nathan gurfinkiel: dahab, dahab…

natan sepia2013-05-16.

nie wiedzieć czemu przylgnęła do mnie reputacja badacza pustyń. nawet w publikacji książkowej: „polak w świecie – leksykon polonii i polaków zagranicą” (wyd. pai, 2001), w której zostałem unieśmiertelniony (jaki leksykon, taka nieśmiertelność) można znaleźć wzmiankę na ten temat.

na prośbę, – nie pomnę już, czyją – zacząłem pisać o sięgających przełomu lat ’80 i ’90 początkach mojej pustynnej fascynacji. pisałem jak popadnie, bez szczególnej dbałości o styl i chyba z zaniżonymi wymaganiami wobec siebie. nie wytrwałem i opowieść urywa się z powodu mego sławetnego lenistwa.

kiedy później, po kilku latach przeczytałem te zapiski ex post, uznałem że niedokończenie wychodzi im nawet na dobre. W paradoksalny sposób tekst zyskał na kilkuletnim leżakowaniu, bo przeczytałem go bez znudzenia. sięgnięcie do tych notatek uzmysłowiło mi, że opisany tu sposób podróżowania coraz bardziej odchodzi w przeszłość i takich miejscowości jak ówczesny dahab jest już coraz mniej w świecie. po raz pierwszy tknęło mnie na ten temat, kiedy już w obecnym stuleciu, z plecakiem i nieodłącznym „lonely planet” pojechałem do luxoru i asuanu i tam, w rozkładzie jazdy dalekobieżnych autobusów zobaczyłem rejs do dahabu.

teraz dahab jest już regularnym kurortem z hotelami i ośrodkiem sportów wodnych. moja córka naomi (kurka, jak nazywa ją rodzina i nasi polscy przyjaciele), nurkuje, była więc tam kilka lat temu…

podejrzewam, że wkrótce zaczną powstawać pierwotne osady tworzone metodą przemysłową . agencje turystyczne rzucą się sprzedawanie pobytów w neoprymitywnych miejscowościach, a zesnobowani turyści, którzy zwiedzili już prawie wszystko będą z radością płacili duże pieniądze za miejsca pozbawione elementarnych udogodnień. ci biedniejsi i z mniej wysublimowanym gustem nadal będą lokowani w komfortowych hotelach i dyskretnie dowożeni na wycieczki do stworzonych w ten sposób beduińskich rezerwatów.

_______________________________________________________________________

W Jerozolimie nie wiedziałem jeszcze, że za moment, za kilka dni rozpoczną się najpiękniejsze wakacje mego życia. Mieszkałem w małym arabskim hostelu, w cichym zaułku o kilka zaledwie kroków od wiecznie rozedrganego suqu. Gdy któregoś dnia, zmęczony całodzienną wędrówką, wróciłem z zamiarem rzucenia się na łóżko. Ramadan, pulchniutki chłopiec, z rozbieganymi, chytrymi oczkami, zatopionymi w nalanej twarzy, zastępował w recepcji swego ojca. Wlepił we mnie uważne spojrzenie i wyszeptał przenikliwym falsetem: mam bardzo piękną siostrę. Nie szczególnie mnie to interesuje – odpowiedziałem. Nie dał się jednak tak łatwo zbić z tropu. -Brata też mam – usłyszałem w odpowiedzi. Zniesmaczony moją oziębłością sięgnął po klucz …

W tym hostelu, zamieszkałym przez różnojęzyczną gromadę backpackerów, można było kupić niemal wszystko: narkotyki, podrabiane perfumy, kradzione zegarki i części garderoby. Można było tez uzyskać informację na każdy temat – najczęściej niedokładną. Któregoś wieczoru w hotelowej kawiarence, ciężkiej od oparów hasziszu i marii iwanowny, jeden ze współbiesiadników zapytał czy mówię po francusku. -Niezbyt dobrze – odpowiedziałem. Właściwie, to nawet nie mówię.- Szkoda – powiedział. Mam nowy francuski paszport. Nie żadna tam podróbka – autentyczny. Tanio! Podobnie jak syn właściciela naszego przybytku zdziwił się, że nie rzucam się ochoczo na tę niebywałą okazję…

Współmieszkańcy zachęcali mnie bym pojechał do Elatu. Namawiali mnie na to rożni ludzie, a zwłaszcza małomówna norweska dziewczyna z melancholijnym uśmiechem na obliczu. Jej twarz zimna jak zorza polarna, lecz jasna zarazem i pełna słodyczy, sprawiła, że uwierzyłem opisom i postanowiłem zobaczyć to niebywale pono piękne miejsce. Namawiałem ją nawet, żebyśmy pojechali tam razem, ale powiedziała, że właśnie stamtąd wróciła i za dwa dni ma samolot do Oslo.

