu, dzisiaj, umieszczone w pięknym pałacyku (wprawdzie potrzebującym remontu) eleganckie wydawnictwo naukowe z solidnym dorobkiem monografii i encyklopedii, a tam książki drukowane na tanim papierze, z prymitywnymi okładkami, ułomnym przekładem i kalekimi słowami. Nie mogłem się powstrzymać:

Pedlar[i] – powiedziałem – pedlar. A także howgh, i pshaw.

— Ach o to panu chodzi. O te dziwne słowa. Proszę pana – cóż to była za firma wydawnicza. Pan pewnie myśli, że to był jakiś koncern. A to był tylko mój mąż, byłam ja i mój siostrzeniec – to on tłumaczył. A pedlara mogę panu łatwo wyjaśnić, bo po tym, jak wydrukowaliśmy Winnetou, to sprawdziłam. „Pedlar” to słowo angielskie. Karol May pisał po niemiecku, tylko czasem dla uwiarygodnienia klimatu elegancko okraszając tekst anglicyzmami. Siostrzeniec zna niemiecki, ale nie zna angielskiego, nie ma pojęcia co to pedlar a drukarnia czeka, dziś daje na druk zniżkę, a jutro już nie. No i mamy nowe polskie, zupełnie niezrozumiałe słowo – pedlar. I te inne też.

Kiwnąłem głową.

— A ja widzę, że zaczytywał się pan Karolem Mayem i ten pedlar panu nie przeszkadzał. Potwierdziłem znów kiwając głową i rzekłem:

— Tylko że o książki Maya było coraz trudniej.

Włodzimierz Sokorski

Było trudniej, bo książkami Maya, tymi przedwojennymi, a jeśli były jakieś wydrukowane po wojnie to nimi też, zajęli się działacze komunistycznego frontu kultury. Moim faworytem – egzemplarzem okazowym działacza tego frontu byłby niejaki Sokorski – niezła świnia. Czy to on sam, czy jakiś jego podwładny objął w roku 1951. książki Karola Maya zakazem cenzury i zostały natychmiast wycofane z bibliotek[ii].

–  No tak — powiedziała pani redaktor.

–  A na prowincji było jeszcze gorzej –  rzekłem. –  Jak to? – Zapytała pani redaktor.

W odpowiedzi opowiedziałem jej moje głuchowskie kłopoty z książkami.

–  Czytałam Węgiel – powiedziała – jednego z dywersantów łatwo było rozpoznać, bo był jednooki. Ten drugi nie wzbudzał zaufania, bo był małomówny. O Ananke wiem mało. No, ale jak pan sobie poradził bez książek?

–  Poszedłem w modelarstwo. Samoloty.

–  Wygrał pan jakieś zawody? – Spytała zaciekawiona.

— Nigdy. Ale stąd, od tych modeli wiodła prosta droga na wydział lotniczy Politechniki Warszawskiej. To był rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty trzeci i zastanawiałem się też nad studiami matematycznymi.

–  Ale został pan inżynierem.

— Tak; był taki moment, taka chwila w której podjąłem decyzję. Parę lat później, już na studiach,  powiedziałem że w takiej chwili człowiek stoi na życiowych rozstajach, albo jeśli pani woli, na życiowym rozdrożu i rozgląda się po okolicy jaką też drogę wybrać.

Droga na wydział lotniczy nie była tak zupełnie prosta, bo podczas pomaturalnych wakacji musiałem jeszcze, oczywiście po to aby zarobić pieniądze, popróbować zawodu pomocnika geologa w firmie Geoprojekt, Warszawa, Wierzbowa 8.

Geolodzy tworzyli miłą i pomocną drużynę, traktowali niespełna siedemnastolatka, bo w tym wieku zrobiłem maturę, z sympatią i bezinteresownie kibicowali moim lotniczym aspiracjom akademickim. W dwa tygodnie po rozpoczęciu pracy wyjechałem w teren, na Podlasie. Nie sam, byliśmy w czwórkę – pani magister geologii, studentka geologii na praktyce, kierowca obładowanego świdrami do płytkich wierceń willysa i ja. Zadaniem naszym było wykonać wiercenia, ustalić poziom wód gruntowych i pobrać próbki potrzebne do wykreślenia map geologicznych w miejscach, gdzie miały powstać inwestycje przemysłowe planu sześcioletniego. Wierciliśmy w Łomży, potem w Zambrowie i w końcu w Ostrowi Mazowieckiej (ten świder na ilustracji obok to już współczesność. Wtedy wierciło się ręcznie).

Tamtego lata bardziej niż warunki gruntowo-wodne, podmokłość terenu, obecność w próbce iłu, gliny czy piasku obchodziło mnie to, jak będzie wyglądała moja przyszła dziewczyna i o tym głównie myślałem (czasem powątpiewałem, czy pisane mi jest znalezienie w moim przyszłym życiu jakiejkolwiek dziewczyny). Moi towarzysze podróży zauważyli to moje zamyślenie. Podsłuchałem skierowane do studentki słowa kierowcy:

– On jest taki jakiś dziwny.

Zagubionemu milczącemu siedemnastolatkowi postanowiła matkować pani magister. Próbowała wciągać mnie do rozmowy, pytała o samolotowe modele, o różnicę między jedno a dwupłatowcem aż wreszcie po tygodniu znaleźliśmy temat, który geologicznie można było nazwać naszym wspólnym gruntem – mity greckie. Podczas improwizowanych obiadów pani magister zachwycała się pięknem tych opowieści próbujących wyjaśnić miejsce człowieka w świecie, samo funkcjonowanie świata, jego stworzenie i historię. A ja zyskałem chwilowy szacunek zespołu opowiadając o trzech Mojrach, córkach Ananke – o Kloto – prządce, o Lachesis – mierzącej prętem nić żywota i o Atropos – tej trzymającej nożyce.

