Andrzej Lewandowski: Rządzenie via Facebook?

Print Friendly, PDF & Email

ECHA WYDARZEŃ: Nie będę oryginalny, ale powiem, że bardziej mi odpowiadał dr Adam Giersz, jako trener pingpongistów (czas Andrzeja Grubby, Leszka Kucharskiego i s-ki), niż jako minister sportu. W drugiej roli nie zauważyłem, by nasz sport wyczynowy w świecie awansował, zaś powszechny stał się… rzeczywiście powszechnym. Żeby wf w szkole wymiarem i jakością dorównało dawnej Szkole Rycerskiej i programowi Komisji Edukacji Narodowej i tak dalej. Wiem, łatwo nie jest, ale postępu trzeba się domagać. „Orliki” są mądre oraz fajne, propagandowo nośne, ale same z siebie sytuacji nie poprawią. Niech jednak nam rosną, pięknieją i żyją pełnią życia – a czytam, że czasem też przegrywają z szablonami biurokracji oraz wygody..

Pan minister błysnął mi (i premierowi) negatywnie, gdy podczas bydgoskiej burdy na pierwszym planie finału Pucharu Polski – osobistym wręczaniem trofeum niejako usankcjonował obraz. To było coś więcej niż „pies szczeka – karawana jedzie dalej”… Wprawdzie po przyganie minister przyznał, że zbłądził (a nawet po łacinie prawo do błądzenia przysługuje), ale słowo wrażenia nie wymaże.

Teraz p. Adam dał publicznie do zrozumienia, że dwa ostatnie sędziowsko-piłkarskie incydenty (decyzje wypaczające wyniki meczów), to może być coś więcej niż mizeria środowiska futbolowego. Że może to wpływ działań związanych z bukmacherstwem, zakładami. Czyli – dużo jeszcze gorzej niż za maleńka kompetencja zawodowa. Ba, nawet więcej niż zimny kant i przekupstwo.

Nie mam nic przeciw temu, że minister, powziąwszy takie podejrzenie – zwrócił się do UEFA (federacja ma możliwości kontrolne), a PZPN skierował pytanie w sprawie drugiego meczu. Bardzo mądrze i słusznie – jest podejrzenie, trzeba wziąć byka za rogi... Tylko przy metodzie postawię pytajnik…

Wklejam: „UEFA  odpowiedziała, że „wstępna ocena nie wykazała żadnych nieprawidłowości”. Czyli – z tego jakby wynikało, że  to sędziów mamy do luftu (pewnie, dlatego brak ich w wielkich imprezach) a w każdym razie nie dorównują normie sportu zawodowego. W którym grywa się nie o samą sławę, lecz też o duże pieniądze… Nawiasem: obaj sędziowie przyznali się do klopsów, co oczywiście obrazu ani wyników nie zmienia; najwyżej zmniejsza karę dyscyplinarną…

Jeśli reakcja jak trzeba, to, czemu się czepiam ministra? Bo do problemu wziął się… nie jak ważna persona administracji państwa. Przez Facebooka. W nim podzielił się wiedzą, refleksją oraz podejrzeniem… Jestem na tyle nowoczesny, że osobiście bloguję i via Internet różne swoje sprawy załatwiam, ale też na tyle tradycyjny, że uważam, iż WŁADZA nie administruje tą drogą. Przynajmniej – po pierwsze nie przez Facebooka i podobne media elektroniczne…


Drugie mało oryginalne wyznanie. Zdecydowanie wolałem posła-elekta Jana Tomaszewskiego jako człowieka strzegącego bramki, niż filozofa i recenzenta sportu. Także – człowieka mojego zawodu, bo się chętnie daje komentatorem mianować. Nie mam nic przeciw prawu głoszenia treści wielu tez; nawet jeśli są szokujące. Jest prawo do publicznej wypowiedzi, jest prawo do polemiki; także do działań prawnych, jeśli norma okaże się przekroczona. Jeśli  coś wyraźnie mam za złe, to formę panajankowych wynurzeń i połajanek. Mistrzowi dawnej bramki jakby wydaje się, że werbalne obrażanie innych, rozwiąże sygnalizowany problem. I tak to słowa mogą trafić na wokandę, a obraz zostać po staremu.

Czytam właśnie, że piłkarz Damien Perquis – dziś w drużynie Smudy – ma pozwać „recenzenta” za obrazę i naruszenie dóbr osobistych. Czy z własnego pomysłu, czy z podpowiedzi – mało ważne. Wklejam z sieci: „Tomaszewski w czasie wiecu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości w Toruniu powiedział, że brzydzi się Perquisem, „który gra w koszulce z Orłem, koszulce, w której my, prawdziwi Polacy, zdobywaliśmy medale dla Polski”. Oczywiście – skojarzenia z „prawdziwymi Polakami” mogą wymagać oddzielnego rozwinięcia – z pytaniami o Jagiełłę, Batorego, itp. (autor komentarza w sieci bierze się za detale personaliów historycznych), ale tu chodzi o konkret współczesny. „Śmieć francuski, taki śmieć futbolowy, który u siebie się nie załapał”. Fakt, piłkarz urodził się we Francji, polskość wywiódł ponoć od babci urodzonej w Polsce, a pragnienie pójścia śladem Józefy Bierły (babci) miało wywołać starania o paszport. Nie rozwijam innych wątków – piłkarskich, które są pewnie w tle, ale żeby kogoś nazwać publicznie „śmieciem”, nawet interpretując to wyłącznie, jako ocenę futbolisty – toż wstydu trzeba nie mieć. Gdybym ja dokonywał „zbliżenia problemu”, to by raczej pytał, czy poza związkami formalnymi idzie znajomość języka, który ma się stać ojczystym, obyczaju między Wisłą a Odrą itp., Mam wciąż w pamięci koleżanki i kolegów z uniwerku. Potomków emigracji do Francji; często tam urodzonych, wychowanych, a jednak ciągnących ku korzeniom… Co, Panie Janie, wtedy też dlatego, że tam się nie załapali…?

Andrzej Lewandowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Jedna odpowiedź

  1. K.J. Konsztowicz 2011-10-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com