Wojciech Puchalski: Do red. Bratkowskiego, w sprawie nie tylko wody

Print Friendly, PDF & Email

2013-01-29.

Wielce Szanowny Panie Redaktorze,

Pozwoli Pan, że jako motto zadedykuję fragment równolegle opublikowanego w SO tekstu Ryszarda Kapuścińskiego:

„elementem charakteryzującym ten zawód [dziennikarza] jest ciągłe dokształcanie. […] dokształcanie i nieprzerwane studia to jego conditio sine qua non. Nasz zawód opiera się na badaniu i opisywaniu współczesnego świata, który jest w ciągłym, głębokim, dynamicznym i rewolucyjnym procesie zmian. Dzień po dniu musimy obserwować i przewidywać, co może się wydarzyć. Dokształcać się i nie przestawać uczyć.”

Podzielam Pana głęboką troskę o stan zasobów i środowiska wodnego (Stefan Bratkowski: O wodę, zamiast bredni). Jednak proponowane przez Pana rozwiązania, z wyjątkiem zalesiania (ale mądrego!) górnych obszarów zlewni, nie znajdują pokrycia we współczesnym stanie wiedzy naukowej. Brzmią one, niestety, jak powoływanie się na autorytet Henryka Sienkiewicza we współczesnym dyskursie o społeczeństwach afrykańskich i naszych relacjach z nimi. Pomysły te są porównywalne z XIX-wieczną lokalizacją dużego ośrodka przemysłowego w Łodzi: przypomnę, że miejsce to doskonale spełniało kryteria wyboru – było tam dużo czystych rzek o stabilnym i znacznym, acz niezbyt rwącym, przepływie. Nie rozważano, tak jak tutaj, przyszłych konsekwencji, że rzeki te po prostu kiedyś znikną w wyniku rozbudowy miasta. Proponowane tu rozwiązania posłużą – tak jak to już Reymont opisywał – do zbicia większych lub mniejszych fortun przez „właściwych” ludzi, bez oglądania się na przyszłe konsekwencje.

Od czasów bardzo zasłużonej dla ochrony przyrody Pani Profesor Leńkowej nauki o środowisku przyrodniczym przeżywają dynamiczny rozwój, z co najmniej kilkoma kopernikańskimi przewrotami po drodze. Ekologia stosowana (bez cudzysłowu) to akademicka, interdyscyplinarna nauka, badająca i wykorzystująca w praktyce wnioski z ilościowego rozpoznania i matematycznego modelowania nierozerwalnie powiązanych ze sobą procesów hydrologicznych, biologicznych, geochemicznych, z uwzględnieniem roli infrastruktury technicznej i procesów społecznych również. Całą rzekę, wraz z jej doliną, możemy traktować nawet jak złożony, żywy organizm na wysokim poziomie integracji.

Propozycję przywrócenia nauczania budownictwa wodnego w dawne ramy rozumiem jako nostalgię za czasami, gdy leczenie zębów było domeną wiejskiego kowala. Bądźmy więc konsekwentni: przenieśmy kształcenie stomatologów i chirurgów zajmujących się złamanymi kończynami na uczelnie techniczne – przecież ich praca to tylko technologia materiałowa i technika zamocowań. Może nawet powierzmy te role absolwentom dobrego technikum mechanicznego. Jakie oszczędności uzyskamy na kształceniu!

Zbiorniki zaporowe – małe czy duże – jedynie w bardzo ograniczonej, lokalnej skali mogą podnieść poziom wód gruntowych, ale też w żadnym wypadku nie poprawiając ich jakości. Nie przywrócą też właściwego poziomu wód w górnych częściach zlewni, tam, gdzie to najbardziej potrzebne. Zalesianie, odtwarzanie mokradeł i (również techniczne) hamowanie odpływu w tych obszarach to najbardziej wskazane działania. Jedynie Jańciowi Wodnikowi w filmie Kolskiego woda płynęła pod górę, a i on stracił tę umiejętność, gdy tylko zaczął mówić „proszę mnie nie pouczać”, czy jakoś tak.