Pod koniec czerwca roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego byliśmy jeszcze w Łomży. Tego popołudnia siedzieliśmy w restauracji, mieszczącej się w stojącym bokiem do skrzyżowania, tuż przed zjazdem na most (obecnie jest tam duże rondo), budynku, kiedy wiszący na słupie latarni tuż obok otwartego okna restauracji głośnik obwieścił aresztowanie w Związku Radzieckim wroga ludu, agenta wywiadu brytyjskiego Laurentego Berii.

– Lachesis – powiedziała nie patrząc na nikogo pani magister – pręt przyłożony i nić odmierzona.

Jeden z trzech mężczyzn siedzących przy sąsiednim stoliku zawołał na kelnerkę:

Ławrentij Beria

–  Pani da jeszcze po jednej wódce.

–  A mnie nie wolno – powiedział smutno kierowca.

– Za to ja się napiję – powiedziała pani magister – wypiję za Atropos, tę trzecią Mojrę[iii].

Po obiedzie zabraliśmy się za porządkowanie sprzętu. A po trzech tygodniach zakończyliśmy wiercenia i wróciliśmy do Warszawy.

Pozostał mi jeszcze z miesiąc pracy w Geoprojekcie, a potem już Politechnika. Pani magister użyła tego miesiąca na rozmowy o moim życiu. Co chcę w życiu robić i co myślę o życiu (nie zwierzyłem się pani magister o najważniejszym – o moich marzeniach o pięknej dziewczynie).

– Kto wie, może któregoś roku poleci pan jako pilot zbudowanym przez siebie samolotem stąd, z Warszawy na przykład aż do Hong Kongu – mówiła pani magister. Zapewniała mnie, że odchodząc na emeryturę będę szanowanym specjalistą lotniczym. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Jakie dalekie podróże – nawet tramwajami czy autobusami jeździło się byle jak, a o pociągach szkoda było gadać[iv]. Prawda, na Okęciu co jakiś czas lądowały samoloty, ale nie słyszałem o kimkolwiek, poza premierem Cyrankiewiczem, kto by nimi latał.

— Musi pan cieszyć się swoim młodym życiem. Więcej wyobraźni – powiedziała mi na pożegnanie.

Do tej pory wyrzucam sobie, że po odejściu z Geoprojektu ani pani magister, ani reszty zespołu więcej nie odwiedziłem. Być może uczucie wdzięczności nie było, a może i wciąż nie jest moją mocną cechą. Szkoda. Ale cóż każdy jest jaki jest.

XX1. Pani magister i miała i nie miała racji. Kilkadziesiąt lat później poleciałem do Hong Kongu, ale nie z Warszawy a (z przesiadką w San Francisco) z Oregonu, gdzie w miasteczku o nazwie Corvallis pracowałem; samolot, którym leciałem, zbudowany był nie przeze mnie a przez zatrudniającą ponad sto tysięcy pracowników firmę Boeing. W Hong Kongu zaopiekował się mną przedstawiciel naszej firmy proponując zapoznanie się z nocnym życiem azjatyckiej metropolii. Dlaczego odmówiłem – nie wiem, może był to odruch wyniesiony z dzieciństwa – w jakimkolwiek życiu nocnym ofermy udziału nie biorą[v].

Następnego dnia przesiadłem się na samolot do Szanghaju, bo to Szanghaj był moim celem. Chodziło o bezpieczeństwo skarbców kilku szanghajskich banków (nie, nie, sztabek złota zdeponowanych w tych skarbcach nie było mi dane zobaczyć). Software, który stworzyliśmy w firmie amerykańskiej, w której pracowałem, pozwalał na telefoniczny podgląd słuchowy i wizyjny wszystkich wydarzeń w hermetycznie zamkniętym skarbcu i alarmował, jeśli tylko działo się coś nadzwyczajnego. Kiedy odlatywałem system działał tak jak powinien; sądzę, że po upływie roku, czy półtora okazał się przestarzały. Są bowiem w informatyce cyfrowe Mojry. Każdego roboczego dnia[vi] tuż przed świtem miliony przerażonych programistów z całego świata budzą się z jękiem „nie… nie” na ustach; wtedy to bowiem binarna Atropos naciskając klawisz Delete bezlitośnie kasuje miliony linii komputerowego kodu, nie dbając o to w jakim też języku są one napisane.

A z dziewczynami jakoś mi się w rok czy dwa później, już na studiach, udało poradzić. I to było bardzo dobre, bo dziewczyny są i piękne i mądre. A bez nich byłoby w życiu smutno i głupio.

KONIEC

Andrzej Olas


[i] Pedlar (ang.) domokrążca.

[ii] http://pl.wikipedia.org/wiki/Karl_May

[iii] Beria został stracony dopiero w grudniu 1953. roku.

[iv] Kilka lat wcześniej, kiedy zatłoczonym pociągiem wracałem z Głuchowa marzyła mi się jazda na dachu pociągu. Byłoby wygodniej.

[v] Wieloletni przyjaciel, którego poprosiłem o przeczytanie tego tekstu dopisał w tym miejscu uwagę: „No, no, takie niewiniątko to ty nie jesteś”.

[vi] W informatyce soboty i niedziele często bywają dniami roboczymi.

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +4 (from 6 votes)
Obyś miał ciekawą młodość, odc. 4., 7.8 out of 10 based on 4 ratings

Odpowiedz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com