Irena Dryll: Pod paragrafem

Print Friendly, PDF & Email

bankrut2013-02-28.

Skąd bierze się złośliwa i gorzka opinia, że upadłość to najbardziej atrakcyjna forma finalizacji biznesu? Zapewne stąd, że to problem niejednokrotnie związany z dużym zakresem szarej strefy i działań niezgodnych z prawem.

– Mamy tu zjawisko upadłości reżyserowanych, czyli celowo wywoływanych po to, aby przejąć majątek. Mamy zjawisko hieny upadłościowej, czyli tych, którzy na tym trupie się żywią i to dobrze żywią – mówiła prof. Elżbieta Mączyńska, autorytet w kwestii upadłości i bankructw, na konferencji w PTE w Warszawie. Jej zdaniem, żadne statystyki, a już z pewnością nie polskie, wciąż bardzo fragmentaryczne i niedoskonałe, nie dają pełnego obrazu. Bankructwa to problem nader mgliście i niedostatecznie rozpoznany. Informacje o liczbie upadłych przedsiębiorstw serwują głównie wywiadownie gospodarcze, GUS nie rozpieszcza zainteresowanych, w rocznikach wciąż brak jest wielu podstawowych danych.

– W przypadku upadłości aż strach posługiwać się liczbami, bo są one bardzo mylące – ocenia pani profesor. Problem upadłości ma bowiem wymiar ilościowy, ale także społeczny i ludzki. Często chodzi nie tylko o poważny majątek, ale – co ważniejsze – o daleko idące lokalne i ogólnokrajowe (w tym budżetowe – zasiłki, odszkodowania, gwarancje itp.) konsekwencje i następstwa społeczne i ekonomiczne, o często dramatyczne losy załóg bankrutujących przedsiębiorstw, a także ich wierzycieli. Wystarczy przypomnieć trwające do dziś fatalne reperkusje odgórnej likwidacji PGR-ów czy sławnych kolosów – radomskiego Łucznika, który bezskutecznie i krwawo (doszło do zamieszek i strzałów) walczył na ulicach Warszawy o przetrwanie, poznańskiego Cegielskiego, Ursusa, ożarowskich Kabli, hut, kopalni, przędzalni, warszawskiego FSO czy stoczni – Gdańskiej, Gdyńskiej, Szczecińskiej, a ostatnio Marynarki Wojennej, spośród których dźwignęła się tylko „kolebka”.

Co się liczy i nie liczy

Upadłości przedsiębiorstw to jedna z nieodłącznych cech gospodarki rynkowej, a – jak to ktoś powiedział – kapitalizm, w którym nie zdarzają się bankructwa, jest jak chrześcijaństwo bez piekła. Ale czy wszystkie bankructwa, włącznie z oszukańczymi i ideologicznymi, są nieuchronne? „Za” PGR-y część ludzi władzy z okresu ich wymuszonego upadku do dziś bije się w piersi. Zwłaszcza po cichu.

Umiemy policzyć zależność między liczbą i dynamiką upadłości a fazami cyklu koniunkturalnego. Mówił o tym przekonująco prof. Roman Sobiecki, dziekan Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie SGH (KNoP SGH). Lata 2001–2002, w których odnotowano największą liczbę upadłości przedsiębiorstw (1674 i 1863) były zarazem okresem bardzo niskiego wzrostu PKB, tylko nieznacznie przekraczającego 1% w skali roku. Natomiast w latach największego spadku – w 2007 (447 przedsiębiorstw) i 2008 (424), wzrost PKB oscylował wokół 6–7%. Liczba bankructw wzrosła wyraźnie w kryzysowym, 2009 r. (695), nieco spadła w 2010 (684) i pnie się w górę w miarę pogarszania koniunktury – w 2011 „padło” 718 firm. W 2012 roku – jak podaje KUKE (Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych) – 877, według Euler Hermes (ubezpieczenia należności przedsiębiorstw) zbankrutowało 941 przedsiębiorstw. Obie firmy korzystają z danych sądów gospodarczych, ale przyjmują nieco inne kryteria. Natomiast ich prognozy na ten rok są identyczne: upadnie ponad 1300 firm, tj. o ok. 45–50% więcej niż w minionym roku.

