Czy Kościół wychowuje?

Print Friendly, PDF & Email

27.10.2018

            Po felietonie Nienawiść (SO 06.10.2018) łaskawy Czytelnik zwrócił mi uwagę, że to ‘zemsta jest córką nienawiści’, a nie odwrotnie. Po namyśle, wypada się z tym zgodzić, zwłaszcza jeśli nienawiść traktować w kategoriach siły kosmicznej, a nie samej tylko emocji – krótko-, czy długotrwałej. Krytyczna uwaga skłania do zajęcia się zemstą, która jest jednym z narzędzi polityki; bywa stosowana błyskawicznie, ale też rozkładana na lata, czy dziesięciolecia, by w końcu być użytą. W ten sposób staje się formą zinstytucjonalizowanej, bądź zmaterializowanej nienawiści, która potrafi zmienić bieg historii.

            Zostawmy jednak psychologię czy teorię polityki i wejdźmy stopień wyżej,  by popatrzeć na problem z punktu widzenia teorii cywilizacji, jaką stworzył Feliks Koneczny (1889-1949). Wśród jego prac można znaleźć broszurę zatytułowaną Kościół jako polityczny wychowawca narodów. Wyszła drukiem w roku 1938, jako 15 pozycja serii ‘Biblioteka Akcji Katolickiej’, a  co najważniejsze – „za pozwoleniem Władzy Duchownej”.     

            Koneczny stawia tezę, że „tkwi w Kościele sama geneza państwowości”, który poprzez swoją misję „wytwarza urządzenia państwowe, czyli państwowość”.  W Nowym Testamencie „nie ma wprawdzie przepisów, jak urządzić państwo”; nie mówi się tam o prawie prywatnym ani publicznym, a Kościół nie utożsamia się z określoną formą państwowości, ani nie potępia innych form. Jednak „Ewangelia osnuwa wszystko kategorią DOBRA, MORALNOŚCIĄ, ETYKĄ, i to wystarcza do wytworzenia wyraźnych drogowskazów we wszystkim, również w dziedzinie państwowej.” (s. 2) Teza jest dyskusyjna, ale warto ją rozważyć – zarówno w szerszym kontekście europejskim, jak też w aktualnej sytuacji polskiej – mocnego uwikłania się Kościoła w politykę, który zapomniał o licznych przestrogach swego Założyciela…     

W obszernym artykule jest mowa o czterech aspektach państwowotwórczej – by tak rzec – misji Kościoła; są to: monogamiczne małżeństwo, zniesienie niewolnictwa, zniesienie zemsty (w oryginale: msty) oraz niezależność Kościoła od państwa – „w imię niezawisłości czynnika duchowego od siły fizycznej”. W ustroju rodowym, który wbrew potocznemu mniemaniu funkcjonuje do dziś w wielu krajach, zemsta ma wymiar moralny. Jej zniesienie jest więc „kamieniem węgielnym” organizacji państwa, które przejmuje na siebie wykonanie zemsty, nadając mu wymiar prawny i egzekwując poprzez „sądownictwo publiczne i publiczny wymiar kar”. Jako historyk autor zwraca uwagę, że misjonarze nawracający ludy pogańskie, potrafili im zaszczepić urządzenie państwowe, które polegało na tym, że naczelnik rodu, wódz stawał się sędzią; zaś rozsądzanie przez niego sporów było pierwszą pokojową funkcją państwa.

W Europie przez wiele stuleci zemsta tak głęboko weszła w stosunki społeczne i polityczne, że „wojna wszystkich przeciw wszystkim” była stanem permanentnym. Treuga Dei, czyli ‘pokój boży’ pojawił się dość późno; w Polsce piastowskiej w wieku XIV, w Niemczech ‘pokój ziemski’ (Landfrieden) ogłoszono w następnym stuleciu. Truizmem jest przypominać, że zemsta w znacznej mierze leżała (i leży) u genezy wojen; była też (i jest) ich barbarzyńskim następstwem. Tym większa rola Kościoła, który „wypleniając mstę”, staje się „politycznym wychowawcą społeczeństw” w podwójnym wymiarze – tworząc „sądownictwo publiczne”, zwiększa zarazem „bezpieczeństwo życia i mienia”.     

„Powiedziano już dawno o Kościele, że stał się rodzicem i wychowawcą narodów, i to się przyjęło już powszechnie. Należy to jeszcze rozszerzyć, stwierdzając, że był również twórcą władzy państwowej, takiej, która by posiadała moc działania także poza sprawami wojennymi. Stałość i nieprzerwalność państwowości w państwie jest dziełem Kościoła” (s. 3).

