Jerzy Zieleński: Nieprawdopodo- bieństwo w PRL

Print Friendly, PDF & Email

ziel2013-04-19. Zdarzały się w PRL rzeczy nieprawdopodobne – zdziałane „mimo wszystko”. O tzw. „eksperymencie nowosądeckim” nikt dzisiaj nie wie. A zaczęło się tak: rok 1957, wróciłem do redakcji („Po prostu”) z Proszowic, gdzie zgadało się z miejscowym sekretarzem Reguckim o szansie na samorząd. Usłyszał to bohater „Po prostu”, wspaniały Włodzimierz Godek, i powiedział – to ja pojadę do mojego Nowego Sącza i ja ich namówię. Pojechał – i do samorządu zapalił miejscowego sekretarza, Adamuszka, kolegę z ławy szkolnej. Adamuszek – zaczął. Potem „Po prostu” rozpędzono, a o Nowym Sączu nikt już nie pisał. Może i dobrze, bo go może by zduszono… 40 lat temu też prawie nikt o tym eksperymencie nie wiedział – i nikt nie miał wiedzieć, bo a nuż komuś chciałoby się to naśladować? Ale cenzura nie zdjęła z „Życia i Nowoczesności” tekstu o nim, bo nie było na ten nowosądecki eksperyment „zapisu”; partia zapomniała o nim. Wywiad z Kazimierzem Węglarskim, od 1957 r. przewodniczącym PRN w Nowym Sączu, w 1973 r. naczelnikiem powiatu, przeprowadził w 1973 r. nieżyjący już wybitny reporter, Jerzy Zieleński, nasz kolega i przyjaciel. Tytuł wywiadu pochodzi od Studia Opinii. Skrót pełnego tekstu – również.

SB

Już od lat po przekroczeniu granicy widać było, że jest to trochę inny powiat. W Tęgoborzu nad Zalewem Rożnowskim całe zbocza sadów, porządnie utrzymanych; czystsze wody i niebo, czystsze ulice. Turyści łatwiej tam znajdują miejsca nie tylko na campingach czy w schroniskach, ale we wsiach, lepiej też zagospodarowanych niż w wielu podobnych powiatach. Więcej kwiatów na ryn-kach miast, z sukcesami w konkursach mistrza gospodarności. Więcej warzyw, mniej dymu. To w skrócie Nowosądeckie, jedyny region, który ma nawet swój neon w centrum Warszawy. Ale, jak powiada Węglarski, żadnego eksperymentu gospodarczego nie było.

– Jak to? Przecież Pan jest jednym z ojców tego eksperymentu i wyrzeka się Pan swego dziecka? A Uchwala Rady Ministrów z 9 maja 1958 roku, przyznająca powiatowi Nowy Sącz szczególne prawa do pełnego gospodarowania ziemią, wodą, lasami, sadami, rybami, zwierzem, rzemiosłem, przemysłem?

– Na to nie ma prostej odpowiedzi. W tej Uchwale istotnie, otrzymaliśmy jeden, jedyny szczególny przywilej: tak zwany Fundusz Rozwoju Ziemi Sądeckiej.

– A więc jednak coś.

– Tak, ale sami go mieliśmy sobie wygospodarować, bo wedle paragrafu 23 tej Uchwały, miał on się tworzyć z drobnych przychodów, w tym np z dopłat do rachunków, 10 procent, za spożyte napoje alkoholowe oraz z dobrowolnych dopłat do biletów kinowych i teatralnych i przesyłek listowych. Prezydium WRN w Krakowie dokładało na aktywizację miast i miasteczek z nadwyżkami siły roboczej, a różne przedsiębiorstwa z funduszy zakładowych budowały pensjonaty, domy wypoczynkowe, letniskowe, wspólne obiekty usługowe w uzdrowiskach, łaźnie, pralnie, centralne kotłownie itp. No i w 1958 roku otrzymaliśmy 5 milionów, a w latach 1959 i 1960 po 10 milionów złotych kredytów bankowych na rozwój przemysłu terenowego, sadownictwa, warzywnictwa, hodowli i zagospodarowanie terenów rolniczych w powiecie. Spłacaliśmy.

