Stefan Bratkowski: Kiedy nasza załoga odeszła z Kremla…

Print Friendly, PDF & Email

2012-12-09. Nie tak dawno chciano w Rosji obrócić rocznicę Rewolucji Październikowej w rocznicę odejścia Polaków z Kremla, bo daty dzienne się zgadzały. Miało to pobudzić ducha narodowego w Rosjanach, oczywiście – marginesowo – z należytą niechęcią wobec Polaków. Na szczęście, ktoś w Moskwie puknął się w głowę i nikt nie obchodził tej jesieni 400-setnej rocznicy chwili, gdy polska załoga odeszła z Kremla.

Nasi rodacy stali tam dosyć długo, dwa lata. Stanisław Żółkiewski, hetman wielki koronny, nie zdobywał jednak w roku 1610 Moskwy. Nie zamierzał nawet wkraczać do niej, uprosili go o to sami bojarzy w obawie przed oddziałami „szalbierza”, jak go nazywał, kolejnego „łże-Dymitra”, rzekomego syna Iwana Groźnego.

Cała ta historia wzięła się z Wielkiej Smuty po śmierci Iwana, który nieprawdopodobnie wyniszczył swój kraj (uprawy na niektóre ziemie wróciły dopiero po stu latach). Rosja Wielkiej Smuty wydawała się ziemią niczyją i magnaci ziem ruskich Rzeczypospolitej ubrdali sobie, że zagarną tron carów dla swego samozwańca, który będzie udawał Dymitra, zamordowanego w 1591 r., najmłodszego syna Iwana Groźnego. Pierwszy Łże-Dymitr prawie rok rządził w Moskwie, był podobno zbyt łagodny, lubił otaczać się Polakami i obaliła go sama Moskwa. W oddziałach drugiego, „szalbierza”, Polaków było nie tak wielu, za to strasznych. Nowy car, Wasyl Szujski, w wojnie „chłopskiej” z dzikim okrucieństwem pokonał w 1607 r. chłopskich powstańców, dowódcę ich, Iwana Bołotnikowa, który po długiej obronie Tuły skapitulował, Szujski oślepił i kazał utopić w przerębli. Związanego z nim samozwańca, Piotra, powiesił w Moskwie.

Szlachta Rzeczypospolitej, ani ta z Korony, ani z Wielkiego Księstwa Litewskiego, oddajmy jej, nie chciała żadnej wojny z Moskwą. Kiedy król Zygmunt III w 1609 r. postanowił wojnę, łamiąc zawarty w 1600 r. z carem Wasylem dwudziestoletni pokój, do oddziałów ściągano włóczące się po kraju zbrojne tałatajstwo nieopłaconych żołnierzy, rabujących i chaty chłopskie, i dwory – a przyszli i ci, którzy przedtem buszowali po Rosji, budząc gwałtami i rabunkami zrozumiałą nienawiść. Żółkiewski zdyscyplinował ich, zrobił zorganizowanym wojskiem Rzeczypospolitej i poprowadził na wschód. W 1610 r. zwyciężył pod Kłuszynem, po czym przywiódł sejmowi i królowi jako jeńców – nowego cara Rosji z rodziną, obsadziwszy polską załogą Moskwę i Kreml.

Ochronił Moskwę przed ludźmi owego kolejnego „łże-Dymitra”, którzy rozbijali się po Rosji, znów grabiąc i dopuszczając się najrozmaitszych gwałtów – po raz pierwszy popisywali się wtedy „lisowczycy” Aleksandra Lisowskiego, którzy zasłynęli później w Wojnie Trzydziestoletniej, tyleż doskonali żołnierze, co nie znający litości zbóje. Zarabiali, co się rzekło, na nienawiść do wszystkich Polaków. Inaczej – Żółkiewski. Jak napisał Jarema Maciszewski w swej  książce „Polska a Moskwa 1603-1618”, o stosunkach Żółkiewskiego z możnowładcami i bojarami Rosji decydował w owym czasie takt, poczucie rzeczywistości i osobista szlachetność zwycięzcy spod Kłuszyna. Pisał Żółkiewski do króla:

„Gdy przednia straż nasza się ukazała, moskiewska straż rozumiejąc, że z wojskami impostorowego ludzie, jęli się byli harcami ścierać, potem, gdy się dowiedzieli, że to z wojska WKMci ludzie, zarazem jęli się z naszymi mile witać. Nadjechał potem Sołtykow, Wołujew i insi bojarowie, którzy ze mną są, poczęli z sobą mówić witając, obłapiając się ze łzami”.

Później zmarnowano wszystko, co Żółkiewski, mądry polityk, z bojarami uzgodnił. Król Zygmunt III Waza nie umiał zdobyć się na rozsądną politykę.  Kiedy bojarzy chcieli osadzić na swym tronie królewskiego syna, Władysława (naszego późniejszego Władysława IV), Zygmunt III wpadł na pomysł, że sam zostanie carem. Co było pomysłem idiotycznym. Żółkiewski nie mógł dogadać się z królem, wycofał się z dalszej polityki. „U Moskwy kredytu nie masz – i nic nie uczyniono, com ja obiecywał. Jeśli co uczyniono, to nie tak, jakby sama (Moskwa) potrzebowała”.

