Piotr Rachtan: Czy Kaczyński ma haki na Pana Boga?

Print Friendly, PDF & Email

Jarosław Kaczyński podrzucił do dyskursu politycznego nieobecny od dawna temat. W swojej najnowszej książce napisał tak: „Nie sądzę, żeby kanclerstwo Angeli Merkel było wynikiem czystego zbiegu okoliczności, nie będę jednak tego przeświadczenia rozwijał, zostawiam to politologom i historykom”.

Pytany przez dziennikarzy Newsweeka o to, kto zrobił Merkel kanclerzem, Kaczyński odpowiedział: „Ona wie, co ja chcę przez to powiedzieć. Tyle wystarczy”. Dziennikarze „Newsweeka” dopytywali: – Stasi, bezpieka z byłej NRD, chyba jej na czele rządu zjednoczonych Niemiec nie postawiła?” – Zostawmy tę sprawę – odparł Kaczyński. W ostatnich dniach szef Prawa i Sprawiedliwości zapytał też dziennikarza TVN, „z jakiej jest redakcji: polskiej czy niemieckiej”.

Jeżeli ktoś uważa, że prezes IV Rzepy niechcący, albo przez jakąś intelektualną niekontrolowaną popędliwość rzucił te zdania, niech zrozumie, że jest w błędzie. W pierwszej warstwie zwraca się on bowiem do swojego, przeżartego lękami elektoratu, by mu dodać nie tyle otuchy, co dać temat do rozważań o niebezpieczeństwie germańskim. Bo Polacy tyle od Niemców (od Niemców, nie od hitlerowców, III Rzeszy czy nazistów) wycierpieli. Współgra z tym udatne opluskwienie naszych rodzimych elit, których Kaczyński nie cierpiał, nie cierpi i do końca życia nie będzie cierpiał, jako że kompleks salonu warszawskiego zaciemnia mu widzenie i uniemożliwia zdrową ocenę. Napisał w swojej książce o „niebywałym skundleniu polityczno-kulturowego establishmentu”, który wyniósł z PRL bagaż doświadczeń i po 1990 r. nie mówił o zbrodniach niemieckich, ale o nazistowskich, faszystowskich bądź hitlerowskich.

„Polskie elity tłumaczą takie zachowanie (…)” – pisze Kaczyński i dodaje, że „przemyślane i konsekwentne stawianie się daje niemały argument polityczny i moralny”. Według prezesa PiS polskie „małpiarskie, peryferyjne, naśladowcze elity” nie używają tych argumentów, a na dodatek część z nich korzysta z niemieckich funduszy.

„Zdaję sobie sprawę, że po części nasze elity akademickie zostały po prostu kupione” – pisze Kaczyński. „Wielu twórców, od Szczypiorskiego poprzez Stasiuka, Tokarczuk, stali się zakładnikami swojego sukcesu rynkowego w Niemczech. (…)” – pisze Kaczyński i dodaje, że to dotyczy też Jerzego Kosińskiego i Władysława Bartoszewskiego”.

Zręcznie więc połączone zostały fobie antyniemieckie z obrzydzeniem dla wykształconych okularników, których książki, idee i rozważania zdobyły mocną i trwałą pozycję w Niemczech. Obrzydliwi intelektualiści, docenieni przez odwiecznego wroga polskiej kultury, popełnili błąd nie do wybaczenia – przynajmniej przez Jarosława Kaczyńskiego. Niemcy uznali ich za twórców ważnych dla wspólnego sąsiedztwa i dla Europy. Wyszli z grajdoła, w którym tak dobrze i swojsko czuje się Prezes.

Odrębną sprawą jest to, że Jerzy Kosiński czy Andrzej Szczypiorski z za grobu nie mogą się bronić przed brudnymi insynuacjami, o czym cyniczny i bezczelny prezes wie doskonale.

Wątek drugi, bodaj czy nie ważniejszy, to podejrzenie, rzucone na kanclerz Angelę (Andżelę, jak mówi Prezes, chyba też tylko po to, by ustawić ją jak polską prowincjuszkę, która z dumą obnosi się z imieniem Andżela). Jego insynuacja jest trudna do skontrowania, a przypomina jako żywo techniki, stosowane przez SB w tzw. grach operacyjnych, gdy oficerowi służb starali się skompromitować niewygodnych ludzi przez rzucenie w środowisku tych osób plotki, że są to współpracownicy lub wręcz agenci bezpieki. Wiem, co piszę, sam padłem ofiarą takiej gry w 1981 roku. A więc Kaczyński rzucił w świat podejrzenie, że Angela Merkel ma coś za uszami, że była – kto wie – marionetką Stasi.

Dla większości obserwatorów to są głupstwa, niewarte nawet uwagi. Dyskutuje się o tym tylko dlatego, że Kaczyński aspiruje do władzy i – jest taka szansa – kiedyś stanie oko w oko z niemiecką kanclerz jako polski premier. I co wtedy? Stąd taki rezonans w mediach niemieckich tej na pozór idiotycznej kwestii.

Jednak jest jeszcze głębsze dno tej historii, które dotyczy elektoratu Kaczyńskiego. On do swoich wyborców mówi tak: patrzcie, nie boję się powiedzieć, że Merkel miała jakieś powiązania. Nie boję się, bo mam na nią haki. Pomyślcie, czy czasem nie mam haków na innych wielkich tego świata, nie tylko na jakiś Tusków, Schetynów czy Kwaśniewskich. Jestem Pierwszym Hakowym nie tylko Polski, ale i Europy. Jeśli zaś mam haki na wszystkich, to mogę wszystko.

Jak Bóg, na którego Kaczyński może też mieć haka.06.10.2011

Piotr Rachtan (kontrateksty.pl)

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

2 komentarze

  1. ddr 2011-10-06
  2. Magog 2011-10-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com