– A więc eksperymentu nie było?

– I nie było go, i był. Nie było – w sensie legend, jakie krążyły o rzekomych naszych przywilejach.

– To jeszcze dawna Galicja. A więc: nędza, ale i wczesne tradycje ruchu politycznego, społecznego. No i szkoły: w wielu tych miastach, nawet miasteczkach, działały znakomite gimnazja, które wypuszczały całe roczniki inteligencji.

– Były też poczynania gospodarskie, spółdzielnia „Rolnik”, była tęsknota do kultury, taki dom ludowy w Siołkowej za Grybowem ma już ponad 40 lat. Inżynier Klimczak i Drzewiecki w Nowym Sączu prowadzili szkółkę sadowniczą. Widzieli przyszłość w wielkich, zblokowanych sadach. Myśmy te myśli Klimczaka i innych potem w naszym programie wykorzystali. Ale za to bywało, że w Rytrze i Piwnicznej sezonami pociągi nie stawały, bo tyfus plamisty. 35 tysięcy analfabetów na 190 tys. ludności. Drogi bite, to tyle co z Sącza do Krakowa, do Gorlic, do Limanowej i Krynicy. I w jakim stanie! Zdarzało się, że jak w Trzecim Świecie ludzie marli tu z głodu. A wojna to jeszcze dobiła: mosty wysadzone, także jedyne dwa tunele, tory zerwane.

Potem znów były lata, że trudno było rządzić powiatem. Na każdy krok potrzebna była od razu zgoda władz wyższych. Robiło się w powiecie tylko to, co szło z góry. Wedle wytycznych.

– Szkoda, że nie ma Adamuszka…

– Wyjechał do Chorzowa, jest na emeryturze. To on przede wszystkim wytworzył tę atmosferę zaufania, jako sekretarz partii. Nie, że to i to macie wykonać. Pytał, jak sobie to wyobrażacie? Ludzi zaś z wyobraźnią u nas nie brakowało. Inżynier Jakub Pawłowski, 71 lat, inżynier drogowiec, bezpartyjny, ogromna energia, cały dzień w terenie, spał po 2-3 godziny, zwłaszcza, jak nam mosty postawione czynem społecznym powódź zniosła. A on – nie daj Boże, by usłyszał, że się coś nie da zrobić – mówił: wszystko można, jeśli się chce. Albo inżynier Zenon Remi, architekt zakochany w stylu tego regionu. Czy dyrektor technikum hodowlanego z Nawojowej, mgr inż. Zdzisław Adamus. Z inżynierem Klimczakiem za organizację gospodarki hodowlanej się wzięli. Tak, to był ten sam Klimczak, co przed wojną prowadził szkółkę sadowniczą, ale teraz został fanatykiem hodowli. Jego myśli dawne o rozwoju regionu przetworzył dr Stanisław Fiałek, jako przewodniczący powiatowej komisji planowania sporządził kompleksowy plan perspektywiczny. Napisał monografię Ziemi Sądeckiej. Tacy to ludzie byli w naszej Komisji. Robotnicy i chłopi, lekarze, ekonomiści, inżynierowie, młodzież – cały przekrój społeczeństwa.

Umyśliliśmy wykorzystać te bogactwa, które są na miejscu, więc surowiec: kamień, żwir. W dolinie Popradu — wykorzystać skupisko wód mineralnych ponad 200 źródeł; na Złockiem koło Muszyny teraz niedawno Zubera odkryto całkiem unikalnego. Nie jedna więc Krynica może służyć Polsce. Dalej: sady, warzywnictwo, hodowla – nie tylko dla nas samych, ale po to, żeby wyżywić turystę. Bo i turystykę wliczyliśmy do tego naszego „przemysłu bez kominów”.