Nie będzie tu o rybkach czy ptaszkach, te argumenty są dość dobrze znane. W małych i średnich rzekach Pomorza, czy Śląska, na znacznych odcinkach poniżej zapór nie może rozwijać się obecne tam, w naszej strefie geograficznej jedyne chronione prawem europejskim zbiorowisko roślin wodnych, które znacząco poprawia jakość wody i warunki życia ryb. Ale przede wszystkim nawet dziesięciokrotnie zmniejsza tempo erozji wgłębnej. Tak więc jego brak prowadzi do dalszego odwadniania obszaru, w całkowitym bilansie zlewni taki zbiornik zaporowy powoduje dalsze obniżanie poziomu wód gruntowych.

Zmiany klimatyczne (nie mylić z ocipleniem) i hydrologiczne prowadzą do tego, że brakuje dostatecznej ilości wody dla turbin małych elektrowni. Liczba zapór na rzekach Pomorza zaczęła z tego powodu zmniejszać się już w XIX wieku (z młynami, jeszcze nie elektrowniami); to nie jedynie wynik działań władz takich czy innych w ostatnich dziesięcioleciach. Zapotrzebowania na wodę dla elektrowni coraz częściej nie da się pogodzić z wymaganiem zachowania przepływu nienaruszalnego.

Jeszcze kilkanaście lat temu, na podstawie kompleksowych badań, przedstawiałem jedną z kaskad pomorskich zbiorników zaporowych jako sprawnie funkcjonujący, „zdrowy” system ekologiczny. Dziesięć lat później, poproszony o ekspertyzę przez lokalne władze – zaniepokojone pogarszaniem stanu środowiska i bankrutującymi z tego powodu ośrodkami wypoczynkowymi nad zbiornikiem – wykazałem, że sytuacja uległa diametralnej zmianie, jako rezultat zmian klimatu i zaprzestania użytkowania łąk w dolinie. Przywrócenie jakości wód jest technicznie możliwe, przynajmniej na czas jakiś, ale koszty niezbędnych działań są poza zasięgiem władz gminy, nawet biorąc pod uwagę możliwe dofinansowanie z dostępnych funduszy przeznaczonych na działania proekologiczne.

Właściciele elektrowni wodnych praktycznie nie ponoszą kosztów zachowania lub przywrócenia dobrego stanu ekologicznego. Gdyby wprowadzono prawo zobowiązujące ich do tego, większość elektrowni wodnych natychmiast zakończyłaby swoją działalność.

Gdy budowano port i miasto w Gdyni, elektrownia wodna Żur w Borach Tucholskich zapewniała wystarczającą ilość energii elektrycznej, obecnie jest ona małą elektrownią o znaczeniu lokalnym. Od tego czasu produkcja energii elektrycznej w skali kraju wzrosła 40-krotnie. Udział wszystkich elektrowni wodnych w aktualnej produkcji energii stanowi jedynie 1,8%. Nawet w tej puli wszystkie (prawie 600) mikroelektrownie mają udział jedynie 4,4%. Ich łączna moc, jak wskazuje dr Grzegorz Radtke, jest równoważna mocy 21 standardowych turbin wiatrowych.

Przepławki dla ryb są tylko w pewnym stopniu skuteczne dla niektórych gatunków migrujących w górę rzeki, pod warunkiem dostatecznej objętości przepływu. Większym jednak problemem okazuje się zapewnienie możliwości migracji w dół. W Szwecji, w kraju o najbardziej rygorystycznych regulacjach prawnych i najlepszych rozwiązaniach technicznych ułatwiających migrację ryb, rocznie 270 ton samego tylko węgorza jest mielone na kawałki przez turbiny elektrowni wodnych. W Polsce nikt takich wyliczeń jeszcze nie prowadził.

