Smoleńsk: Czego nie chcieli w „wSieci”

smolensk2013-03-21.

List – artykuł poniższy dotyczący katastrofy smoleńskiej Antoni Miklaszewski wysłał do Jacka Karnowskiego na początku stycznia. Do dziś – jest 21 marca – nie otrzymał odpowiedzi, ani materiał nie został opublikowany. Postanowiliśmy go udostępnić razem z portalem „Kontrateksty„, bowiem – choć są w nim znane już i wielokrotnie podejmowane opinie –  zawiera też nowe spojrzenie na kwestię organizacji wyprawy Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska. [PR]

 

Pan Jacek Karnowski, Redaktor Naczelny tygodnika „w Sieci”

Szanowny Panie Redaktorze,

już artykuł pana Michała Karnowskiego w 4 numerze Państwa tygodnika, o ewentualnych kłopotach rzecznika rządu ds. katastrofy smoleńskiej, o mało nie sprowokował mnie do zajęcia stanowiska, ale ostateczną decyzję podjąłem po przeczytaniu w następnym, pierwszym tegorocznym numerze wywiadu obu panów Karnowskich z panem Jackiem Sasinem, byłym zastępcą szefa Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Obecnie jestem emerytowanym urzędnikiem państwowym, ale sprawą organizacji wyjazdów zagranicznych zajmowałem się przez znaczną część mojej kariery zawodowej. Byłem Zastępcą Dyrektora Departamentu Współpracy z Zagranicą w byłym Ministerstwie Przemysłu i Handlu aż do jego rozwiązania 31 grudnia 1996 r. Po rozwiązaniu Ministerstwa byłem pracownikiem Ministerstwa Gospodarki, ale większość czasu spędziłem na placówkach zagranicznych, gdzie również miałem do czynienia z organizacją wizyt zagranicznych przedstawicieli polskiej administracji.

Niestety dyskusja na temat katastrofy smoleńskiej ma niemal od początku charakter polityczny (taka była też na łamach „Uważam Rze” i obecnie na łamach pańskiego pisma) i nie analizuje dokładnie rzeczywistych przyczyn katastrofy. Moje poniższe uwagi oparte są na moim doświadczeniu zawodowym i zawierają również pewne sugestie, co należy robić, by podobne wypadki nie miały miejsca w przyszłości.

W mojej ocenie były dwie zasadnicze przyczyny katastrofy, z których jedna, bardzo ważna, miała charakter pośredni, a druga bezpośredni. Bez starannej analizy tych dwóch spraw i wyciągnięcia z nich wniosków, wszelkie inne rozważania na temat przyczyn katastrofy nie mają większego sensu – są głównie rozgrywką polityczną. Te dwie przyczyny, to:

1 Organizacja wyjazdu:

Z dostępnych informacji, w tym także z wywiadu pana Jacka Sasina, można wyciągnąć wniosek, że program wizyty Prezydenta był przygotowywany w zupełnym oderwaniu od analizy warunków atmosferycznych w Smoleńsku oraz wyposażenia tego lotniska. Należy zatem wyjaśnić, kto w Kancelarii Prezydenta przygotowywał, a kto ostatecznie zatwierdzał program pobytu Prezydenta Kaczyńskiego i dlaczego wizyta ta była zaplanowana tak wcześnie rano. Przecież o tej porze roku komunikaty o „porannych zamgleniach” pojawiały się w prognozach meteorologicznych bardzo często (pamiętam, jak ostrzegał przed nimi „Pan Wicherek”, czyli red. Czesław Nowicki) i nie jest to zjawisko specyficznie polskie. Warto zwrócić uwagę, że Premier Putin zaprosił Premiera Tuska do Smoleńska na godz. 14.00 i jestem przekonany, że nie wynikało to tylko „z kalendarza”, ale przede wszystkim z faktu, iż służby Premiera Putina nie zgodziłyby się na lądowanie jego samolotu o tej porze roku i na tak wyposażonym lotnisku przed południem. Przecież gdyby uroczystości katyńskie były 2 godziny później, to prawdopodobnie nie byłoby żadnych problemów z bezpiecznym lądowaniem. W tej sprawie, tj. procesu przygotowywania programu wizyty, powinni wypowiedzieć się byli wyżsi urzędnicy Kancelarii Prezydenta, a zwłaszcza pan Jacek Sasin, który był zastępcą Szefa Kancelarii i powinien mieć wiedzę w sprawach organizacyjnych. Był też podobno rozpatrywany wariant podróży koleją, co ze strony Prezydenta Kaczyńskiego byłoby wspaniałym gestem wobec Rodzin Katyńskich, ale niestety nie został przyjęty. Jedno jest dla mnie pewne. Decyzja o akceptacji dokładnego, godzinowego programu wizyty Prezydenta w Katyniu musiała zapaść w Kancelarii Prezydenta. Gdyby taki harmonogram narzuciła strona rosyjska lub Kancelaria Premiera, np. w związku z planami wykorzystania samolotu, to na pewno fakty takie zostałyby już dawno ujawnione.

