O marszu czwórkami, indiańskich totemach i gaźniku silnika WK 105pf

Print Friendly, PDF & Email

26.10.2018

 Obyś miał ciekawą młodość, odc. 6.

Niekiedy elegancko usadowiony w określonym roku epizod okazuje się powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości, często już w wieku dwudziestym pierwszym. Akapit opisujący takie przyszłe wydarzenia poprzedzam symbolem XX1.

Wszystkie postacie, jak i opisywane wydarzenia są produktem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób jest wyłącznie przypadkowe, wydarzenia opisane w książce nie są opisem rzeczywistych wydarzeń.

W grudniu roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego siedziałem z kolegą Tomkiem w pokoju domu akademickiego przy Placu Narutowicza. Pisaliśmy sprawozdanie z przedwczorajszego Laboratorium Fizyki. Z wiszącego na ścianie pokoju głośnika usłyszałem o egzekucji Laurentego Berii, jeszcze rok temu pana życia i śmierci obywateli Związku Sowieckiego. Przypomniałem sobie Łomżę, panią magister,Ananke, a potem jej córki: Kloto, Lachesis i wreszcie jej trzecią córkę (tę z nożycami po prawej, a też patrz wcześniejsze odcinki) i powiedziałem:

– Atropos.

Zdziwiony Tomek spojrzał na mnie i zapytał: – Co mówisz?

– Nic takiego. To imię greckiej bogini; zwykle przedstawiana jest z nożycami, którymi przecina nić żywota[1].

Kolega przyglądał mi się zdziwiony:

– No dobrze, a teraz trzeba opisać metodę Englera.

Tomka, kolegę od metody Englera (jest to metoda wyznaczania lepkości polimeru) ostatni raz widziałem na wydziale dwa miesiące później, w lutym następnego roku. Wychodził z dziekanatu ze swoim świadectwem maturalnym w ręku. Powiedziałem:

– Cześć Tomku.

– Cześć – odpowiedział – może chcesz odkupić ode mnie moją czapkę pilotkę? Zupełnie niezniszczona, czysta skóra.

Ananke, ta, która rządzi przeznaczeniem, zdecydowała, że kariera inżyniera lotnictwa nie jest mu sądzoną. Spotkałem go po latach (jakaż to radość spotkać kogoś z kim można wspomnieć lata młodości). Został weterynarzem od małych zwierząt. Co było dobre, bo to właśnie w jego lecznicy wiele lat później kurował się akupunkturą mój bieluśki American Eskimo, pies z najbardziej sympatyczną mordą, jaką w życiu widziałem.

Minął pierwszy rok studiów, pomyślnie zaliczyłem trzeci semestr – ale, mimo że tak jak Adam, kolega z grupy, już pilot szybowcowy ze srebrną odznaką, chodziłem w czapce pilotce, wciąż nie byłem z siebie zadowolony. Poprawić sobie nastrój mogłem na dwa sposoby – albo zakochując się, albo dostając się na kurs pilotażu. Trudności piętrzyły się i tu i tam. Miłość nie była dla mnie, miłość była dla ludzi śmiałych, takich, którzy nie rumienią się, rozmawiając z piękną dziewczyną. Natomiast o moich kłopotach z kursem pilotażu wspomnę mojemu sympatycznemu czytelnikowi w następnych odcinkach.

To, że po rozmowie z Adamem, podczas której pochwalił wysoką jakość mojej pilotki, zaprzyjaźniłem się z nim, mojego nastroju nie poprawiło.

Jest na terenie Politechniki, wybudowany w początkach dwudziestego wieku, gmach tamtego czasu zwany starą kreślarnią. Tam, w jego obszernych piwnicach, w każdą środę tygodnia przebieraliśmy się wczesnym rankiem w śmierdzące kombinezony, zakładaliśmy miękką czapkę rogatywkę i rozpoczynaliśmy zajęcia Studium Wojskowego. To, że sporo czasu poświęcaliśmy na naukę salutowania, było dla każdego oczywiste, przecież to wojsko, ale dziwiło mnie, że w godzinach poświęconych lotnictwu, zamiast uczyć nas, przyszłych inżynierów lotniczych, obsługi odrzutowego Miga 15 wciskano nam wiadomości o przestarzałym myśliwcu śmigłowym Jak 9P i jego dwunastocylindrowym silniku WK 105pf. Dowódca naszej kompanii, kapitan Wróbel, małomówny i jakby niezadowolony z życia oficer na pytania odpowiadał, że o tym, dlaczego tak jest, dowiemy się we właściwym czasie i pouczał funkcyjnego, którym był oczywiście kolega Janusz, że nie życzy sobie głupich pytań:

– Tu nie jest dywizjon 303, tu jest Studium Wojskowe – zwykł mówić.

Do demonstracji lotu bomby lotniczej kapitan Wróbel używał ustawionego na środku stołu wykładowego korpusu zdemontowanego gaźnika silnika WK 105pf.

– To jest bomba klasyczna – ustawiony pół metra od stołu kapitan łagodnie zniżał wyprostowaną, lekko nachyloną do poziomu dłoń, a kiedy trącony dłonią gaźnik przewracał się, kapitan mówił:

– Bum!

Kapitan ustawiał gaźnik z powrotem:

– A teraz będzie bomba z lotu nurkowego.

Wysoko podniesiona dłoń kapitana opadła niemal pionowo w dół. Tym razem kapitan wspiął się na palce, lekko podskoczył, a głośny okrzyk kapitana słyszany był w całym gmachu starej kreślarni:

BUM!!!

