Jerzy Dzięciołowski: Konkurs wdzięków

Różni obywatele są zdania, że tocząca się rozgrywka o władzę jest nudna. Nie byłbym takim pesymistą. W czasach, kiedy za wszystko trzeba płacić, za frajer mamy przemarsz kadr, które będą robiły nam dobrze. Jest ciekawie, nawet bardzo ciekawie. A to dlatego że nie wiadomo, co w człowieku siedzi.

Osobiście nie tak dawno temu wybrałem się na Kilimandżaro. Powodów miałem kilka, ale i ten, że pewien były polityk, nie za bardzo rozwinięty fizycznie, nadepnął mi na ego, bo też tam się wybrał. Na Kilimandżaro wchodzi się fajnie, jak do Morskiego Oka. I taka jest powszechna wiedza o wchodzeniu na tę górkę. Ale mnie złapał huragan na wysokości 5500 metrów i każde następne sto metrów do szczytu przebywałem co chwila na kolanach.

Może więc być tak, że to, co jednych nuży, innych ciekawi, bo wynika z różnicy doznań. Naszym konkursem wdzięków trudno się nie fascynować. Palikot pod rękę z Urbanem, jak antyklerykał z antyklerykałem, musi robić wrażenie.

Tęsknię za chwilą, kiedy Palikot, jak już swoje ugra i rozwali ten partyjny beton, będzie chadzał pod rękę z arcybiskupem Michalikiem. Wtedy już w celu budowania jedności państwa z Kościołem. Będzie to powrót do korzeni. Nie tak przecież dawno temu Janusz Palikot wydawał mocno katolicki tygodnik.

Niestety, zawiódł się na narodzie, który chociaż katolicki, nie zainwestował w pismo.

Ten epizod w karierze byłego posła z Biłgoraja nie czyni ostrożnym Tomasza Sakiewicza, któremu mało tygodnika ,,Gazeta Polska’’. Wystartował właśnie z ,,Gazetą Polską Codzienną’’. Pytałem panią w kiosku, jak GPC się sprzedaje? – Tak sobie – odpowiedziała. Przytaczam ten głos, żeby był sondaż.

Tygodnik „Gazeta Polska” uratował się przed bankructwem, bo rozrabiał przez rok katastrofę smoleńską. GP codziennie nasyca wyznawców gazety, że Polska to bankrut. Ale nie Tomasz Sakiewicz, który ma skromne 51% akcji w spółce wydające pismo. I słusznie, sama ideologia się przecież nie pożywi.

Uzasadnienie jest takie, że to dla dobra kraju. Jak mawiał klasyk: ciemny lud to kupi. Nie wiem, czy ojciec Rydzyk także. Może mu się przestać podobać, że tworzy się konkurencję dla „Naszego Dziennika”, wizytówki medialnego przedsiębiorstwa redemptorysty.

Czy to nie jest ciekawe, że w naszej przytomności takie coś się nakręca?

Dla dobra kraju nieustannie poświęca się poseł Adam Hofman. Twarz dzidziusia, cynizm na miarę hipopotama. W rankingu „Polityki” na najgorszego posła kadencji Sejmu, która właśnie upłynęła, poseł Hofman zdobył zaszczytne pierwsze miejsce.

Sejm jest do wypłacania kasy, a frukta są gdzie indziej – to nie tylko poseł Hofman spraktykował. Jest interesujące, jak z posła rodzi się celebryta, któremu do kompletu brakuje tylko Tańca z Gwiazdami.

Różne oblicza prezentuje nam ukochany przywódca największej opozycji – i do tego już przywykliśmy. Ostatnimi czasy prezes Kaczyński przerobił się na znawcę gospodarki. Do tego się dopiero przyzwyczajamy. Prezes daje dzieciom, zabiera bankom, karci Unię Europejską, obiecuje, że Gilowska rozjedzie Rostowskiego itd.

Człowiek, który miał kłopoty z założeniem własnego konta, może być średnio wiarygodny w roli znawcy gospodarki, zwłaszcza kiedy sam mówi, że jest politykiem i za to bierze pieniądze.

Na spotkaniu 17 laureatów Nagrody Nobla z dziedziny ekonomii pod Lucerną w Szwajcarii, Joseph E. Stiglitz , jeden z gwiazdorów tej grupy, przyznał, że w dzisiejszych skomplikowanych czasach nierzadko kieruje się nie liczbami, a intuicją. Można więc pozazdrościć pewności siebie prezesowi.

Lepsza była tylko Margaret Thatcher, żelazna dama z brytyjskiej wyspy. Pani premier, jak mówią ludzie, którzy ją znali, gdyby mogła, sprywatyzowałaby powietrze. W zamierzchłej – mogłoby się dziś wydawać – przeszłości, pojawił się w Polsce zza oceanu niejaki Stan Tymiński z czarną teczką, w której miał rzekomo papiery na konkurentów , straszył nimi, obiecywał fortuny od zaraz i „załatwił” premiera Mazowieckiego.

Zza bliskiej miedzy, z Niemiec, postanowił pofatygować się do parlamentu na Wiejskiej Kozakiewicz, zdobywca złotego medalu na moskiewskich igrzyskach i znany z gestu Kozakiewicza. Nie będzie to wejście smoka, jak przypadek Tymińskiego, ale funkcjonowanie w polskim Sejmie z zagranicy to jest jeszcze lepszy pomysł niż postawienie europosła Pawła Kowala na czele partii Polska Jest Najważniejsza. Nie sposób nie poddać się urokowi tego pomysłu.

Miło jest też popatrzeć na aniołki otaczające prominentnych polityków. Joanna Kluzik-Rostowska, która rozstała się z charyzmą prezesa Kaczyńskiego, a później rozstała się z samą sobą, wieszczy krótką karierę jego aniołkom.

Co znaczy, że po dziewiątym października pan prezes przestanie się ocierać o młodość. Mnie ten spot nasuwa skojarzenia, których ze względów ogólnoludzkich nie sprecyzuję.

Brydżyści mówią: niezbadane są wyroki brydżowego frajera. A ci, którzy w brydża nie grają, mówią: czego to człowiek nie zrobi, żeby pokazać się w okienku (telewizyjnym).

Koniec wieńczy dzieło. W defiladzie kadr też. I premier Tusk nam to zapewnił. Ostrzegł, że się nie podejmie tej roboty (to znaczy szefowania rządowi), jak nie wepchniemy Platformy do władzy. Można by wziąć pod uwagę, że wyborcy też na coś stawiają. I takie zagrywki, bycie bez skazy, etc. mogą się wydawać nieodpowiedzialnością, zwłaszcza że tylko co nie było z kim przegrać. Defilada trwa. Karawana jedzie dalej. Kto mówił, że jest nudno? Czy urna rozweseli nas do reszty?

Jerzy Dzięciołowski

P.S. Pana przewodniczącego SLD w przeglądzie kadr opuściłem świadomie. Jest okres grzybobrania, nie wiadomo, kto co czyta, może się zdenerwować i zagubić w lesie. I kto nam wtedy zmodernizuje ojczyznę.

Enhanced by Zemanta
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)