Fakt, że Prokuratura pominęła ten wątek w umorzonym śledztwie na temat niedopełnienia obowiązków służbowych przez pracowników obu Kancelarii nie dziwi i nie jest moim zdaniem usprawiedliwieniem dla byłych pracowników Kancelarii. Niedopełnieniem obowiązków byłoby naruszenie procedury przygotowania wizyty, o ile byłyby w niej zawarte sprawy warunków atmosferycznych oraz wyposażenia lotniska.. Niestety jak dotąd nic nie wskazuje, by taka procedura była opracowana i stosowana w Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego. Winić za to można zmarłego w katastrofie szefa Kancelarii pana Władysława Stasiaka, jego zastępcę pana Jacka Sasina, poprzedniego szefa kancelarii pana Andrzeja Urbańskiego, a także sekretarza stanu w Kancelarii, pana Macieja Łopińskiego, który nadzorował Zespół Obsługi Organizacyjnej Prezydenta, do którego obowiązków, zgodnie ze statutem kancelarii, należało m.in., „obsługa wizyt oficjalnych i nieoficjalnych składanych przez Prezydenta za granicą, a w szczególności ustalanie i załatwianie spraw organizacyjno  -logistycznych”.

W mojej praktyce zawodowej rozeznanie w sprawie warunków atmosferycznych było nieodzownym elementem przygotowywania wizyty ministra i jego zastępców, poczynając od tak prozaicznych spraw, jak się ubrać, do analizy możliwych opóźnień lotów, mogących zakłócić przebieg wizyty. Nieuwzględnienie zagrożenia ze strony warunków atmosferycznych na lotnisku w Smoleńsku to moim zdaniem praprzyczyna tej katastrofy.

Wyjaśnienia pana Jacka Sasina w wywiadzie, w pierwszym, tegorocznym numerze państwa tygodnika, wyglądają mało poważnie i bardziej przypominają mi zeznania kilkunastoletniego uczniaka, który coś zbroił i za wszelką cenę stara się winą obarczyć innych, a nie dorosłego mężczyzny, odpowiedzialnego wysokiego urzędnika kancelarii Prezydenta. Pan Sasin stwierdza, że nie mogli ufać rządowi, służbom dyplomatycznym czy BOR, ale nic nie mówi, jakie w związku z tym szczególne kroki podjęli dla zapewnienia bezpieczeństwa Prezydenta, z wyjątkiem zapobieżenia takim szczeniackim dowcipom, jak wyłączanie mikrofonu czy zawalenie się sceny, które wprawdzie mogły zakłócić wizytę, ale nie zagrażały życiu Prezydenta Kaczyńskiego. Żałosne też jest jego stwierdzenie, że informacja o tym, że lotnisko Siewiernyj „jest od dłuższego czasu nieczynne” dotarła już po katastrofie. Przecież na tego typu informacje się nie czeka, tylko ich się żąda jeszcze na etapie organizacji wizyty. Warto podkreślić, że ludzie organizujący wizytę w kancelarii Prezydenta mieli znakomitą okazje, żeby zrobić pełne rozeznanie w tej sprawie. Trzy dni wcześniej miała tam miejsce wizyta Premiera Tuska, realizowana tym samym samolotem. Urzędnicy kancelarii, w tym także pan Jacek Sasin, mogli zwrócić się z wnioskiem do Dowódcy Sił Powietrznych, gen. Andrzeja Błasika o zrobienie pełnego rozeznania w tej sprawie. Wtedy był jeszcze czas i na zmianę pory dnia, czy też na podjęcie decyzji w sprawie podróży Prezydenta Kaczyńskiego pociągiem, razem z Rodzinami Katyńskimi.