Gdy kilka lat temu, na podstawie własnych i innych dostępnych wyników badań naukowych, Profesor Roman Żurek przedstawił propozycję moratorium na budowę nowych zapór, odezwało się – a jakże – Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych. Ich list składał się głownie z inwektyw, i to takich, przed których użyciem jeszcze wzbraniają się nawet najbardziej zajadli politycy, oraz absurdalnej argumentacji, według której sama elektrownia we Włocławku miałaby rocznie prowadzić do oszczędności węgla równych dwuletniemu całkowitemu wydobyciu przez wszystkie polskie kopalnie.

Nic więc dziwnego, że Komisja Europejska w ramach programu LIFE+ dofinansowuje rozbieranie zapór na rzekach. W Danii do tego „interesu” dokładały się nawet przedsiębiorstwa energetyczne. Było to dla nich wygodne rozwiązanie, gdy wiedziały, że nie mają szans na przedłużenie aktualnego pozwolenia wodnoprawnego, co oznaczało, że i tak same na własny koszt musiałyby te zapory rozebrać.

To w takim razie może jeszcze duże rzeki pozostały… No to skaskadujmy dolną Wisłę. Rzeka, zamiast drenować wody podziemne, będzie je jeszcze zasilała. Tyle tylko, że to wody podziemne, dopływające do koryta rzecznego, są podstawowym źródłem krzemionki rozpuszczonej w wodzie. A po co nam ona? Bo te wody, gdy dopływają do Zatoki Gdańskiej, prowadzą w jej planktonie do przewagi konkurencyjnej wysokokalorycznych okrzemek (budujących krzemionkową ścianę komórkową), którymi żywią się skorupiaki, a te stanowią pokarm dla ryb. W przeciwnym wypadku, w warunkach wysokiej żyzności wód Zatoki, coraz częściej będą masowo rozwijać się w niej toksyczne sinice. Znikają ryby, a na brzegu odkłada się cuchnąca, niebieskozielona maź, uniemożliwiająca jakikolwiek wypoczynek nad morzem, a Sanepid zamyka plaże. Czy tego naprawdę chcą zwolennicy zabudowy hydrotechnicznej Wisły?

To, że ptaki czy bobry osiedlają się teraz nad zbiornikiem, nie znaczy, że pozostaną tam na zawsze, nie znaczy też, że negatywnych oddziaływań nie ma i nie będzie w większej skali przestrzennej czy czasowej. A na podstawie aktualnej wiedzy z całą pewnością nie zdecydowałbym się na zakup działki nad takim zbiornikiem, jeżeli miałaby być to inwestycja z myślą o młodszym pokoleniu. Tak samo jak domu w dolinie rzeki: może to niepopularne, do tego mało zrozumiałe, ale dolina rzeki jest systemem uzależnionym od zaburzeń, powodzi właśnie. Choć jej elementy ulegają zniszczeniu, to się następnie odnawiają. Taki absolutnie niezbędny cykl życiowy. W pewnym zakresie brak powodzi mógł być kompensowany przez regularne koszenie łąk – ale to też do czasu. A do tego różne prognozy zmian klimatu, jeżeli nawet różnią się w innych wnioskach, to zgodnie stwierdzają, że klimat stanie się mniej stabilny i przewidywalny, z bardziej częstymi wielkimi powodziami i okresami suszy. Przekonanie, że ochronimy doliny rzek przed powodziami, jest złudzeniem bez pokrycia. Pozostaje jednak do rozwiązania problem ochrony często dużych osiedli miejskich, już wybudowanych na terenach zalewowych.

To może choć transport wodny? Bardzo chętnie, choć musimy tu wziąć pod uwagę, że mimo dogodnej sieci hydrograficznej, uwarunkowane przez nasz klimat, pośredni między oceanicznym a kontynentalnym, objętości przepływów są kilkakrotnie niższe i bardziej zmienne sezonowo niż w odpowiadających naszym rzekom pod względem długości i powierzchni zlewni rzekom Europy zachodniej (i wschodniej też, ale już nie południowej Ukrainy). To właśnie warunki klimatyczne decydują o tych bardzo niskich, w porównaniu z innymi państwami, zasobach wodnych Polski (i dużo większe one nigdy nie będą). Dochodzi do tego rzadko tam występujące piaszczyste dno, z przesypującymi się łachami i mieliznami, utrudniającymi żeglugę. Trudno też liczyć na to, aby nowe projekty kanałów łączących zlewnie uzyskały pozytywną ocenę oddziaływania na środowisko według współczesnych kryteriów. No dobrze, ale w innych krajach… Tak, funkcjonowanie ekosystemu kanałów zależy również od ilości dostępnej wody. W skrajnie atlantyckim klimacie Irlandii i Wielkiej Brytanii niektóre nawet zostały włączone do sieci obszarów chronionych Natura 2000. U nas niestety, z niezależnych od nas przyczyn, nie możemy na to liczyć.

