Krzysztof Mroziewicz: Madagaskar Jasińskiego

Print Friendly, PDF & Email

27.10.2018

Farsę Stanisława Dobrzańskiego przerabiali Julian Tuwim i Tadeusz Sygietyński na wodewil, Jerzy Gruza na musical a teraz tekst Tuwima poddał magii Krzysztof Jasiński. To tak jakby Leon Schiller zabrał się do „Królowej przedmieścia” Konstantego Krumłowskiego.

Dobrzański był popularnym autorem komedyjek, którymi odreagowywał więzienie po Powstaniu Styczniowym. Romantyzm to nie czas komedyj. Gdyby nie Aleksander Fredro, niewiele byśmy wiedzieli o poczuciu humoru Polaków w czasach rozbiorowych. W gigantycznej spuściźnie Norwida nie ma o tym ani słowa.

Ostatnim wielkim dziełem, które powstało pod zaborami, jest „Wesele”. Żeby zrozumieć, po co Jasiński porwał się na „Żołnierza królowej Madagaskaru”, trzeba wiedzieć, że reżyserował on w tym samym Teatrze Polskim w Warszawie, lecz nieco wcześniej, arcydramat Wyspiańskiego, mroczny, z ostrymi szpilkami, latającym stolikiem jako okrągłym stołem i beznadzieją na puentę. Po prapremierze „Wesela” w ciągu niecałych dwu pokoleń Polska odzyskała niepodległość. Klucz do rozszyfrowania sensu wodewilu o Mazurkiewiczu, który ma się bać Boga, leży w adnotacji, że Teatr Polski uczestniczy tym spektaklem – niezależnie od innych przedsięwzięć – w obchodach 100 lecia niepodległości. Wszyscy piszą teraz Niepodległość dużą literą, jak gdyby nie czuli, że jest zagrożona. Po odzyskaniu niepodległości chcieliśmy my, Polacy, żyć normalnie, „jak w Paryżu”. Dosyć ciężkiej i mętnej poezji. Stąd wielki sukces „Zielonego balonika” w Krakowie i „Qui pro Quo” w Warszawie. A w Paryżu surrealizm i dadaizm pojawiły  się jako reakcja na koszmary I wojny światowej.

 „Żołnierza królowej Madagaskaru” wystawiały prawie wszystkie teatry w Polsce, ale żadnego nie inscenizował reżyser, który  – jak Jasiński – wadził się wcześniej z Wyspiańskim. Z „Weselem”, „Wyzwoleniem” i „Akropolis”.  Z Tuwimem, a właściwie z jego spadkobierczynią, córką poety, trwały bezskuteczne pertraktacje na temat włączenia do libretta i scenariusza kilku szmoncesów. Bez szmoncesu nie ma międzywojennego kabaretu, a taką formę zamierzał nadać „Żołnierzowi” Jasiński. Dziś nawiasem mówiąc kabaret cofa wypowiedź sceniczną do polityki lat trzydziestych. Widzi grozę nadchodzących czasów. „Madagaskar” w Teatrze Polskim jest mimochodem surrealistyczną opowieścią o Lidze Morskiej i Kolonialnej, która bezrolnych chłopów z Podkarpacia chciała wysłać na tę wielką wyspę, uczyniwszy tam wcześniej  polską kolonię, choć była to kolonia francuska.

Nawiasem mówiąc do Afryki na polowania jeździł teść Jarosława Iwaszkiewicza, Lilpop, a księżna Sapieha organizowała  do niedawna safari w Kenii i Tanganice. Żyjmy jak w Paryżu, zamiast tańca chocholego tańczmy kankana i dbajmy o zaściankową moralność adwokatów z małych miasteczek. Przypomina się wiersz Andrzeja Bursy „mam w dupie małe miasteczka, mam w dupie małe miasteczka, mam w dupie małe miasteczka”.

Kankana tańczą w Polskim śliczne dziewczyny a vis comica Zbigniewa Zamachowskiego dobrze służy przesłaniu „Madagaskaru”. Zdziecinniali playboye nie widzą, że nadchodzi czas mrocznej poezji.

Andrzej Seweryn wraz z Krzysztofem Jasińskim od pewnego czasu robią w Teatrze Polskim to, co robili tam przed i po wojnie Arnold Szyman z Leonem Schillerem. Z nadwyżką talentów Seweryna nad Szyfmanowymi. A Jasiński musi jeszcze napisać książkę o teatrze.

Krzysztof Mroziewicz            

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 6.5/10 (10 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +6 (from 10 votes)
Krzysztof Mroziewicz: Madagaskar Jasińskiego, 6.5 out of 10 based on 10 ratings

Odpowiedz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com