Szanowny Panie Redaktorze,

Dla mnie wnioski wynikające z tej tragedii na przyszłość są oczywiste. Dla wyjazdów ważnych osób w państwie powinna być opracowana szczegółowa procedura, z podziałem na część „merytoryczną” i logistykę, która pod żadnym pozorem nie powinna lekceważona. Nie wiem, czy obecnie obie kancelarie takie procedury mają, ale ja, kiedy wyjazdami ministrów zajmowałem się zawodowo, nie wyobrażałem sobie pracy bez szczegółowego przygotowania swego rodzaju „checklist”, ze szczegółowym wykazem rzeczy do zrobienia, podziałem zadań do wykonania przez poszczególnych pracowników oraz kontroli ich wykonania.

2. Postępowanie załogi samolotu – ewentualne naciski!?

W tej sprawie ostateczną odpowiedź zabrali ze sobą do grobów uczestnicy tego lotu. Mózgi ludzkie to nie twarde dyski i nie uda się z nich odczytać procesu myślenia i podejmowania decyzji. Jednak pewne fakty są niepodważalne. Załoga samolotu świadomie zeszła poniżej tzw. „wysokości decyzji”, którą kontrolerzy rosyjscy określili na 100 m nad poziomem lotniska, a wg polskich przepisów było to nawet 120 m. Zgodnie z procedurami samolot powinien na tej wysokości przelecieć nad lotniskiem i jeśli załoga nie będzie widziała pasa, to powinna albo krążyć w oczekiwaniu na poprawę pogody, albo odlecieć na lotnisko zapasowe. W niektórych komentarzach na obronę załogi przytacza się fakt, że kapitan powiedział „odchodzimy” na wysokości decyzji, tj. 100 m. Tymczasem wg zapisu z czarnych skrzynek było to na wysokości 92 m nad ziemią i tylko 39 m nad poziomem pasa. Jednocześnie faktyczne działania załogi nastąpiły kilka sekund później, gdy samolot był jeszcze niżej. Tymczasem gdyby załoga rzeczywiście respektowała zalecenia kontrolerów i polskie przepisy to proces zmniejszania prędkości opadania i przechodzenia do lotu poziomego powinien zacząć się znacznie wyżej, już nawet na wysokości 150 m nad poziomem lotniska. Prezentując raport minister Miller twierdził, że załoga nie próbowała lądować. Jest to wg mnie naciągana próba zmniejszenia odpowiedzialności załogi. Przecież każde zejście poniżej „wysokości decyzji” jest de facto próba lądowania. Ciekawe, co w tej sprawie powiedzieliby eksperci lotniczy. Na próbę lądowania wskazuje też fakt, że załoga w ostatniej fazie lotu przestała się komunikować z „wieżą” i nie „kwitowała wysokości”.