Kiedy szło o tę metodę bombardowania, to mogłem powołać się na przypadek z życia – na jak to mówią Amerykanie – „case study”. Po owym głośnym BUM!!! wtrąciłem uwagę o bombie, która zniszczyła nasze mieszkanie na Dobrej. Kapitan ożywił się, zaświeciły mu się oczy:

– Kiedy to było? – Zapytał.

– Podczas bombardowania Warszawy, we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku. Podobno chcieli trafić w most kolejowy.

– I co, poszła tylko klatka schodowa? Dom się ostał?

– Tak. Klatka, od góry do dołu. I jeszcze kuchnia. Dom stoi.

– Tak, to musiał być Stukas. Bomba nieduża, pięćdziesiąt kilo – Niemcy oznaczali ją SC50. Większa – dwieście pięćdziesiątka, zdmuchnęłaby cały dom.

– No proszę – ubrany w brudny kombinezon zamyślam się – ileż to materiału do interesujących opowieści dostarcza mi Studium Wojskowe Politechniki. Przecież w opuszczonym przez dwadzieścia lat mieszkaniu mogą znajdować się odłamki bomby SC50, może jeden z nich tkwi w tej ścianie za szafą. A być też może, że ten właśnie Stukas, o którym mówi kapitan Wróbel, zaraz po zrzuceniu bomby został zestrzelony przez naszą obronę przeciwlotniczą, spadł do Wisły, wyłowiony z wody pilot zdradził położenie lotniska, z którego wystartował i atak naszych myśliwców zniszczył cały dywizjon Stukasów. No proszę, bylebym tylko znał jakieś dziewczyny – ileż bym im mógł naopowiadać. I może bym się w którejś zakochał z wzajemnością.

Na ćwiczenia w polu nasza kompania maszeruje czwórkami, z przodu najwyżsi, w tyle najniżsi, ja z moją czwórka maszeruję gdzieś pośrodku. Od lewej ciągnie nogami mój przyjaciel Adam, potem geniusz naszego roku – Władek Czarnul, obok ja i wreszcie z prawej kolega Janusz. Władek Czarnul jest dobrym, powszechnie szanowanym kolegą i wie wszystko. Dzisiaj w naszej czwórce rozmowa toczy się na temat rzuconej podczas wczorajszego wykładu pięknej pani docent od matematyki uwagi o liczbach kardynalnych. Władek wyjaśnia nam różnicę między zwykłymi i dużymi liczbami kardynalnymi, Adam słucha, ja dowcipkuję (co Władek znosi ze spokojem filozofa, bo relacje z istotami żywymi nie są dla niego ważne, stara się przebywać w świecie symboli matematycznych) a kolega Janusz zastanawia się, czy z tymi liczbami to może chodzić o liczebność kolegium kardynalskiego w Watykanie. Zanim Władek skończy swój wywód dochodzimy już do transzei, wykopanej do użytku studium wojskowego daleko, daleko na peryferiach pola mokotowskiego.

XX1. – Czyżbym  naprawdę wyglądał jak tajny agent? – zastanawiałem się, jadąc w strugach deszczu na południe. Był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci, drugi rok stanu wojennego w Polsce Wracałem do Oregonu z deszczowego Seattle w stanie Waszyngton. Spotkałem się tam z Władkiem Czarnulem – było to pierwsze nasze spotkanie po kilkudziesięciu latach i bardzo, ale to bardzo nieudane.

O tym, że Władek jest profesorem uniwersytetu stanowego w stanie Waszyngton, dowiedziałem się miesiąc wcześniej przy okazji telewizyjnej relacji z demonstracji tamtejszej Polonii w obronie gnębionych w Polsce działaczy Solidarności. Kiedy zadzwoniłem do niego, objaśniając, że dzwonię z Oregonu, a więc jesteśmy sąsiadami – był jakiś taki niechętny. Z trudem namówiłem go na spotkanie, tłumacząc, że za tydzień mam coś do załatwienia w Seattle. Nie chciał umówić się na uniwersytecie, stanęło na tym, że spotkamy się na lunch w restauracji niedaleko portu, powiedział, że łatwo ją znaleźć:

 – Niech pan kieruje się na stojące obok indiańskie totemy – powiedział.

Powiedziałem, że dobrze, i że przecież zawsze mówiliśmy sobie na ty. Jego chrząknięcie uznałem za potwierdzenie.

Jedliśmy alaskańskiego łososia, rozmowa toczyła się niemrawo, przypominałem Władkowi tego czy innego kolegę, nasze marsze na pole mokotowskie. Władek odpowiadał pólgębkiem. Nie pamiętał ani mnie, ani Adama, ani kolegi Janusza. Już wychodząc z restauracji wspomniałem o widzianej w telewizji solidarnościowej demonstracji. Władek spojrzał na mnie dziwnie i powiedział, że nic o takiej demonstracji nie wie. I wtedy zrozumiałem – Władek bierze mnie za agenta reżimu i nie mam żadnego sposobu, żeby udowodnić mu że się myli.

Nieporozumienie udało mi się wyjaśnić dopiero po trzech latach – znaleźli się w okolicy wybrzeża Pacyfiku nasi wspólni znajomi. I wtedy zapytałem Władka co najlepiej pamięta z naszej politechnicznej znajomości:

– Ależ oczywiście dyskusję o liczbach kardynalnych – wtedy, kiedy czwórkami maszerowaliśmy na pole mokotowskie.


[1] Śmierć Stalina przeżyłem jeszcze w szkole. Były czarne flagi, wieczorne pochody z pochodniami, no i Katowice stały się Stalinogrodem.

KONIEC

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 7.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 3 votes)
O marszu czwórkami, indiańskich totemach i gaźniku silnika WK 105pf, 7.5 out of 10 based on 2 ratings

Odpowiedz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com