Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (21)

Print Friendly, PDF & Email

sredniowiecze2013-05-03.

Historycy nie pływali pod żaglami na Bałtyku i nie wyobrażali sobie, że rabusie woleli otwarte morze niż zdradliwe, nieznane wody przybrzeżne. Spróbujemy rozszyfrować, kim byli ci groźni zbóje, którzy wtedy panowali Bałtykowi i dali początek interesującej nas historii…

21. Kogo wypędzono

Wypędzono Waręgów… Otóż to: jakich „Waręgów” wypędzono? Albo inaczej, odwrotnie – kogo i co zapędziło w zatokę Fińską, by tam, w głębi lądu, popłynąwszy w górę rzek, uciskać Słowienów, Czudów, Krywiczów, Wesów i innych tuziemców? Tak, by ci razem w pewnej chwili wspólnie ich wypędzili?

Wybitny nasz historyk tłumaczył, dlaczego Skandynawowie pływali zatoką Fińską, zamiast wybrać krótszą drogę do Dniepru – Dźwiną. Dźwina podobno wśród nich „była niepopularna, gdyż wymagała żeglugi przez otwarte przestrzenie Bałtyku”, a na domiar wiodła dalej ziemiami zamieszkałymi przez Bałtów, „stojących wówczas na niższym stopniu rozwoju kulturalnego niż Słowianie”. Tymczasem do swojej faktorii vis-a-vis Gotlandii, na brzegu Kurlandii, Grobin, koło dzisiejszej Lipawy, Skandynawowie nie mieli innej drogi niż przez otwarte morze! Mieli tam tę swoją faktorię już w drugiej połowie VII wieku (wedle datowania najstarszych tam grobów). I kto jak kto, ale oni na pewno nie bali się morza. Pokolenie naszego historyka i znanej nam już Dunki, profesor Elsy Roesdahl, nie chowało się już na dziełach Conrada, ani samo nie żeglowało, i nie wiedziało, że doświadczony żeglarz zawsze woli morze otwarte. Orientując się wedle nadbrzeżnych punktów namiarowych, wysokich klifów, ujść rzecznych, wylotów fiordów, wysp i wysepek, pływa się po nim bezpieczniej, niż w zasięgu zdradliwych skał, gdzie trzeba stale omijać granitowe szkiery, podwodne zasadzki i podstępne mielizny. Tylko znający je dobrze, obyty z nimi, pływa blisko brzegów dla bezpieczeństwa, wiedząc, gdzie i kiedy zmienić kurs. Tego żaden obcy napastnik nie wiedział i nie spróbowałby ataku na nieznanych sobie wodach. Owi rozbójnicy natomiast, jeśli już handlowali, to właśnie przede wszystkim z tymi zacofanymi Bałtami. Toż Bałtowie mieli bursztyn! Całe kopalnie bursztynu!

Przypuszczam, że w tym handlu specjalizowały się prawdopodobne pozostałe po starożytnych Gotach lub Burgundach faktorie w Rozewiu czy na Oksywiu. Oksywie to klif, urwista ściana ponad 70-metrowej wysokości. Poprzednie pokolenia wyzbierały, jak przypuszczam, wszelkie zgubione, zapomniane woreczki bursztynu, głównego tutejszego towaru eksportowego. A samych Bałtów (pamiętamy – ochrzczonych tak przez naukę) Danowie z Gotlandii łowili przede wszystkim do sprzedaży w handlu niewolnikami, wpływając w głąb lądu Dźwiną i Niemnem, czego dowód mamy najprostszy – wielowiekowe tych ziem wyludnienie.

O tamtej osadzie w kraju Kurów wiemy coś nie coś z „Żywota Ansgara”, mnicha frankońskiego, czyli po prostu – frankijskiego, pochodzącego z Pikardii, później – pierwszego arcybiskupa Hammaburga, czyli proto-Hamburga. Dzielny Ansgar, ufny w pomoc Bożą, pierwszy w połowie lat dwudziestych IX wieku próbował nawrócić tych straszliwych barbarzyńców. Popłynął do Birki, handlowego centrum – ba, właśnie, czyjego? Popłynął na statku kupieckim, który jacyś wikingowie bez żenady napadli podczas żeglugi i obrabowali. Ansgar nie stracił głowy, uratował się, dopłynął i… działał w Birce za zgodą tamtejszego konunga o imieniu Bioern (Niedźwiedź) aż po rok 831.