Zaryzykowałbym również tezę (choć tu mogę się mylić), że transport wodny jest niedostosowany do mentalności typowego polskiego przedsiębiorcy. Jesteśmy rewelacyjni w improwizacji, załatwianiu dostawy na przedwczoraj, natomiast długoterminowe planowanie i koordynacja działań takich jak logistyka przeładunków, nie są naszymi silnymi stronami. To zmienić mentalność? Taką ambicję miał system, którego powrotu jednak nie oczekuję.

Nie wspomniał Pan nic o aktualnym stanie zawieszenia i nieznanej przyszłości administracji zlewniowej – Zarządów Gospodarki Wodnej. Choć bardzo niedoskonałe, ich dalszy ewolucyjny rozwój mógł prowadzić do wypracowania metod zarządzania opartych na nowoczesnej wiedzy. A swoim artykułem wsparł Pan hydrotechniczny beton – część tego środowiska, która nie chce lub nie potrafi rozszerzyć swoich horyzontów, wyjść ze starych paradygmatów, choć wie, że długo już nie pociągną z takim podejściem, próbują więc właśnie dokonać ostatniego skoku na kasę. Kosztem nas wszystkich.

To właśnie chroniczne już zawieszenie instytucji gospodarki wodnej spowodowało, że słaby był oddźwięk Wodnego Okrągłego Stołu, którego kilka sesji odbyło się w 2011 roku w Ministerstwie Środowiska. Była to inicjatywa koordynowana przez Radosława Gawlika ze stowarzyszenia Eko-Unia, byłego wiceministra. Ale spotkania te były początkiem prac grupy ekspertów, można oczekiwać, że w tym roku z inicjatywy WWF zostanie wydanych kilka istotnych opracowań.

Artykuł Panów, jak również głosy pod nim w dyskusji, jeszcze bardziej uświadomiły mi bardzo zły stan wiedzy o problemach gospodarki wodnej i ochrony wód w naszym społeczeństwie. Organizacje proekologiczne nastawiają się na konfrontację prawną z działaniami hydrotechników, które ich zdaniem są sprzeczne z prawem unijnym lub krajowym. Komisja Europejska – słusznie – ostrzega Polskę przed konsekwencjami niedostosowania zarówno krajowego prawa, jak również praktyki gospodarki wodnej, do wymagań stawianych przez przyjęte dyrektywy unijne. Brakuje jednak zupełnie społecznego zrozumienia dla koniecznego nowego podejścia.

Temu celowi powinny służyć działania edukacyjne, jak również publicystyka. Jest to trudne, bo wymaga interdyscyplinarnego podejścia, gdzie wszystkie czynniki, działania i ich efekty, są nawzajem ze sobą połączone sprzężeniami zwrotnymi w różnych skalach przestrzennych i czasowych. Złożone dziedziny wiedzy, jak biogeochemia czy funkcjonalna ekologia krajobrazu, będące podstawą zrozumienia funkcji systemów rzecznych i zlewniowych, rzadko są przedmiotem nauczania na polskich uczelniach.

Hydrotechnika nadal będzie miała swoje bardzo istotne miejsce w zintegrowanej gospodarce wodnej i zlewniowej. Istnieje wreszcie potrzeba rozpoznania przez ekonomistów wspólnie z biologami problematyki funkcji (zwanych też usługami) ekosystemowych, tworzących wymierne efekty ekonomiczne. Bardzo ważne jest aktywne powiązanie społeczności lokalnych z rzekami, nad którymi żyją. W miastach rozwijają się inicjatywy Waterfront, których celem jest powtórne zbliżenie życia miasta do rzeki, zarówno na poziomie architektury, jak też akcji społecznych.