W dalszym ciągu tekstu Koneczny rozwija argumenty uzasadniające tezę, że Kościół wychowywał społeczeństwa i narody do uniwersalnego bytu politycznego, któremu na imię ‘cywilizacja łacińska’, a której fragmentem są sprawy polskie. Tak o nich pisze: „przede wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę, że nie może być dla jednego narodu jakichś specjalnych praw dziejowych; może zachodzić tylko specjalne wykonywanie i sprawdzanie spraw powszechnych. Chcąc wiedzieć jasno, jakim było polityczne wychowanie narodu naszego przez Kościół, musimy mieć wciąż na uwadze, jakie są powszechno-dziejowe cechy działalności Kościoła w tej dziedzinie” (s. 10).

I dalej – „wobec zagadnień ustroju państwowego pragnie Kościół od początku, żeby państwowość polska  opartą była na społeczeństwie; przeciwny mechanizmowi samowoli książęcej, opartej o przymus siły fizycznej, staje Kościół po stronie samorządu organizmów społecznych. Kierunek ten przyjął się w Polsce tak dalece, iż następnie rozumiano przez ‘wolność’ nie co innego, jak samorząd; ten zaś niesie za sobą decentralizacje”.

Kościół, popełniając czasem błędy w swej pracy ‘wychowawczej’, popierał Jagiellonów i tzw. ideę jagiellońską, która okazała się jedną z formuł kierunku uniwersalistycznego, czyli unii. „Czyż ‘unia’ nie była politycznym rozszerzeniem samorządu aż w stosunki międzypaństwowe? Nigdy państwo centralistyczne nie byłoby się zdobyło na ideę polityczną tego rodzaju! Lgnęli ościenni do Polski, pragnęli z nią związków prawnopolitycznych, ponieważ pociągała ich polska państwowość, tj. decentralizacja samorządowa” (s. 11).

W kontekście tych stwierdzeń – które w świetle trzech ostatnich lat brzmią jak gorzka ironia – pojawia się pytanie: czy Kościół polski teraz, w I połowie w XXI wieku jest nadal wychowawcą narodu? Po katastrofie smoleńskiej przenikliwy myśliciel polityczny zwracał uwagę (Krajobraz po katastrofie), że najpierw indywidualna, a potem obejmująca coraz szersze kręgi zemsta może się stać narzędziem polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Odwoływał się przy tym do Szekspira… Dziś zemsta panoszy się na dobre w życiu publicznym i prywatnym, a Kościół – „polityczny wychowawca narodów” milczy jak głaz, nie piętnując mściwego języka, który zdominował polski dyskurs. Zapomniawszy, że chrześcijaństwo jest nie tylko religią miłości (Nowy Testament), ale też religią prawa (Stary Testament) nie zabiera głosu kiedy w Polsce niszczona jest tkanka społeczną, sądy, praworządność, trójpodział władz… Ale jak Kościół ma się wypowiadać w kwestii prawa, skoro nie reaguje na uzurpacje religijne najważniejszej osoby w państwie, która mówi: „W każdej grupie są grzesznicy, ale my ich eliminujemy, my jesteśmy twardzi” (wypowiedź na wiecu w Krośnie). Czyli nie będzie rozgrzeszenia, będzie zemsta!

Ze smutkiem konstatuję, że zemsta to fragment polskiego genomu, którego echa pobrzmiewają w poezji romantycznej. Dość przypomnieć Konrada Wallenroda,a jak ktoś nie ma czasu, wystarczy sięgnąć po fragment pieśni Konrada,  z III części Dziadów (dramatu osnutego wokół pogańskiego Święta Zmarłych):

Tak, zemsta, zemsta, zemsta na wroga,
Z Bogiem i choćby mimo Boga…

            Jednak nie wszyscy poeci tamtej epoki byli krwiożerczy; późny romantyk – Aleksander Fredro, mając świadomość prawdziwej, czyli mściwej natury rodaków, wykpił zemstę w swej najlepszej komedii, sugerując, że walkę z tym negatywnym stanem emocjonalnym mogą wygrać tylko ludzie młodzi, nie koniecznie oglądający się na Kościół. Chociaż w świetle badań, jak głosowała ta grupa wiekowa w ostatnich wyborach samorządowych, nasz największy komediopisarz może się mylić. 

                                                                                                                      J S   

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.6/10 (14 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +18 (from 18 votes)
Czy Kościół wychowuje?, 8.6 out of 10 based on 14 ratings

3 komentarze

Odpowiedz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com