Cezary Bryka: Uchem naocznego świadka

Kadr z pewnego filmiku

„Mazurek Dąbrowskiego” był drugim na świecie – po Marsyliance – hymnem państwowym ustanowionym zgodnie z wolą obywateli. Kiedy Polski nie było na mapach, jego śpiewanie można było przypłacić życiem.

Bólem uszu można przypłacić słuchanie amatorskich wykonań hymnu, ale cóż, ludziska się starają.

–  W ustawowej wersji przy „za twoim przewodem” trzeba wyśpiewać górne f. A ludzie, jeśli nie mają szkolonego głosu, duszą się lub piszczą – wyjaśniają muzycy.  – Wyciągają najwyżej d, czyli trzy półtony niżej.

Józef Wybicki wziął melodię z pieśni ,,Pochwała wesołości”, granej przez pozytywkę. Pozytywki mają wysokie brzmienie, stąd tak wysoka tonacja.

Dyrygenci czasem łamią prawo: kiedy sala ma zaśpiewać hymn, żeby brzmiał czysto – zmieniają tonację na niższą.

Źródło: „Duży Format”, listopad 2010r.

Również z tekstem naszego hymnu wiążą się kłopoty. Napoleońska cenzura skreśliła dwie zwrotki, więc oryginalna wersja „Mazurka Dąbrowskiego” ma sześć, a ustawowa – cztery. Hymn przez lata zaborów był przekazywany ustnie z pokolenia na pokolenie, więc i pojedyncze słowa przez lata były zmieniane. Niektóre zmiany zdołały się przyjąć, jednak powracają dwa problemy: „kiedy” a nie „póki”, oraz czy Czarnecki „wrócił” się, czy to my się „wrócim” jak Czarnecki.

Spór trwa, choć ustalona wersja jest zapisana w ustawie
o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej
oraz o pieczęciach państwowych
(Dziennik Ustaw z 2005 r. Nr 235 poz. 2000).

Nie ma lekko, tak to bywa w państwach o kreślonej meandrami historii.

Meandry meandrami, a hymnowi narodowemu należy się pieczołowitość.

Z leksykonu: „Hymn (z greckiego hýmnospieśń pochwalna)
jest doniosłą pieśnią, którą wykonuje się na stojąco i na baczność.
Żołnierze podczas hymnu najczęściej prezentują broń”.

Infantylni Amerykanie słysząc dźwięki hymnu wstają i kładą dłonie na sercach.

Nie z nami takie numery. My, polscy patrioci, mamy własny, oryginalny styl:

Po listopadowych zamieszkach w Warszawie media atakowane są za skupianie się na zadymach, bez pokazywania spokojnego przebiegu samego marszu.  W zasadzie słusznie, ale niestety tak to już jest. Dziennikarskie powiedzenie głosi, że jeśli pies pogryzł człowieka to nie jest news, news jest jeśli człowiek pogryzł psa (choć niewykluczone, że za jakiś czas my, Polacy, zdołamy odwrócić proporcje). Media nie pokazują zwykłych lądowań samolotów, jednak skupiły się na wyczynie kpt. Wrony. Niewiele wiedzieliśmy o losie Haitańczyków, dopiero trzęsienie ziemi zrobiło z Haiti ważny punkt na mapie. Niewielu Polaków wiedziało, jak nazywa się hiszpański parlament, dopóki w Kortezach nie doszło do bójki deputowanych.

Tak, media powinny były pokazać więcej z przebiegu samego Marszu Niepodległości między zamieszkami na placu Konstytucji i pod pomnikiem Romana Dmowskiego.  To nie oznacza jednak przyzwolenia na odpowiedź manipulacją jeszcze większą, niż atakowana.

