Jerzy Dzięciołowski: Pan R

Print Friendly, PDF & Email

Motto

Ciesz się dniem dzisiejszym, bo następny może być wiecznością.

Nie powiedziałbym, że się od razu zaprzyjaźniliśmy. Pan R. miał rozmiary 14 x 21 mm i usadowił się na gruczole krokowym. Zanim się tym dowiedziałem, złożyłem wizytę doktorowi P. Doktor P. budził zaufanie. Miał lat ok. 50, siwe włosy i przyjazny stosunek do otoczenia. Kazał mi się wypiąć, opuścić spodnie, podciągnąć koszulę i zabrał się do molestowania. Przedtem włożył rękawiczkę. Fachowo nazywa się to badanie przez odbyt. Nie był zadowolony.

– Trzeba było przyjść, panie kolego, dwa lata temu – usłyszałem.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to czy doktorowi P. sprawia przyjemność takie kręcenie palcem w mojej de. Bo mnie zupełnie nie sprawiało. Dostałem papierek, żeby zrobić badanie PSA. Nawet mi było na rękę, bo od dawna chciałem zbadać zawartość cholesterolu w organizmie – to dwa razy nie będę musiał chodzić na badanie – uznałem.

Ucieszyłem się, że cholesterol jest jak trzeba. A na samym dole karteczki z wynikami badań, jak
w ofertach, gdzie drobnym druczkiem podaje się, ile to nas będzie naprawdę kosztowało – było napisane, że zawartość markerów rakotwórczych wynosi 17 coma 7. Jakieś 5 razy ponad normę.

Poszedłem z tym osiągnięciem do doktora P. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi:

– Jak samopoczucie, panie kolego? – zapytał.

– Nie narzekam – odpowiedziałem. – Ja w ogóle to dużo się ruszam – poinformowałem – takie sportowe zwierzę… I podałem panu doktorowi karteczkę z wynikiem 17 przecinek 7.

Na biopsję pojechałem na ulicę Aldony na Saskiej Kępie. Biopsja była jeszcze mniej przyjemna niż badanie palcem. Po wynik przyszedłem następnego dnia. Asystentka lekarza specjalisty przywitała mnie radośnie:
– To jest stan na pograniczu raka – powiedziała – nie jest źle – i podała papierek z opisem biopsji.

Wyszedłem na ulicę Francuską i pomyślałem, ile mi jeszcze zostało czasu: rok, dwa… Poczułem strach. Drżały mi palce. Nadjechał autobus. Wsiadłem. Za oknem był zwykły dzień, jeździły samochody, padał deszcz, ludzie szli po ulicy… To tak miało się to wszystko skończyć? Nagle nie będę już należał do świata za oknem? To nie w porządku, że takie małe nic pozbawia mnie rzeczywistości. Dojechałem do ronda Waszyngtona. Ciągle żyłem. Doktor P. zapisał mi pigułki i raz w miesiącu robił zastrzyk.

– Bardzo drogi panie kolego – informował, myjąc ręce. – Złamiemy drania – dodawał. – Też tak myślę – uzupełniałem. Markery ustabilizowały się na poziomie dwa razy ponad normę. Byłem zadowolony z postępu. Doktor P. mniej. Pojechałem ponownie na biopsję. Następnego dnia pani asystentka nie była już uśmiechnięta. – To jest, niestety, rak – powiedziała, podając wyniki badania. Nie dotknęło mnie to tym razem tak bardzo.

Zacząłem się zaprzyjaźniać z panem R. W szpitalu MSWiA na Wołoskiej, dokąd udałem się, żeby zbadać, czy mój Pan R nie przedostał się do kości, musiałem się nasączyć litrem wody niegazowanej i wejść do tuby, która informowała, gdzie się Pan R podziewa. Nie było go w kościach. Doktor P. zdecydował, że on już swoje zrobił i dał mi do wyboru: wycięcie drania lub skierowanie do Instytutu Onkologii na roentgena. Zanim zdążyłem się namyślić, stwierdził, że chirurg nie ucieknie, zadzwonił do instytutu, wypisał skierowanie, wetknął w rękę dokumentację i życzył zdrowia. Pożegnaliśmy się wylewnie, jak zdrowy ze zdrowym.

W Instytucie Onkologii kłębił się tłum umarlaków większy niż kolejki w PRL-u po meble. Pani doktor, do której zostałem skierowany już po siedmiu godzinach czekania, spojrzała na dokumentację i zapytała, jakie znam dziedziny medyczne, bo są takie jak onkologia, ortopedia itd. I powinienem się w porę badać. Pokornie przyznałem, że wiem, co to ortopeda, bo mi naprawiał nogę, ale w ogóle to czuję się winny. Cały czas myślałem, żeby mnie pani doktor nie wyrzuciła, żebym się dokształcił i że będę musiał znowu stać 7 godzin w kolejce.

Dostałem skierowanie do oddziału żółwi. To długowieczne stworzenia, przeleciało mi przez głowę, to dobry omen. Tak się nazywa w instytucie miejsce, w którym jest akwarium z żółwiami i w którym pacjenci poddawani są radioterapii.

Oznaczonego dnia dwie miłe panienki zaprosiły mnie do ciemni z maszynami naświetlającymi, kazały się rozebrać, przyjąć pozycję horyzontalną, przykryć przyrodzenie gazikiem i leżeć spokojnie do skutku. Tak przez 20 dni. Gazik brało się do domu, żeby mieć swój. Tymczasem surowa pani doktor sprawdzała, czy mi się reszta urządzeń w brzuchu nie rozsypuje pod wpływem naświetlań. Rzetelnie informowałem, ile razy siusiam i kiedy, że mi żołądek i jelita funkcjonują, nie wdając się wszakże w rozważania o podstawowym organie męskim, który już nie doznawał wzlotów i upadków.

To była średnio intensywna radioterapia – zakomunikowała mi na pożegnanie prowadząca pani doktor i oddaliła mnie do pokoju nr 15. Przed pokojem nr 15 raz na pół roku spotykają się męczennicy prostaty. Czeka się tylko trzy godziny, rzadko jest ten sam lekarz, zawsze są te same pytania: jak samopoczucie? Ile razy siusiało się w nocy? Nie jest źle, można z tym żyć. Zawiązują się kontakty towarzyskie, trwa licytacja, kto ile lat przychodzi pod pokój nr 15. Hit sezonu to uwaga, że jak oni nie dopełnią powinności, to proboszcz dopełni.

Relację pensjonariusza Instytutu Onkologii przysposobił do druku Jerzy Dzięciołowski.

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Jerzy Dzięciołowski: Pan R, 10.0 out of 10 based on 1 rating

Jedna odpowiedź

  1. Walter Chełstowski 2011-09-05
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com