Jeśli odnieść się do liczby firm zarejestrowanych (w ub.r. ok. 3,9 mln, w tym ok. 300 tys. zawiesiło działalność), to okaże się, że upadli to mniej niż promil. Częściej niż co piąty ubiegłoroczny bankrut (22%) to firmy jednoosobowe. Statystycznie uchwytny obraz wskazuje więc, że właściwie nie ma problemu, pada garstka, reszta kwitnie. Byłoby dobrze, gdyby tak faktycznie było. Rzecz w tym (a pisaliśmy o tym już wcześniej), że kończenie działalności biznesowej  w ramach sądowej procedury upadłościowej odbywa się sporadycznie. Większość faktycznie upadłych znika z obrotu gospodarczego bez sądowego śladu. Ilu i w jaki sposób? Według szacunków, ok. 18% podnosi się z porażki i zakłada nową firmę. Legalnie czy w szarej strefie? Kim są ci, którzy skorzystali z „drugiej” czy „nowej” szansy?

Tego, i nie tylko tego, nie umiemy policzyć. Sądowi bankruci wskazują jedynie trend. Wiadomo na przykład, że na budowie autostrad i stadionów „wyłożyło się” w zeszłym roku ponad 200 firm budowlanych, pracę straciło kilkanaście (bądź więcej) tysięcy osób, a może stracić kilkadziesiąt  tysięcy spośród 450 tys. pracujących w tej branży. Ale nie wiadomo, czy wszystkie te upadłości, włącznie z upadkiem kolosa – PBG, co zatrzęsło branżą, to faktyczne czy wyreżyserowane bankructwo.

Podobne, jak wobec branży budowlanej, pytania padły i padają wobec innych bankrutów, w tym biur turystycznych, tu także odnotowano w ub.r. wysoki poziom upadłości. Prawo upadłościowe w obecnym kształcie nie gwarantuje ani przejrzystości, ani skuteczności procedur, nie spełnia prawidłowo roli katharsis, oczyszczenia rynku z jednostek trwale niewypłacalnych. Umiera przedsiębiorstwo, bardzo często nie wiadomo dlaczego. Jak przekonywała prof. Mączyńska, nie ma czegoś takiego jak sekcja zwłok przedsiębiorstwa.

Tę lukę starają się wypełnić naukowcy skupieni wokół KNoP SGH. Badania nad upadłością prezentowane w kolejnych publikacjach prowadzone są tam od 2004 r. i stały się przysłowiowym flagowym okrętem działalności KNoP. – Mam nadzieję, że te nasze badania przyniosą jakieś efekty przekładające się na praktykę. Nie jest to profesorski głos wołającego (a raczej wołającej) na puszczy. Przedstawione na konferencji wyniki najnowszych badań na temat skuteczności i efektywności postępowań upadłościowych i naprawczych,  a także badań wcześniejszych zostały (w pewnym stopniu) skonsumowane przy opracowywaniu dwóch ważnych dokumentów rządowych: rekomendacji dotyczących reformy prawa upadłościowego i projektu polityki nowej szansy, o których będzie niżej mowa.

Zaklinamy rzeczywistość w paragrafy

Badania postępowań upadłościowych dr Sylwii Morawskiej z SGH to wielka katorżnicza robota – zbadano 1200 przypadków upadłości z różnych lat.

– Już samo dojście do tych dokumentów to nie lada wyczyn – ocenia pani profesor. Obecnie obowiązująca ustawa „Prawo upadłościowe i naprawcze” z października 2003 r., czyli nasze „prawo w księgach”, wzorowane jest na aktach prawnych dotyczących tej sfery życia, wydanych w 1934 r. Zdaniem dr Morawskiej (prokuratora z zawodu) i Anny Czaprackiej, sędzi poznańskiego sądu, współuczestniczki badań, archaiczność filozofii prawa upadłościowego sprzed prawie 80 lat nie przystaje do obecnych czasów, gospodarki i poziomu ryzyka gospodarczego. Kryzys finansowy wyraźnie obnażył niedostosowanie prawa upadłościowego do dynamiki zmian ekonomicznych.

W badanym okresie 2004–2010 r. zniknęło z obrotu gospodarczego ponad 1,6 mln przedsiębiorstw, z czego zaledwie 28 tys. złożyło wniosek o postępowanie upadłościowe. Nawiasem mówiąc, upadłość sądowa – według danych KE – dotyczy w krajach UE średnio 15% zamykanych firm, czyli u nas powinno wpłynąć nie 28 tys. wniosków, a ok. ćwierć miliona. Mało tego, większość (prawie 13 tys. wniosków) zostało zwróconych bądź oddalonych (ponad 6 tys.).

W latach 2004–2010, tj. w ciągu siedmiu lat, sądy ogłosiły około 4 tys. upadłości likwidacyjnych i 901 układowych. Albo więc przedsiębiorcy nie są w stanie wypełnić wniosku, albo pokryć – często wysokich – kosztów postępowania.