W tym roku mam nadzieję na przygotowanie wniosku na duży i interaktywny projekt edukacyjny, obejmujący tę problematykę, do dofinansowania przez Komisję Europejską. Widzę w nim dużą rolę dla dobrej publicystyki, docierającej też do innych środowisk opiniotwórczych. Serdecznie zapraszam do współpracy.

Wojciech Puchalski


Dr Wojciech Puchalski, doradca ekologiczny, ekspert Komisji Europejskiej. Hydrobiolog, biogeochemik, zajmuje się funkcjonalną ekologią krajobrazu, łącząc w niej komponent przyrodniczy i społeczny. Pracował w Instytucie Ekologii PAN, Uniwersytecie Łódzkim i Politechnice Koszalińskiej, brał udział w wielu projektach w Europie, Azji i Ameryce Południowej. Adres: wp1102@wp.pl

P.S.

Jeszcze kwestie językowe, które, jak zauważam to gdzie indziej, są dla Pana bardzo istotne. O ile mi wiadomo, nie ma na żadnej uczelni w Polsce kierunku studiów „inżynieria środowiska naturalnego”, jest natomiast inżynieria środowiska. W ogóle panoszące się w naszej publicystyce pojęcie „środowisko naturalne” jest bezsensowną kalką angielskiego „natural environment”, co oznacza „środowisko przyrodnicze” (a nie naturalne w znaczeniu pierwotne, czy dzikie, po angielsku pristine lub wild) i tak to powinno być tłumaczone. Z definicji oznacza ono uzupełniający w stosunku do środowiska społecznego (social environment) komponent krajobrazu.

W Polsce przyjęło się nazywać każdego miłośnika przyrody lub aktywistę organizacji działającej w zakresie ochrony przyrody lub środowiska mianem „ekologa”. Dlatego też zwykle nie przyznaję się tutaj, że jestem ekologiem, przedstawiam się jako biogeochemik. W Anglii taki określany jest jako „environmentalist”, w Niemczech – „Grüne”. Ekologiem jest natomiast absolwent studiów przyrodniczych o specjalności ekologia (czy biologia środowiskowa), czyli nauka o współzależnościach między organizmami żywymi a ich środowiskiem życia, który zawodowo pracuje w tej dziedzinie. Podobnie jak każdy amator – miłośnik ptaków od razu jest u nas nobilitowany do miana „ornitologa”. Natomiast dziedzina zajmująca się podstawami naukowymi ochrony przyrody, w Polsce nosi nazwę sozologii, wprowadzoną przez prof. Wodziczko; w terminologii angielskiej zwykle używa się miana „conservation science”.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.9/10 (18 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +19 (from 23 votes)
Wojciech Puchalski: Do red. Bratkowskiego, w sprawie nie tylko wody, 9.9 out of 10 based on 18 ratings

22 komentarze

  1. jmp eip 2013-01-29
    • Wojciech Puchalski 2013-01-30
  2. andrzej Pokonos 2013-01-29
    • Wojciech Puchalski 2013-01-30
      • andrzej Pokonos 2013-02-01
  3. bisnetus 2013-01-29
  4. kuba 2013-01-30
  5. opatGdynia 2013-01-30
    • Wojciech Puchalski 2013-01-30
  6. adam furtak 2013-01-31
  7. Wojciech Puchalski 2013-01-31
    • adam furtak 2013-02-01
      • Wojciech Puchalski 2013-02-03
  8. sroka 2013-01-31
    • Wojciech Puchalski 2013-01-31
  9. Grosicki 2013-02-01
    • Wojciech Puchalski 2013-02-01
  10. sroka 2013-02-01
    • Wojciech Puchalski 2013-02-01
  11. leb 2013-02-02
  12. sroka 2013-02-03
    • Wojciech Puchalski 2013-02-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com