nathan gurfinkiel: cośmy w dali przeżywali…

2012-12-14. rano obudził mnie telefon.  –  nastaw szybko radio – powiedziała zaprzyjaźniona dziewczyna. usłyszałem głos jaruzelskiego z nałożonym duńskim tłumaczeniem. podniosłem szybko słuchawkę i wydzwoniłem numer ministerstwa spraw zagranicznych.
– moja żona  jest w polsce, powiedzialem. połączono mnie z całodobową centralą alarmową, czynną przez wszystkie dni w roku.
– bardzo dobrze że dwonisz, powiedział dyżurny urzędnik msz (spotkałem go po kilku latach, kiedy sam zostałem zatrudniony w ministerstwie), ułatwiasz nam pracę, bo zawsze ewidencjonujemy obywateli duńskich, którzy znaleźli się w strefie zagrożenia, żeby ambasada mogła w razie czego udzielić  im pomocy.  po kilku dniach otrzymałem telefoniczną wiadomość  z msz, że pracownik ambasady odwiedził moją żonę. ma się ona dobrze. tak dobrze, jak może być  w takich okolicznościach – poprawił  szybko swą nieco nietaktowną wypowiedź. jeżeli zajdzie potrzeba ewakuacji obywateli duńskich, to twoja żona będzie miała pierwszeństwo jako matka nieletnich  dzieci…

zagubieni czuli się wszyscy. moja sytuacja była może szczególnie ekstremalna , ale prawie wszysy mieli w polsce rodziny i przyjaciół, więc wszyscy byli rozemocjonowani. przyjaciele już na samym początku, wkrotce po  strajku na stoczniowców  założyli komitet pod nazwą „støt solidarność” („wspieraj solidarność”) w każdą sobotę na strøgecie – głównym pieszym ciągu kopenhaskiego śródmieścia wystawiali punkt informacyjny z materiałami o polsce. wydawali też biuletyn z tłumaczeniem materiałów na duński i starali się zainteresowaç nim media. były one jednak dość obojętne na te usilowania, jeżeli nie liczyć kilku zaprzyjaźnionych dziennikarzy. trzeba było dopiero czołgów na ulicach polskich miast i  internowania czołowych działaczy solidarności, żeby sytuacja zmieniła się. niemal natychmiast po ogloszeniu stanu wojennego na głównym placu kopenhagi odbyła się wielka manifestacja poparcia. musieliśmy przełknąć gorzką pigułkę, bo działacze skrajnej niekomunistycznej lewicy kolejno wchodzili na mównicę i zaświadczali, że solidarność jest postępowa i walczy o słuszną sprawȩ.  mẃili to ci sammi ludzie, którzy jeszcze dość niedawno temu powtarzali argumenty prl-owskiej propagandy przeciwko  organizatorom poparcia dla opozycji w polsce. byliśmy jednak na nich skazani. na środowiska prawicowe nie było co liczyć, bo były one całkowicie pozbawione mocy kształtowania opinii – w najlepszym wypadku, bo bywalo znacznie gorzej. jeden z moich sąsiadów, sztandarowa postać prawicy, emerytowany pułkownik z piękną kartą w ruchu oporu przekonywał mnie, kiedy spacerowaliśmy z naszymi psami, że solidarność igra z ogniem i może doprowadzić do wojny. zdziwił się bardzo, i pokiwał z politowaniem głową, kiedy powiedziałem mu, że pokój akceptujący zniewolenie całych narodów  nie jest wiele warty. – jesteś zapalczywy jak wszyscy polacy, z którymi miałem okazję siȩ zetkąć. taka postawa jest dobra tylko na czas wojny…

kilkoro moich przyjaciół wspomagało dziennikarzy z duńskiego dziennika radiowego i  nazajutrz po dniu ogloszenia stanu wojennego usłyszałem wywiad z moimi dziećmi. jedenastoletnia naomi opowiadała o  mamie, maciek, naonczas już piętnastolatek wdał siȩ w dywagacje polityczne i na zapytanie duńskiego prezentera co może uzdrowić sytuację w polsce powiedział: trzeba odsunąć komunistów  od władzy…

kopenhaskie autobusy wyjeżdżały na miasto upstrzone transparentami: „polska, sąsiad w potrzebie” i niemal natychmiast organizacje humanitarne zaczęły organizować  pomoc dla polski. parlament  przyjął dużą większścią głosów poprawkę do ustawy o pomocy socjalnej, tak by obywatele polscy, których stan wojenny zaskoczył w danii mogli ją otrzymywać  na równi z duńczykami.
chłonęliśmy wszyscy wiadomości  z serwisu bbc i wolnej europy. sytuacja w polsce była też głównym tematem rozmów z naszym duńskim otoczeniem, ilekroć  widziano nas ze znaczkami solidarnośçi w klapie. dla mnie i kilku ludzi z mego otoczenia słuchanie tych rozgłośni było szczególnie ważne. dowiadywaliśmy siȩ kto z naszych przyjaciół został internowany – lista wydłużała się coraz bardziej…
nastał sylwester. miałem go spędzić  w zaprzyjaźnionym polsko-duńskim domu. przed wyściem z domu wysłuchałem wiadomości bbc. dowiedziałem się że jurek zieleński wyskoczył z okna, kiedy przyszli go aresztować…
był to najsmutniejszy sylwester w moim życiu…

kiedy powstawała solidarność  zaprzyjaźniony z kilkoma polskimi filmowcami  dyrektor kopenhaskiego kina grand peter refn uczcił wydarzenie duńską premierą „człowieka z marmuru” andrzeja wajdy”. po wprowadzeniu stanu wojennego pokazał „człowieka z żelaza”
w roku 2006 grand otrzymał europe cinemas award
jako najlepsze kino.

nathan gurfinkiel

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +7 (from 7 votes)
nathan gurfinkiel: cośmy w dali przeżywali..., 10.0 out of 10 based on 5 ratings

Jedna odpowiedź

  1. adam furtak 2012-12-14