Analizy 1200 postępowań upadłościowych dotyczyły spółek kapitałowych, badano także świadomość prawną ich menedżerów i funkcjonowanie sankcji za nieprzestrzeganie prawa upadłościowego. – Wyniki są porażające – ocenia dr Morawska. Sankcje są równie ostre, co nieskuteczne, prawo „sanacyjne” praktycznie nie działa (rzec można pozostaje „w księgach”). Przedsiębiorcy z reguły nie znają przepisów prawa upadłościowego, boją się sądów, uważają, że sądy i sędziowie uśmiercają przedsiębiorców, mimo że są szanse ekonomiczne dla przetrwania danej firmy, nie mają także zaufania do sądu (zapewne podobnie jak do innych instytucji publicznych). Dodajmy do tego, że dane statystyczne, którymi dysponuje Ministerstwo Sprawiedliwości, nie pozwalają na prowadzenie jakiejkolwiek polityki gospodarczej związanej z upadłościami. Przede wszystkim, dlatego że nie wiadomo, jacy przedsiębiorcy – mikro, mali czy średni – upadają, nie wiadomo też, jakie sektory czy branże, nie ma tu twardych danych, są wyrywkowe ankiety. Brak też wskaźników wewnątrz systemu sądowniczego, które pozwalałyby na ocenę poziomu skuteczności prawa upadłościowego. Z omawianych badań wynika, że nie jest on satysfakcjonujący ani dla bankrutujących przedsiębiorców, ani dla wierzycieli, a zwłaszcza dla załogi, która z reguły idzie „za bramę”.

Wierzyciele odzyskują zaledwie 17,5% należności, mniej więcej 40% masy upadłościowej (majątku) pożerają koszty postępowania, rozumiane jako koszty likwidacji masy upadłościowej i koszty jej funkcjonowania, co pociąga za sobą określone wydatki, np. w formie podatków od nieruchomości itp. Postępowanie upadłościowe średnio trwa dwa lata (ale zdarzało się, że osiem, a nawet dziesięć – dwanaście). Środki produkcji są w tym czasie zamrożone, co uniemożliwia ich alokację. Nie ma też żadnego systemowego mechanizmu wsparcia dla zwalnianych. Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych wspiera krótko, to źródło szybko wysycha, a odprawy – nawet jeśli pracodawcę na nie stać – też szybko na ogół się kończą. „Upadli bezrobotni” szukają pomocy „w pomocy” – ośrodku pomocy społecznej i Urzędzie Pracy, a pracy dziś – na lekarstwo, do zasiłku nie każdy ma prawo.

Przedstawiciele BS, z którymi obie badaczki rozmawiały, byli zdumieni i zaskoczeni rezultatami polskich badań. Uznali, że ocena i weryfikacja ich metodologii jest niesłychanie cenna i zmienili metody swoich badań. Badania SGH były oparte na schemacie badawczym Banku Światowego, bank badał te same parametry, ale badał inaczej. – My badaliśmy na podstawie twardych dowodów, czyli tego, co było w aktach, natomiast badania banku są sondażem opinii przedsiębiorców. Okazuje się, że to, co tu mówili, jest korzystniejsze dla obrazu polskiego sądownictwa niż te właśnie twarde dane, twarde dowody i twarde badania – mówią ich autorki.

Badania potwierdzają, niestety, dość powszechną w środowisku biznesu opinię, że mamy w Polsce gorsze regulacje prawne i stwarzamy gorsze warunki prowadzenia działalności gospodarczej niż w innych europejskich krajach czy np. w USA. Na polskim rynku działają głównie mikroprzedsiębiorcy bez kapitału, a podstawy ogłoszenia upadłości ściągnięte są z Niemiec, gdzie jest grubsza „kasa” przedsiębiorcy, lepsze warunki gospodarowania dla małych firm i inna kultura prawna. Zdaniem pani prokurator i sędzi, tworzymy instytucje prawne pod nieistniejącego przedsiębiorcę, zaklinamy rzeczywistość w paragrafy.

Ratować a nie likwidować

Wymowny przykład owego zaklinania to tzw. niewypłacalność. Właśnie ona jest podstawą ogłoszenia upadłości przedsiębiorcy i jego firmy. Wystarczy mieć dwie nieuregulowane faktury za 1000 zł albo i mniej – nie ma tu limitu, i trzyosobowy skład sądu w majestacie prawa orzeknie o upadłości polskiego przedsiębiorcy. Jeśli jest to osoba prawna albo rzecz dotyczy spółki jawnej, komandytowej, sąd ogłasza upadłość wówczas, gdy zobowiązania przekroczą wartość majątku przedsiębiorcy (często jest to mikromajątek). Symboliczny wręcz przykład „dwóch faktur” najlepiej świadczy o pilnej potrzebie reformy prawa upadłościowego.