Dlaczego tak się stało i co spowodowało, że załoga samolotu, mając świadomość, jak ważnych pasażerów wiezie, nie postępowała zgodnie z opanowanymi przez siebie procedurami, tylko eksperymentowała i sprowadziła samolot tuż nad ziemię w warunkach bardzo ograniczonej widoczności? Czy mogło to się zdarzyć bez nawet pośredniej presji? Czy pan Arkadiusz Protasiuk był ryzykantem „z natury” (jak w takiej sytuacji mógł być dopuszczony do pilotowania samolotu z głową państwa na pokładzie), czy do podjęcia ryzyka został pośrednio lub bezpośrednio nakłoniony? Raport ministra Millera mówi, że przed tym lotem nie było zwyczajowej odprawy, tylko odprawy w trybie indywidualnym (sic!). Podobno spotkał się z załogą przed wylotem gen. Błasik. Czy w takiej rozmowie padły jakieś sugestie w sprawie lotu, i czy były to np. słowa „Panie kapitanie, dziś ma pan taki zestaw pasażerów, że nie wolno panu podjąć najmniejszego ryzyka, pod żadnym pozorem nie wolno narażać bezpieczeństwa Prezydenta”, czy też „Panie kapitanie, Panu Prezydentowi bardzo zależy, by uroczystości katyńskie przebiegły zgodnie z planem, macie dać z siebie wszystko i wylądować w Smoleńsku”. Mam nadzieję, że Prokuratura Wojskowa zajmuje się szczegółowo tą sprawą. O tym, że nie tylko załoga, ale i pasażerowie, przynajmniej ci z pierwszego saloniku, mieli świadomość o niesprzyjających warunkach atmosferycznych świadczą wizyty w kokpicie dyr. Kazany z MSZ. Znamiennie zwłaszcza brzmią jego słowa „nie ma jeszcze decyzji Prezydenta”, co mogło być dla załogi sygnałem, że Prezydent liczy jednak na podjęcie próby wylądowania, mimo grożącego niebezpieczeństwa. W tym wypadku kluczowa mogłaby być rola gen. Błasika, gdyż był on zawodowym pilotem, jedyną osoba, która mogłaby przekonać Prezydenta, że w tych warunkach atmosferycznych lądowanie wiąże się z nadmiernym ryzykiem, co niestety nie miało miejsca.

Niestety to zachowanie załogi samolotu, przekroczenie zarówno polskich przepisów, jak i poleceń kontrolerów było bezpośrednią przyczyną katastrofy i jak na razie nikt nie wykazał, że to tragedii doszłoby także wtedy, kiedy samolot odleciałby na lotnisko zapasowe, lub przez pół godziny krążył w oczekiwaniu na poprawę pogody. Wnioski z tej tragedii są oczywiste. Załogi samolotów, dopuszczone do wożenia najważniejszych osób w państwie, powinny być przebadana pod kątem skłonności do podejmowania ryzyka, a w czasie szkoleń i odpraw przed wylotem powinna im być „wbijana do głowy” sprawa bezpieczeństwa pasażerów i zakaz podejmowania bez potrzeby jakichkolwiek manewrów, które nie były przez nich dokładnie przećwiczone i opanowane. Powinni to być także doświadczeni lotnicy, którzy w swojej karierze zawodowej przynajmniej kilka razy znaleźli się w trudnej sytuacji i podejmowali wtedy właściwe decyzje, zapewniające maksymalne bezpieczeństwo pasażerom samolotu.

Oprócz tych dwóch spraw, które moim zdaniem doprowadziły do katastrofy, poniżej przedstawiam ocenę innych istotnych i szeroko dyskutowanych problemów:

Rola Generała Andrzeja Błasika:

