Zbigniew Szczypiński: Błędnych decyzji kadrowych przykład kolejny

Print Friendly, PDF & Email

– Teatr Polski we Wrocławiu

30.11.2018

Przyglądając się coraz bardziej komplikującej się sytuacji na naszej scenie politycznej trzeba uznać, że czymś całkowicie naturalnym są wszystkie te głosy, które próbują znaleźć jakąś ogólną formułę, całościowo objaśniającą istotę zachodzących zmian.

Przykładami takich prób niech będą te głosy, które próbują określić obecny stan demokracji w Polsce jako rodzący się autorytaryzm czy też państwo oparte o zasadę „klientelizmu politycznego”.

Pamiętając o potrzebie syntezy i poszukiwań teorii – choćby teorii średniego zasięgu – wyjaśniających złożone zjawiska i procesy, nie sposób uciec od skomentowania wydarzenia jednostkowego.

Takiego choćby, jak poniedziałkowa dymisja dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Cezary Morawski – bo o nim mowa – został w poniedziałek odwołany ze stanowiska dyrektora przez zarząd województwa dolnośląskiego. Decyzja była jednomyślna. Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie wniosło sprzeciwu. Sprzeciwu nie zgłosiło też żadne ze stowarzyszeń twórczych, ani żaden związek zawodowy.

Można powiedzieć – drobna sprawa, ot jeden z nominatów pisowskiej władzy stracił stanowisko i związane z nim apanaże. Bywa. Banał.

Sprawa dyrektora Morawskiego to jednak nie jest zwykła sprawa. To nie jest prosta dymisja ze stanowiska dokonana przez uprawnione do tego podmioty. Cezary Morawski został dyrektorem Teatru Polskiego w atmosferze politycznej nagonki na wrocławski teatr, nagonki prowadzonej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Nagonki, w której udział Piotra Glińskiego – ministra, budził powszechny sprzeciw i zniesmaczenie. Minister Gliński stał murem za swoim nominatem a przeciwko zespołowi aktorskiemu. Stał za Morawskim, gdy podejmowane były wcześniejsze próby jego odwołania. Poprzednią dymisję, tę sprzed roku, uchylił wojewoda dolnośląski. Wady jego z kolei wykazał wyrok Sadu Administracyjnego – ale to dla urzędników rządów „dobrej zmiany” było bez znaczenia.

Ile zła musiało się stać w Teatrze Polskim we Wrocławiu, ile zła musiało się stać w polskiej kulturze, aby minister kultury zrozumiał swój błąd.

Całość tej afery: nominacja Morawskiego, jego szaleństwa kadrowe i programowe, skandaliczne wykorzystywanie funkcji do wypłacania sobie wielkich pieniędzy (jak na skalę firmy, jaką jest teatr) za pracę nie tylko na stanowisku dyrektora, ale i aktora, ale i reżysera czy scenarzysty – bo takie podejmował funkcje pan dyrektor — obciąża bezpośrednio ministra kultury. Morawski pobrał też z kasy teatru 60 tysięcy złotych za wynajem dla siebie mieszkania.

Podstawowym jednak „osiągnięciem” dyrektora jest zadłużenie teatru i rozwalenie jego zespołu – zwolnił 11 osób, w tym reżysera.

Morawski miał sojuszników – związek zawodowy Solidarność i wojewodę dolnośląskiego. Tego samego, który unieważnił wcześniejszą decyzję o jego zwolnieniu z lutego 2017 roku.

Znaczący dla całej sprawy jest wywiad, którego udzielił zdymisjonowany dyrektor. Stwierdził w nim wprost: pokazałem wszystkim, że potrafię być dyrektorem!

Istotnie, pokazal.

I co? Co takiego stało się akurat teraz – że wszyscy ci ludzie, te stojące za nim murem organa władzy państwowej przystały na dymisję?

Kluczowy okazał się raport Najwyższej Izby Kontroli, który wykazał całą niegospodarność i pazerność Morawskiego. To po jego ujawnieniu nikt już –  ani minister, ani związek zawodowy Solidarność – nie bronił dłużej dyrektora.

Czy ta dymisja kończy sprawę?

Moim zdaniem – nie. Nie może być tak, że decydenci, ludzie mający władczą pieczątkę, użycie której stwarzało nowe fakty, ci, którzy bronili go nawet wtedy, gdy dla wszystkich było jasne, że to pomyłka i nieszczęście, zamknęli sprawę, mówiąc: dyrektor Morawski nie jest już dyrektorem. Koniec, kropka.

Sprawa dyrektora Teatru Polskiego – podobnie jak sprawa zmiany  prezesa Państwowej Stadniny Koni w Janowie Podlaskim, a także obsady stanowiska prezesa Komisji Nadzoru Finansowego – pokazuje jak rządzi „dobra zmiana”. Jak fatalne są procedury powoływania i nominowania ludzi na ważne, niekiedy bardzo ważne stanowiska. O ile w ogóle są jakieś procedury, a nie tylko chęć wepchnięcia gdzieś czyjegoś szwagra.

Teatr Polski we Wrocławiu został zniszczony w takim samym stylu i skali co Państwowa Stadnina Koni Arabskich w Janowie – w obu tych incydentach, jak w soczewce, skupia się brak umiejętności kierowania nowej władzy i brak zdolności do podejmowania przez nią decyzji kadrowych. Najważniejszych decyzji w każdej instytucji.

Uważam, że minister Gliński, główny winowajca w tej aferze, winien ze swoich ministerialnych poborów zwrócić całą sumę nienależnych dyrektorowi Morawskiemu pieniędzy. To jest w jego zasięgu, może przecież spłacać w ratach.

Dobrze wiem, że tak się nie stanie – nie ma takiego prawa. Ale przecież minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego jest też wicepremierem, jest też profesorem socjologii… Wie, jaką siłę mają precedensy, znaczące symboliczne gesty – takie, które zostają w pamięci. Takie, które tworzą standardy.

To może być niepowtarzalna szansa panie ministrze, panie profesorze…

Może – ostatnia w życiu politycznym?

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com