– Właśnie: „przemysł bez kominów”. Wtedy „ochrona środowiska” była terminem nieznanym, a rozwój poprzez przemysł sakramentem świętym. Dar proroczy? Instynkt?

– No, sami tacy mądrzy nie byliśmy. Plany nam pomogli naukowcy stworzyć… Powiem jednak, że nasi ludzie zawsze umieli patrzeć w przyszłość. U nas w czasie okupacji było tajne nauczanie tak rozwinięte, żeśmy wprowadzili niemal obowiązek wśród młodzieży wiejskiej kończenia przynaj-mniej 7 klas.

– To, zdaje się, Pan się tym osobiście parał…

– Tak, byłem oficerem propagandy Komendy Powiatowej Batalionów Chłopskich. Nasze tajne nauczanie obejmowało cały komplet: siedem klas, tak zwaną małą maturę, liceum. W Rogach szkoliliśmy wtedy przedszkolanki i kandydatów na nauczycieli Wszystko późniejsze miało tu swoje korzenie – w tradycji, w ludziach. Ja do końca dzięki nim nie byłem spalony, choć cały powiat wiedział, co robi kierownik szkoły w Rogach.

W naszej Komisji różne się wytwarzały filozofie. Byli zwolennicy programu, by od państwa wyciągnąć jak najwięcej, kilkaset milionów. Inaczej nie ma co zaczynać. Trzeźwiejsi byli jednak zdania, żeby od państwa jak najmniej żądać, bo to nierealne i położy eksperyment od razu – musimy to zrobić własnymi siłami. Ten pogląd w końcu zwyciężył, ale wszystko się przeciągnęło. Z Adamuszkiem też prawie 2 lata jeździliśmy do Urzędu Rady Ministrów, gdzie nad każdym paragrafem były narady. Zrezygnowaliśmy aż z 15 punktów.

– No, ale dziś, jak popatrzeć wstecz, w sumie to wyszło. Co się wam udalo, co nie?

– Adamuszek, Komitet mówił – róbcie każdy w swojej dziedzinie sami najlepiej, co umiecie – ale będziecie rozliczani za swoje decyzje. Dyrektorem Rejonu Eksploatacji Dróg Publicznych był i jest do dzisiaj Witosław Zielnica. Kiedy dano mu szansę, rozejrzał się od razu, i sięgnęliśmy po miejscowy surowiec, a po sprzęt to aż na Ziemie Zachodnie jeździli, jakieś graty i wraki ściągali, remontowali, byle mieć czym robić, kłaść szybko nawierzchnie bitumiczne. I dziś mamy 90 procent dróg ulepszonych, a w 1957 – tylko piątą część. To jeden przykład. No i sady. Zblokowaliśmy je.

– … w Tęgoborzu widać, jak się jedzie. I w Łącku.Święta Kwitnącej Jabłoni…

– Niektórzy tam wyrośli i ponad innych. Jeden sadownik, Zając,ma całą bibliotekę, i do niego naukowcy się zjeżdżają po naukę. Dostaje książki aż z Ameryki, rektor krakowskiej WSR, prof. Kubica, nawet je od niego pożycza. W ciągu piętnastu lat dokoła Dunajca stworzyliśmy nowe środowisko. Prawda, chcieli nam je załatwić zaporą w Jazowsku. Udowodniliśmy, że zyski, jakie by wyniknęły z otrzymania mocy 480 MW, nie wyrównają strat, które byśmy ponieśli przez zalanie ziemi 2, 3 i 4 klasy; że płody, które tam wyrastają, że lasy – to zysk większy…

– Ale potraficie to wyliczyć. U nas rzadko się takie rzeczy liczy.