Wprawdzie o umarłych nie powinno się źle mówić, ale wg mnie gen Błasik jest jednym z głównych negatywnych bohaterów tej tragedii. Pełnił on przecież funkcję Dowódcy Sił Powietrznych, któremu bezpośrednio podlegał 36 specjalny pułk lotnictwa transportowego. O tym, że będzie członkiem delegacji Prezydenta gen. Błasik wiedział na tyle wcześnie (pismo z Kancelarii Prezydenta w tej sprawie wpłynęło do MON 17 marca, a zgoda została wydana 24 marca) by postawić cały ten pułk „na baczność” i dopilnować (także we własnym interesie) właściwego przygotowania obu tych lotów, poczynając od doboru załogi (w tym sprawdzenia aktualności niezbędnych uprawnień oraz przećwiczenie lądowania na lotnisku, na którym brak jest systemu ILS), a na właściwym rozeznaniu warunków technicznych i atmosferycznych na lotnisku w Smoleńsku kończąc. Przecież tylko z tego źródła mogły pochodzić sugestie w sprawie dostosowania terminu lądowania do warunków atmosferycznych, które byłyby poważnie potraktowane przez Kancelarię Prezydenta. Dla mnie niezrozumiałe jest, dlaczego w obu wizytach samolotu nie mogła pilotować ta sama załoga, dlaczego nawigatorem został pilot, który poprzedniego dnia po południu leciał Jakiem 40 do Gdańska (czyżby Premier Tusk wracał do domu?), a który uprawnienia nawigatora na TU 154 uzyskał zaledwie niecałe 3 miesiące wcześniej. Jakie inne „ważne zadania” mógł mieć wtedy 36 pułk? Przecież jego głównym zadaniem była realizacja lotów o statusie „HEAD”. Czy w tym tygodniu, kiedy miały miejsce dwa loty do Smoleńska wszystkie sprawy nie powinny być podporządkowane realizacji tych dwóch lotów? Dlaczego służby meteorologiczne nie prowadziły stałej obserwacji warunków meteorologicznych w Smoleńsku, choćby z dostępnych w Internecie zdjęć satelitarnych? Nie mam informacji, czy i w jakim zakresie Generał Błasik angażował się w osobiste przygotowanie tych lotów i czy sprawował w tej sprawie jakąkolwiek kontrolę, ale trudno zakładać, by jego rola ograniczała się jedynie do roli zwykłego pasażera w sytuacji, kiedy miał lecieć razem z „najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej”. Przecież to on meldował Prezydentowi o gotowości samolotu do lotu i zapraszał Parę Prezydencką na pokład. Jednak pewne doniesienia prasowe wskazują, że gen Błasik niezbyt sumiennie sprawował nadzór na 36 pułkiem. W „Rzeczypospolitej”, w artykule Michała Majewskiego i Pawła Reszki z 20 stycznia 2012 w sprawie rozpoznawania głosu generała w kokpicie samolotu, jest wypowiedź dowódcy 36 pułku podpułkownika Bartosza Stroińskiego, że nie mógł on dokonać identyfikacji głosu generała, „bo gen. Błasika znałem słabo: – rozmawiałem z nim może dwa razy w życiu”.

Rola kontrolerów rosyjskich.

Niestety w tej sprawie popełniamy stare grzechy i staramy się zrzucić część winy na kontrolerów ze Smoleńska. Przecież informowali oni załogę o braku warunków do lądowania i podali właściwe ciśnienie do ustawienia wysokościomierza barycznego. Zarzuty, że podawali informacje „na kursie i na ścieżce”, które nie były precyzyjne, abstrahując od dokładności przyrządów na „wieży” w Smoleńsku, są bezpodstawne, bo przecież samolot miał nie lądować, tylko, na wyraźną prośbę załogi, przelecieć na wysokości 100 m nad lotniskiem. O tym, że aparatura na lotnisku w Smoleńsku była „niezbyt precyzyjna” świadczy fakt, że nie udało im się „sprowadzić” transportowego IŁ-a 76, pilotowanego przez załogę, która nie miała problemów językowych i dobrze znała lotnisko w Smoleńsku. Prawdopodobnie przy obu próbach samolot ten po wynurzeniu się z mgły nie był w osi pasa, a próba skrętu na pas na niedużej wysokości omal nie zakończyła się tragicznie. Niestety informacja o tym nieudanym lądowaniu nie skłoniła załogi TU 154 do poniechania próby lądowania. Zarzut, że kontrolerzy nie zamknęli lotniska też jest zarzutem chybionym. Przecież byłoby to zakwestionowanie przez nich kompetencji pilota samolotu Głowy Państwa. Mieli oni prawo spodziewać się, że samolot prezydencki pilotuje najbardziej doświadczona załoga, która nie eksperymentuje tylko wie, co robi. Lądowanie wbrew poleceniu „wieży” JAK-a 40 mogło w nich wyrobić przeświadczenie, że Polacy i tak zrobią to, co będą chcieli. Świadczy też o tym wymiana zdań na temat wyposażenia polskiego samolotu, który pomógł załodze JAK-a wylądować w takich warunkach.