– Mamy tu do czynienia ze stricte prawnym spojrzeniem na niewypłacalność danego przedsiębiorcy. Widać tu zderzenie dwóch światów – ekonomii i prawa – komentował tę upadłościową procedurę sędzia Janusz Płoch z Krakowa, przewodniczący Zespołu Ministerstwa Sprawiedliwości ds. Nowelizacji Prawa Upadłościowego i Naprawczego.

Zespół „upadłościowy” złożony w większości z prawników, ale i ekonomistów (prof. Mączyńska) przygotował obszerne rekomendacje (prawie 400 stron). Nowe prawo – w założeniu – ma ratować firmy, a nie prowadzić do ich likwidacji. W obecnym restrykcyjnym modelu prawa upadłościowego, nastawionym na ochronę wierzycieli, dominują właśnie upadłościowe aspekty, naprawcze są zdecydowanie marginalizowane. Upadłość likwidacyjna, która nie stwarza szansy na odrodzenie firmy, stanowi ok. 85% ogółu postępowań upadłościowych, układowa, która daje taką nadzieję – 14%, a udział postępowań naprawczych to mniej niż 1%. W myśl ustawy sprzed dziesięciu lat właśnie ona miała być ważna i ratować przedsiębiorców. Ale, jak mówiono w kuluarach, ten ustawowy wątek dopisano „na kolanie”, w UE pojawił się pomysł „drugiej szansy”, czyli wspomagania upadłych, ale zainteresowanych ponownie biznesem, a ówczesny wicepremier od gospodarki, prof. Kołodko, ze swoją lewicowo-liberalną wrażliwością chciał dobrze dla małego biznesu. A wyszło – jak zawsze.

W nowym prawie upadłościowym, tj. po nowelizacji ustawy z 2003 r., właśnie ta procedura, sądząc z rekomendacji zespołu, ma zyskać prawo pierwszeństwa. Wejście w postępowanie naprawcze uchroni – pod pewnymi warunkami – firmę przed wierzycielami, umożliwi odstąpienie od niekorzystnych umów, wstrzyma egzekucje komornicze itp. itd. Uproszczona ma być także procedura upadłościowa, a w ramach procedury układowej będzie możliwość wynegocjowania układu z wierzycielami bez udziału sądu, który ma go jedynie zatwierdzić.

Połączenie dwóch światów, ekonomii i prawa, to wielkie wyzwanie dla obu środowisk. Z badań SGH i dyskusji w PTE wynika, że model instytucji upadłości oparty wyłącznie na prawie właściwie się przeżył, bo się nie sprawdził. Na sędzim „od upadłości” ciąży podejmowanie decyzji w istocie ekonomicznych. Trafnie ujęła to sędzia Czapracka, mówiąc, że wybór metody zamykania działalności gospodarczej czy jej kontynuacji jest wyborem ekonomicznym i zarazem społecznym. – Czy wobec tego sądy upadłościowe są sądami gospodarczymi, wpisują się w politykę gospodarczą i mają na tyle elastyczne przepisy, że widząc, iż pada cała branża, cały sektor, cały region, mają możliwość działania i są w stanie w swoich decyzjach to uwzględniać? Otóż, zdaniem dr Morawskiej – nie. – Sądy upadłościowe w Polsce są sądami egzekucyjnymi i tak została skonstruowana ich odpowiedzialność.

Sprawnie funkcjonujące systemy prawne ewoluują w kierunku odformalizowania postępowań w sprawach drobnych, ograniczenia roli sądu i nacisku na uruchamianie na wczesnym etapie kryzysu finansowego negocjacji z wierzycielami. – Odchodzi się od maksymalizowania interesu wierzycieli kosztem interesu przedsiębiorstw, które utraciły zdolność do realizowania swoich zobowiązań, uznając, że przed podjęciem decyzji o likwidacji działalności gospodarczej i sprzedaży przedsiębiorstwa w całości lub poszczególnych składników jego majątku warto rozważyć wariant wsparcia zadłużonego przedsiębiorcy – wyjaśniała sędzia Czapracka.

Problem, skąd na to wziąć „kasę” to temat na osobne opowiadanie. Wizja nowego prawa upadłościowego i zapowiedź polityki nowej szansy stwarzają pewne nadzieje. Choć, jak to ujęła prof. Mączyńska, praktyka nader często dowodzi, że jeśli w biznesie wpadnie się „w dół”, to pozostaje tylko dzwonić do grabarza.

Irena Dryll

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 3 votes)
Irena Dryll: Pod paragrafem, 10.0 out of 10 based on 3 ratings

3 komentarze

  1. Incitatus 2013-03-02
    • rosomak 2013-03-04
      • rosomak 2013-03-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com