– Oczywiście – a jak inaczej? Tam nie tylko przecie sady i lasy. A warzywnictwo? Tu pod bankowe zabezpieczenie chłopi dostali kredyty, a Spółdzielnia Ogrodnicza Ziemi Sądeckiej wzięła na siebie rozdział materiałów. Dziś mamy skup warzyw 6300 ton, z czego 1050 zbiera się spod szkła. Wiecie, ile mieliśmy pod szkłem w 1957? Pół hektara! A teraz, odkąd folię z plastyku się stosuje, pójdzie to jeszcze szybciej naprzód. Dalej: wymieniliśmy częściowo rasę bydła na wydajniejszą, tak zwaną biało-czerwoną, mięsną. W ten sposób zapewniliśmy drogi, owoce, warzywa i mięso nie tylko dla siebie, ale i dla turystów.

– U Was narodziły się na dobre wsie turystyczne.

– Mamy ich 156 na 185 wszystkich wsi w powiecie. Z tego sześć naprawdę bardzo dobrych. Daliśmy kredyty na przystosowanie domów do celów turystyki. Ale tu świadomość była ważniejsza od pieniędzy. Nauczyć ludzi higieny żywienia, ekonomiki turystycznej, budownictwa – organizowaliśmy to przy masowym szkoleniu rolniczym. I trzeba było świadomości, że turysta to nie ceper, co tylko chleb wykupuje i brzuchem do góry leży, kiedy chłop akurat w gorączce żniw. Nie wszyscy się od razu przekonali, a nie tylko o te 20, 30 złotych z łóżka chodzi. Na początku, bywało, skarżyli się turyści, że im gnojówka pod oknami śmierdzi. Bo nawóz byle jak był rozrzucany, to było kiedyś rolnictwo zacofane. Trzeba było perswadować: układajcie, ludzie, nawóz w pryzmy, zakładajcie gnojowniki. Zrobili to, żeby interesu nie stracić, i co? Okazało się, że i nawóz lepszy, wydajniejszy, kiedy się go w pryzmy ułoży. Dalej: skoro turyści, to i drób warto trzymać, dziś się kobiety o kurczęta z inkubatora prawie biją. Ale w chowaniu kur, cieląt czy prosiaków wytworzyły się specjalizacje. Czasem jedna kobieta na odchowanie od innych bierze, one jej za to płacą, a mają czas na co innego. Nasze wiejskie potoki za składowisko szkła i śmieci służyły. Ale prędko połapali się gospodarze, że to psuje interes, bo iluż to przybyszów za czystym potokiem się rozgląda. Utrzymujemy też strefę wód A – najlepszą nie tylko dlatego, żeśmy jej przemysłem nie zabrudzili, ale i dzięki czystym potokom wiejskim.

– Żadnego przemysłu?

– Jakieś prywatne warsztaciki były, to wszystko. A Marian Zieliński, dyrektor przemysłu terenowego, z niczego przemysł zrobił. W 1951 roku miał 880 tysięcy złotych przerobu, a teraz zgadnijcie ile? 180 milionów złotych. Jak to zrobił? Dużo, trzeba przyznać, chytrością. Planowaliśmy przebudowę, unowocześnienie zakładów, ale kto da 60 milionów złotych? Więc Zieliński, byle tylko na teren wejść, szopę postawił, ale słupy konstrukcyjne już jak pod regularną halę przemysłową. I tak po kawałku. Rozglądał się też za produkcją poszukiwaną: nie było ceglarek, złapali wzór użytkowy i – na cały kraj. No i tu też – stałe podnoszenie kwalifikacji. Jeżeli już w latach 1965-1966 mogli wykonać pełne wyposażenie dla Akademii Górniczo-Hutniczej, to coś tu się zmieniło. Mógłby dziś Zieliński produkować maszyny rolnicze dla ziem górskich; trochę już produkuje, ale chciałby dłuższe serie. A tak mu cykają po kawałku.