Po jego wyjeździe misja, niestety, wegetowała tylko. Jednego misjonarza zabito, drugiego wypędzono. Kiedy Ansgar wyprawił się znowu do Birki już jako arcybiskup Hammaburga w dwadzieścia lat później, zastał ruinę. Ale wtedy również dowiedział się przy okazji, że Kurowie, których zhołdowano po drugiej stronie Bałtyku, zbuntowali się, a konung Olof w walce z nimi spalił tamże „Seeburg”, czyli „gród morski” („Żywot” pisał Rimbert, saski następca Ansgara na stolicy arcybiskupiej Hamburga, zniszczonego potem doszczętnie przez Normanów). Miało być w owym „grodzie morskim” co najmniej 7 tysięcy wojów! Nawet, jeśli podzielimy tę liczbę przez dziesięć, zwykły u wikingów współczynnik przesady, i tak będzie to niemało…

Archeolodzy szwedzcy przypuszczają, że odkopana przez nich skandynawska osada pod Lipawą, ów Grobin, ze śladami zarówno uprawiania handlu, jak i grabieży, powstała lub też rozkwitła właśnie po spaleniu owego „Seeburga”. Powstała zaś, rzecz jasna, z myślą o bursztynie. Bardziej opłacalnym od polowania na niewolników.

Wedle naszej polskiej – późniejszej od Anderssonowej – historii Szwecji, pióra mojego nieżyjącego przyjaciela, prof. Adama Kerstena, początki Birki sięgają 800 roku. Tak wtedy zresztą owe początki datowali i Szwedzi. Moim zdaniem, zbyt ostrożnie. Logika szwedzkich kontaktów handlowych i rabunkowych każe się domyślać co najmniej drugiej połowy VIII wieku. Co najmniej!

Do Birki, na wyspę Bjoerkoe (to znów od „brzozy”) przez jezioro Maelaeren, 30 kilometrów na zachód od dzisiejszego Sztokholmu, dopływało się wodą, Skandynawia leżała wtedy cała kilka metrów niżej. Birka w obrębie swych niewysokich wałów, szerokich na 8 do 15 metrów, liczyła 7 hektarów, mogła więc w dni handlu pomieścić i parę tysięcy luda, a drugie tyle na terenie poza wałami. Birka znaczyła coś więcej niż miasto handlowe. Na sąsiednim polu grobowym, na 20 hektarach „Svarta jorden”, Czarnej Ziemi, naliczyli archeolodzy 1600 grobów – co niczego nie mówi o mieszkańcach. Być tu pogrzebanym znaczyło widocznie coś szczególnego,  jakieś wyniesienie ponad przeciętność, bo znajdowano w grobach nie tylko sprzęty domowe, szkło, bursztynowe świecidełka, ale i całe skarby srebra! Największy był wagi ponad dwa i pół kilograma, większość skarbów późniejszych – w monetach arabskich. Najpóźniejsze pochodziły z roku 960, co o tyle ciekawe, że w tym czasie ustawał i dopływ dirhemów na ziemie państwa „naszego” Mieszka. Zamierał snadź wtedy handel niewolnikami…

Birka była jednym z trzech wielkich – jak na kraje Północy – centrów handlowych nad Bałtykiem obok Hedeby i Wolina, żyło tu kilkuset do tysiąca kilkuset stałych mieszkańców. Utrzymywali tu swoją faktorię kupcy fryzyjscy, a znany uczony niemiecki, Rudolf Virchov, w roku 1894 domyślał się – tylko na podstawie znajdowanej tu słowiańskiej ceramiki – że nie zlokalizowana jeszcze Birka w ogóle była słowiańską faktorią handlową! W latach pięćdziesiątych XX stulecia wykopaliska na wyspie Helg na tym samym jeziorze ukazały znowu ceramikę słowiańską z IX wieku – nie mówiąc już o posążku Buddy gdzieś zza Wielkiego Stepu. Jeszcze zaś w skandynawskich pracach z XIX wieku trafiłem na wiadomość o tych pierwszych monetach arabskich, znalezionych w Szwecji, wybitych w roku 698, więc na pewno nie hiszpańskich, ani chorezmijskich, czyli że na pewno z Bliskiego Wschodu. Przybyły najwcześniej w VIII wieku… Skąd? Hm, albo z Fryzji, albo, jeśli nie z Fryzji, to jedynie z terenów przyszłej Rusi. Jeśli z staroruskiego „Gaerdarike”, królestwa grodów, oznaczało to, że tam otwierała się droga do bogactw.

Birka, wtrąćmy, ma swoje szczególne miejsce w historii kultury Rusi, zwłaszcza – Nowogrodu: dała nazwę nowogrodzkim „birkom”, drewnianym miarkom, ocechowanym dokładną podziałką. Znak to, że ze Skandynawią wiązał Nowogród wcześniej – handel. I może to handel sprowokował najazdy…? Tylko – czyje?