Polska załoga Kremla chciała wracać do domu. Kiedy jej kolejny raz nie przywieziono żołdu, część jej zawiązała w proteście konfederację – ostrzegając, że jeśli do 24 czerwca 1612 r. nie dostaną pieniędzy, opuszczą Moskwę i wejdą w dobra stołowe króla, żeby odebrać, co się im należy. Rosja też miała dosyć Polaków „szalbierza”, to oni przede wszystkim sprowokowali powstanie pod przywództwem kniazia Dymitra Pożarskiego i kupca Kuźmy Minina. Wyszły wprawdzie z Warszawy 12 sierpnia 1612 r. dwa pułki piechoty niemieckiej na odsiecz załodze Kremla, ale pisał Lew Sapieha, że nie wiadomo, po co, bo „naszy wszyscy wyszli z Moskwy” – więc nawet data opuszczenia Kremla nie jest pewna. Ci na Kremlu podobno przez parę miesięcy odparli wiele szturmów, jedząc pod koniec już padlinę, skóry i kości, podobno i trupy. Nie jest pewne, czy i temu wierzyć, bo wyszli z Kremla w porządnym ordynku i dotarli do kraju.

Miejsce dla dramatów Rosji przygotował jednak sam Iwan Groźny, któremu nie pamięta się, jak wyniszczył swe państwo, trzebiąc krwawo i elitę bojarską. Kiedy zmarł, tron objął jego nieudolny syn, Fiodor (1598 r.), państwo popadło w ową porażającą „Wielką Smutę”, czyli w rozkład i konflikty. Przejął władzę brat carowej, Borys Godunow, dalej rządził terrorem, wygnał lub zarezał wielu opornych bojarów. W początkach XVII wieku wyludniło Rosję kolejne parę susz i straszliwych głodów, plus pacyfikacja chłopskiego buntu.

Możnowładcy i wpływowi bojarzy Rosji, pod przewodem Szujskich, już wcześniej, za Iwana, myśleli o przyłączeniu się do Rzeczypospolitej „narodów polskiego, litewskiego, ruskiego, pruskiego, żmudzkiego, inflanckiego” (jak to w 1573 r. określała Konfederacja Warszawska, ów polski manifest tolerancji). Chcieli się inkorporować na prawach Wielkiego Księstwa Litewskiego, mogli tylko marzyć o wolnościach szlacheckich, bezpieczeństwie i przywilejach w Rzeczypospolitej. Nasz historyk, Ludwik Bazylow, nie wierzył w takie spiski, uważał je za pogłoski, ale w roku 1564 Iwan wykończył Szujskiego i innych potencjalnych buntowników. Orientował się lepiej.

Szlachta polska, rozrodzona w dobrobycie XVI wieku, zwłaszcza ta drobna, zagrodowa, widziała w sąsiednich, rozległych ziemiach Rosji swój Nowy Świat, odpowiednik Ameryki, do zasiedlenia i wielkich interesów. Po śmierci Zygmunta Augusta nawet Jan Kochanowski proponował dać polski tron Iwanowi Groźnemu – z taką „polityczną” kalkulacją, że jak wyprowadzili Polacy z puszcz litewskich Jagiełłę, uzyskując w nim wielkiego króla, tak teraz wespół z Litwą odmienią Iwana, a jakież państwo z tego powstanie!

Ówczesne złudzenia przegrały z innymi złudzeniami. W roku 1612 przegrała polityka Żółkiewskiego. Historia mogła się ułożyć zupełnie inaczej…

Współcześni nam rosyjscy historycy widzą w XVI wieku najmniejszy dystans Rosji do Europy. Mam w tym względzie całkiem inne zdanie. Poświęciłem lata studiów narodzinom i rozwojowi zapomnianego „Pana Nowogrodu Wielkiego” z jego demokracją, kulturą i ekspansją handlową. Całymi wiekami Wielkoruś, ta nowogrodzka, nie moskiewska, była w pełni Europą, a nawet ją, wyniszczaną wojnami, wyprzedzała swym pokojem i porządkiem. Zruszczyła całą ugrofińską północ dzisiejszej Rosji europejskiej. Zatyła się potem w dobrobycie, dokładnie tak, jak nasza później Rzeczpospolita. Kiedy w 1470 r. ruszył na podbój Nowogrodu kniaź moskiewski Iwan III Srogi, broniła się republika tylko rękami ludu pod wodzą legendarnej Marty Boreckiej. Wielmożów Nowogrodu Wielkiego stać było wtedy na zaciąg żeby najdroższych, a najbitniejszych wojaków Europy, czeskich „sierotek”. Ci Czesi rozstrzygnęli niedawno losy Wojny Trzynastoletniej Polski z Zakonem Krzyżackim. Lud nowogrodzki wznosił okrzyki na cześć króla polskiego, licząc na sukurs z jego strony. Niestety, Kazimierz Jagiellończyk, który swoimi synami obsadzał trony Węgier i Czech, nie miał głowy do tego interesu. Podbój go nie frapował, a bronić państwa, które może, ale nie chce się samo bronić, wydawało mu się snadź absurdem. Wyobraźni na temat perspektyw przyszłego caratu zabrakło…

W sto lat później Iwan Groźny ostatecznie zniszczył Nowogród Wielki, a carat później wykreślił Pana Nowogród Wielki z pamięci Rosji. Nie mogło być miejsca w tej pamięci na żadną tradycję demokracji i wolności. I, po prawdzie, nie ma chyba do dzisiaj.

Stefan Bratkowski

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.4/10 (11 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +10 (from 12 votes)
Stefan Bratkowski: Kiedy nasza załoga odeszła z Kremla…, 8.4 out of 10 based on 11 ratings

10 komentarzy

  1. Andrzej Sikorski 2012-12-09
  2. andrzej Pokonos 2012-12-09
  3. edwarddana 2012-12-10
  4. andrzej Pokonos 2012-12-10
  5. Woziwoda 2012-12-10
  6. edwarddana 2012-12-11
    • Nowogrodzki 2012-12-11
  7. Zamorano 2013-04-06
  8. Zamorano 2013-04-06
  9. Wierus 2013-08-21