– To u Was kowale na własną rękę zaczęli produkować „esiaki”, traktory dla ziem górzystych.

Nie pieniądze tu były najważniejsze. Wydaje mi się, że udało nam się coś niecoś zrobić, przede wszystkim dlatego, że od nas samych to wyszło i wszyscy czuli – na stanowiskach, nie na sta-nowiskach, aż do pojedynczego gospodarza na wsi, że od nas samych zależy, czy to się uda. Nie potrafię nawet wymienić wszystkich nazwisk, podałem tylko niektóre. Czynów społecznych w ciągu piętnastu lat dokonali za 650 milionów złotych. A co roku władza – od powiatowej do sołtysa – spotyka się z ludźmi i dyskutuje o tym, co we wsi, w gminie, w powiecie się zrobiło i co jest do zrobienia. Nie myślcie, że nam coś ujdzie na sucho.

– Panie Naczelniku, a może teraz: co Wam nie wyszło?

– O, sporo. Przede wszystkim: uzbrojenie terenu. Elektryczność już mamy we wszystkich wsiach. A z wodociągami, kanalizacją – źle; Piwniczna nie ma, Muszyna nie ma. Jest, to fakt, postęp w tzw. infrastrukturze, nasze miasteczka wyglądają na ogół czysto, schludnie. Ale to jeszcze nie to.

– Pomimo teoretycznych zakazów samochody wdzierają się do lasu. A dolina Popradu?I nad tą dotychczas dość czystą rzeką coraz gęściej, dzikie obozowanie – często naprawdę dzikie – daje się we znaki: cóż z tego, że chłopi nie będą wrzucać butelek do potoków, skoro zrobią to turyści, nad którymi nie macie już żadnej władzy? Ponadto zmora wszystkich rejonów podgórskich: jako architektura – pudełka z płaskimi dachami, dla wielu symbol nowoczesności.

– I nam to spędza sen z powiek. Porozumieliśmy się ze Słowakami, z powiatu Stara Lubownia: oni tam nad Popradem mają sporo przemysłu, a chodzi o to, żeby rzeka pozostała czysta. Sporo też włożymy w infrastrukturę, więc nie tylko wodociągi, kolektory i oczyszczalnie ścieków, lecz i ogrzewanie elektryczne osiedli, gaz do kuchni i tak dalej. Dla samochodów zbudujemy parkingi i będziemy ścigać tych, którzy poza ich granicę wychyną. Stwarzamy też strefę ciszy, przede wszystkim w uzdrowiskach, jak Żegiestów, ale i w paśmie Jaworzyny, Radziejowej i paru innych miejscach. Co do architektury… czy Pan widział projekty typowe? Czy można ludziom zabronić je brać? Poza tym naciski na to, żeby wszędzie stawiać bloki. Że niby tańsze. To się musi zmienić szerzej. A rejon podgórski winien wypracować swój styl, jakiś nowy Witkiewicz by się przydał. Zrobiliśmy konkurs na minihotele górskie – bo przecież nie każdy chce masówki. Konkurs dał ciekawe wyniki. My tu w Sądeeczyźnie nie chcemy kamiennych bud.

Ale najważniejsze znowu to przebudowa świadomości. Wzrosła ludzka zamożność, ale można stać się prymitywem nadzianym forsą. Pragnęlibyśmy wychować i tych, którzy do nas przyjeżdżają – turystów. Więc nie tylko festiwale i zespoły, lecz i obyczaj. Na razie jesteśmy z tym jeszcze w lesie, ale wierzę, że i to ruszy, choć trudniej niż eksperyment gospodarczy.

– Są tacy ludzie, którym udaje się to, za co się wezmą. Obyście nadal do nich należeli.

Rozmawiał: Jerzy Zieleński

 

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 8.6/10 (7 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +4 (from 4 votes)
Jerzy Zieleński: Nieprawdopodo- bieństwo w PRL, 8.6 out of 10 based on 7 ratings