W artykule pana Michała Karnowskiego pojawia się pytanie/apel, kto mógłby wytknąć „smoleńskiej sekcie” manipulacje. Mój list jest taką próbą, gdyż wyjaśnić taką tragedię można tylko prowadząc rozumowanie „od początku”, czyli od etapu przygotowania i opracowania programu wizyty, a nie „od końca”, czyli od katastrofy. Poniżej przedstawiam jeszcze kilka uwag do samego artykułu:

1. Sprawa obecności w kokpicie gen. Błasika, którą określa Pan jako „rzekomą”. Nie jest to prawda, bo tak, jak nie ma „twardego dowodu”, że generał był, tak nie ma też dowodu, że go nie było. Zresztą jego obecność w tej ostatnie fazie lotu, kiedy wiadomo było, że warunki atmosferyczne są niekorzystne, byłaby całkiem uzasadniona. Mógł przecież pomóc swemu młodszemu i mniej doświadczonemu koledze w podjęciu właściwej decyzji.

2. Naciski na załogę mogły być nawet bez obecności gen. Błasika w kokpicie, np. w trakcie przygotowania i odprawy przed lotem. Pisałem o tym wcześniej, mam nadzieję, że śledztwo Prokuratury Wojskowej zajmuje się tą sprawą.

3. Badanie wraku – dlaczego dopiero teraz? Sądzę, że dlatego, że dla polskich ekspertów, którzy oglądali wrak wkrótce po katastrofie, jej przyczyna była na tyle oczywista, że nie uważali za konieczne przeprowadzanie takich badań. Obecne działanie Prokuratury, to przede wszystkim zabezpieczenie się przed oskarżeniami o niestaranność.

4. Trotyl. Jak uczono na studium wojskowym trotyl jest trotylem dopóki nie wybuchnie. Potem są tylko gazy, trochę pary wodnej i sadzy. Wprawdzie nigdy reakcja wybuchu nie pochłania 100% materiału wybuchowego, ale w tak zamkniętym pomieszczeniu jak kabina samolotu ilość nieprzereagowanej substancji powinna być minimalna. Tak więc im więcej śladów trotylu, tym większe prawdopodobieństwo, że nie było wybuchu.

5. Praca zespołu ekspertów – wg mnie bezcelowa. Bez szczegółowego wyjaśnienia dwóch podstawowych, wymienionych przeze mnie na początku przyczyn, badanie innych przyczyn katastrofy można porównać do sytuacji, kiedy grupa turystów, mimo alarmu lawinowego, decyduje się na wycieczkę na Rysy, a kiedy dochodzi do tragedii, to osoby z nimi związane, które mogły odradzić im tę ryzykowną eskapadę, zamiast „bić się w piersi” grzebią w śniegu i szukają przyczyny wypadku w błędnym oznakowaniu szlaku.

6. Sformułowanie „ofiary umierały w smoleńskim błocie” jest niesmaczne i jest wielkim nadużyciem, sugerującym, że część ofiar mogła przeżyć sam moment katastrofy i potem konały w błocie bez właściwej pomocy. Przecież „zgon załogi i pasażerów nastąpił z powodu ciężkich wielonarządowych obrażeń wewnętrznych powstałych w wyniku działania przeciążeń hamujących podczas zderzenia samolotu z powierzchnią ziemi oraz niszczenia jego konstrukcji” i był natychmiastowy. Przeprowadzone w Polsce powtórne sekcje kilku ofiar nie wykazały niczego innego.

7. Sformułowanie, że prof. Binienda udowodnił, że brzoza nie mogła ułamać skrzydła Tupolewa jest też sporym nadużyciem. Zamiast udowodnił lepiej było użyć sformułowania „jest przekonany, że”. Przecież podobnie można by powiedzieć, że inny profesor zza oceanu, pan Paweł Artymowicz, udowodnił coś przeciwnego. Przy okazji przy powoływaniu się na Prof. Biniendę dobrze by było poinformować czytelników, w ilu i jakich zespołach, badających katastrofy lotnicze brał udział Pan Profesor, oraz czy sformułowanie „współtwórca Boeinga Dreamlinera” pochodzi z firmy Boeing, czy też od Pana Profesora.