U wejścia z jeziora Ładoga, wtedy – Newo, na wpadający do niego Wołchow leżała znana już nam – Stara Ładoga. Sagi zwały ją „Aldegyuborg”, „dawno-założoną-twierdzą”, Skandynawowie nie kojarzyli jej bynajmniej z przeładunkami. Znany już nam archeolog Rawdonikas odkopał tam pozostałości ich jednoizbowych, dużych domostw. Te specyficzne wielkie izby część uczonych miała za świetlice lub magazyny, nie mogąc wyobrazić sobie kopulacji mieszkańców pośród publiczności; jednakże w tych izbach panował mrok, rozświetlany tylko ogieńkiem knotów z naczyń, napełnionych tranem; kochanków kryły zaś futra i grube skóry, tłumiące odgłosy przeżyć miłosnych…

Owe domostwa pochodziły, uwaga!, z VIII – IX wieku. Ten VIII wiek uzasadnia moje wątpliwości na temat początków Birki. Nie mogła być późniejsza. Co najmniej – równego wieku. Ładoga, jak widzimy, „Stara” była już w sagach. Była dawna, jak i dawna była Stara Russa. Czy „Stara” dlatego, że jacyś Skandynawowie tak wcześnie nad nią zapanowali? W każdym razie nie ominęli jej i nie popłynęli od razu w górę Wołchowa. Stąd, od Ładogi, dosięgli Ilmenu. Kto? Na pewno nie Swewowie. Nie mieli jeszcze jakiegoś jednego konunga. Na samym Upplandzie, na północ od Birki, co najmniej trzy plemiona siedziały w kraikach zwanych Attunda, Tiunda i Fjaedrunda; „tia” to w szwedzkim „dziesiątka”, imię trzeciego z plemion wiąże się z „fjaeder”, piórami, to zaś ostatnie plemię na pewno mieszkało na zachód od Uppsali, nie nad morzem. Co gorsza, nie wiem, w jakiej ewentualnej trawestacji dźwiękowej szukać pochodnego nazewnictwa miejscowego na mapie współczesnej Rosji. Birką rządził thing starszyzny z konungiem, jednego z nich pozyskał w IX wieku Ansgar. Runiczne zapisy na kamieniach z Upplandu informują nas, że „wikingowie” napadali i te ziemie. Najeźdźcami być musieli zatem – Danowie.

Przedostawali się nie tylko do Ilmenu. Nestor notuje pod rokiem 859, że „Waręgowie zza morza przychodząc, brali dań od Czudów i od Słowian, od Merów i od Wesów i Krywiczów”. Ci niedługo potem „wygnali Waręgów za morze i nie dali im dani”. Wygnali. Co znamienne, Nestor nie nazywa ich „Rusami”. To byli inni Waręgowie.

Pierwszy Latopis Nowogrodzki na podstawie zapewne tych samych, wcześniejszych zapisów, rysuje dokładniej, jak się to wszystko wedle tradycji nowogrodzkiej odbyło:

„…Nowogrodzcy ludzie zwani byli Słowienami, Krywiczami i Mari („nowogrodzcy ludzie” oznaczają tu nie mieszkańców samego Nowogrodu, a mieszkańców całego „władztwa”

nowogrodzkiego, o zasięgu terytorialnym z czasów powstania Latopisu). Słowienie mieli swoją ziemię, a Krywicze swoją i Mari swoją; każde (plemię) rządziło się swoim rodem, a Czudź swoim rodem, i daninę dawali Waregom od męża po bielu i po wiewiórce; a ci, co byli u nich, ucisk czynili Słowienom, Krywiczom i Mari, i Czudzi. I powstali Słowienie i Krywicze, i Mari, i Czudź przeciwko Waregom i wygnali ich za morze” (cytuję za anonimowym tłumaczeniem polskim z 1955 r. Borysa Griekowa „Rusi kijowskiej”).

Rabusie najbliżej mieli do Saamów, proto-Lapończyków nad jeziorem Newo, i do Kalewanów w dzisiejszej Estonii. Czudzią, Czudami, byli oczywiście Wotowie. Do Krywiczów, i to raczej do „pskowskich”, czyli wtedy – „izborskich” (Połoczan znad Połoty i ich Połock wymieni Nestor później, w innym kontekście, zaś Izborsk wróci w tej opowieści bezpośrednio) napastnicy ciągnęli przez jezioro Pejpus, które dla Słowian było zawsze jeziorem Czudzkim. Albo też po prostu płynęli w górę Dźwiną.

Już wiemy że ci Waręgowie nie przybywali z ziem szwedzkich. Jak sobie z nimi poradzili Słowienie, Krzywicze, Mari i Czadź, opowiem. To będzie wielka a niespodziewana historia.

Stefan Bratkowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +7 (from 7 votes)
Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (21), 10.0 out of 10 based on 4 ratings

2 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 2013-05-08
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-05-08
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com