Prekursorem montażu skojarzeniowego był w latach 20-tych ubiegłego wieku radziecki reżyser Lew Kuleszow, który dokonał słynnego eksperymentu: to samo zbliżenie obojętnej twarzy aktora Iwana Mozżuchina wmontował w trzy ujęcia o różnym wyrazie. W zależności od tego, na co rzekomo patrzył aktor, widzowie odczytywali na jego twarzy inne uczucie (np. zgrozę, smutek, zachwyt)

Poza montażem obrazu z obrazem („poziomym”), dla sterowania emocjami widzów olbrzymie znaczenie ma montaż obrazu z dźwiękiem („pionowy”).  Chyba każdy widz czasem przyłapuje się na tym, że muzyka zwiększa jego wrażliwość np. na sceny miłosne lub mające wywołać poczucie zagrożenia. Erotyka ze stękaniem zamiast słodkiej muzyczki, lub horror z naturalnym dźwiękiem wyjących aktorów, mogłyby wywołać uczucia odwrotnie od zamierzonych. Na szczęście dla kina fabularnego i na nieszczęście dla dokumentu – uczuciami widzów łatwo jest sterować.

Od kilku dni po You Tube krąży kilka filmików, przedstawiających fragmenty Marszu Niepodległości z muzyką, podłożoną w miejsce dźwięku naturalnego. Najlepszy z nich 18 listopada wykorzystała redakcja jednego z walczących o prawdę portali. Notka, ograniczona do jednego zdania i filmu, nosi podpis „zespół wPolityce.pl”:

„Chyba najlepszy film pokazujący skalę Marszu Niepodległości. Zdjęcia, których telewizje unikały jak ognia…”

Oglądając dzieło jako film fabularny, jestem pełen najprawdziwszego podziwu. Znam dobrze to miejsce. Kamera stoi w najlepszym punkcie, jaki można byłoby znaleźć nawet po szczegółowej dokumentacji: widziany trochę z dołu, a więc robiący wrażenie bardziej monumentalnego tłum schodzi wprost na kamerę – co bez żadnej manipulacji odejmuje mu tempa, a tym samym dodaje powagi. Podziwiam autora (operatora?), który wytrzymał tak długo jedno ujęcie – to nie jest łatwe, a wyszło znakomicie. W dodatku, jak uczy doświadczenie w fotografii i filmie, jeśli pomysł jest dobry, to i los często dopomaga: pochód idzie z kierunku zachodniego, rzecz dzieje się w listopadzie po 16.00, więc kamera łapie jeszcze kawałek szarego, ciemniejącego w trakcie ujęcia nieba – CYMES! Pozazdrościć.

Po prawej stronie kadru, między drzewami, widać fragmenty białego budynku: to tył rosyjskiej ambasady. Mieszkam naprzeciwko, więc na własne oczy widziałem z okna właśnie tę część Marszu Niepodległości.

Potwierdzam: szli spokojnie i bez ekscesów.

I na własne uszy słyszałem, że mimo znakomitej roboty (a może dzięki niej?) film jest bezczelnie wyrafinowanym kłamstwem.

Autorzy filmu słusznie zakończyli wstęp słowami: TO JUŻ SIĘ DZIEJE.

Tylko „TO” jest zupełnie czymś innym, niż pokazano:

(na prawdziwą rozkosz dla uszu trzeba poczekać półtorej minuty, potem jest coraz przyjemniej).

Film nosi logo portalu niezalezna.pl, więc z przyjemnością stwierdzam, że podtytuł portalu: „my informujemy – oni kłamią” po raz pierwszy odzwierciedlił rzeczywistość. Niezależna poinformowała, że zespól wPolityce.pl kłamie.

Ile osób się nabierze na zmanipulowaną wersję? Ilu szperających po You Tube internautów uwierzy, że film był potężną manifestacją poważnych, przepełnionych rozpaczą obywateli, a nie jedną z wielu kibolskich rozrywek?

Właśnie w tym, a nie w napisach wstępnych do zmanipulowanej wersji, czai się prawdziwa zgroza.  

Dziwnym trafem, zawsze kiedy uszami ciała słyszę nasz hymn w kibolskiej wersji – uszami duszy łapię echo dawnej, posthippisowskiej piosenki.

 

Cezary Bryka

www.nienalezna.pl

 

 

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

2 komentarze

  1. elkaem 2011-11-22
    • Gustaw Chlubek 2011-11-23