Szanowny Panie Redaktorze,

w zakończeniu Pańskiego artykułu jest sformułowanie o „łamańcach logicznych” tych, którzy nie wierzą, że tragedia smoleńska była czymś więcej, niż wypadkiem lotniczym, katastrofą spowodowaną przez załogę. Wydaje mi się, że to sformułowanie pasuje również do zwolenników tezy, że katastrofa była spowodowana celowo. Dotyczy to zwłaszcza najbliższych współpracowników śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Kancelarii, dla których sugerowanie zamachu, jak czyni to w wywiadzie pan Jacek Sasin, jest chyba odruchem obronnym, odsunięciem oskarżeń o własne zaniedbania czy też brak staranności. Jednak sądzę, że dla tych osób w końcu przyjdzie pora na to, by stanąć przed lustrem i zadać sobie pytanie, czy naprawdę zrobiłem wszystko, by uchronić mojego szefa i przyjaciela przed katastrofą.

Jak dotąd nikt mnie nie przekonał, że bezpośrednie przyczyny tej katastrofy nie leżą wyłącznie po naszej stronie. Wnioski o powołanie Międzynarodowej Komisji trącą moim zdaniem masochizmem. Czy rzeczywiście chcemy przed całym światem pochwalić się naszym bałaganem i głupotą? Jak to możliwe, żeby wylot Prezydenta na nieznane lotnisko miał miejsce w czasie, kiedy prawdopodobieństwo wystąpienia mgły jest bardzo duże, a samolot Prezydenta pilotował kapitan, który uprawnienia pilota I klasy uzyskał zaledwie 15 miesięcy wcześniej, a nawigator miał uprawnienia na TU 154 niecałe 3 miesiące?

W swoim logo piszecie, że jesteście „odważnym tygodnikiem młodej Polski”. Czy starczy Wam odwagi, by podjąć ze mną polemikę?

Z poważaniem

Antoni Miklaszewski

 

Średnia ocena
VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 9.1/10 (263 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +150 (from 180 votes)
Smoleńsk: Czego nie chcieli w „wSieci”, 9.1 out of 10 based on 263 ratings

40 komentarzy

  1. nexton 2013-03-21
    • OlaK 2013-04-11
  2. narciarz 2013-03-21
  3. jotbe_x 2013-03-21
  4. PiotrG 2013-03-21
    • Banaszek 2013-11-06
  5. Luciano 2013-03-22
  6. Monika Szwaja 2013-03-22
  7. Alina Kwapisz-Kulińska 2013-03-22
    • jureg 2013-03-22
      • jureg 2013-03-22
  8. Magog 2013-03-22
  9. Leszek 2013-03-22
    • jotbe_x 2013-03-22
    • Incitatus 2013-03-26
  10. Stanisław Stupkiewicz sr 2013-03-22
  11. Tanaka 2013-03-22
  12. DanterFlyBlog 2013-03-22
  13. A. Janik 2013-03-22
    • Alina Kwapisz-Kulińska 2013-03-23
      • Banaszek 2013-11-06
    • Miklaszewski 2013-03-23
    • Krzysztof Łoziński 2013-03-23
  14. Jerzy Łukaszewski 2013-03-23
  15. Stupecki 2013-03-23
  16. Jerzy Łukaszewski 2013-03-23
  17. Anna Malinowska 2013-03-23
  18. Eugeniusz Możejko 2013-03-24
    • Miklaszewski 2013-03-24
  19. Tadeusz Rusak 2013-03-24
    • Miklaszewski 2013-03-25
      • nexton 2013-03-25
  20. Aldo Martini 2013-03-26
  21. pilot 2013-03-26
  22. Halina Flis-Kuczyńska 2013-03-27
  23. Zdral 2013-04-04
  24. www 2013-04-07
  25. Kolanowski 2013-04-07
  26. ROMAŃSKI 2013-04-16
  27. RJW 2013-10-22