Przed podróżą wstąpiłem jeszcze do wujka w Ramat – Gan pod Tel – Avivem i posiedziawszy dla przyzwoitości dwa dni pojechałem na telawiwski dworzec autobusowy, najwrzaskliwsze chyba naonczas miejsce w Izraelu. Dworzec był połączeniem orientalnego bazaru z domem dla obłąkanych. Wszystkie napisy były po hebrajsku. Nie znałem alfabetu, a gdybym nawet jakimś wysiłkiem woli przypomniał sobie te znaki, których zostałem nauczony we wczesnym dzieciństwie, to i tak nie rozróżniłbym nazw, bo nigdy nie zdążyłem opanować całego alfabetu. Na szczęście wyłonił się funkcjonariusz dworcowy w służbowym uniformie, zapytałem go więc z której platformy odjeżdża autobus do Elatu, W odpowiedzi zaczął na mnie wrzeszczeć łamaną angielszczyzną: – tobie wydaje się, że mi płacą za udzielanie takich informacji, co? Ty byś na pewno nie pracował za takie zasrane pieniądze. Czy wiesz ile ta pierdolona firma mi płaci? Nie będę ci nawet mówił, bo i tak nie uwierzysz. Skurwysyny! Nie męcz mnie, zapytaj kogokolwiek, najlepiej żołnierza jakiegoś….

Zagadnąłem grupkę roześmianych chłopców i dziewcząt w mundurach i zabrali mnie z sobą, bo szli do tego właśnie autobusu. Po półgodzinie kierowca włączył silnik…

Droga prowadziła przez Negev i wówczas po raz pierwszy zobaczyłem pustynny krajobraz, jeżeli nie liczyć widzianych przedtem piaszczystych wzgórz między Jerozolimą a Morzem Martwym. Oglądanie pustyni na zdjęciach jest bezcelowe, to tak jakby widziało się reprodukcje arcydzieł malarstwa – za każdym razem w innej tonacji kolorystycznej, aż w końcu nie wiadomo już które kolory są prawdziwe, a które powstały w laboratorium fotograficznym. Tak było z jednym z moich ulubionych obrazów: portretem małżeństwa Arnolfinich Jana van Eycka. Dopiero kiedy obejrzałem płótno na ścianie w londyńskiej National Gallery, zobaczyłem w jakich kolorach obraz został naprawdę namalowany.

Pustynia mieni się odcieniami, o jakich ilustracje nie dają nawet pojęcia i odkrycie to sprawiło, że zapragnąłem zapuścić się w nią jak najgłębiej, najdalej, aż po kres możliwości…

Kiedy jechałem tym klimatyzowanym autobusem, nie miałem również wyobrażenia o pustynnym skwarze. W Ber Szewie mieliśmy półgodzinny postój. Wychodziło się na zewnątrz jak do pieca, w którym przypiekano biblijnych młodzianków i który nie zdążył ostygnąć od tamtych czasów..

Bufet stacyjny był źle klimatyzowany, hałaśliwy, nieprawdopodobnie brudny i cuchnął tanimi potrawami. Lepszy był już upał na zewnątrz, wydostałem się więc z sali i poszedłem obejrzeć egzotyczne płazy w pobliskim terrarium…

Negev był jednak tylko przedsionkiem pustyni, a upał w Ber Szewie mglistą zapowiedzią prawdziwego żaru, przed którym nie ma ratunku.

Ulice były puste, bo autobus dosięgnął Elatu w godzinie największej spiekoty. Obładowany plecakiem brnąłem ostatkiem sił w kierunku plaży. Miałem tam odnaleźć mego kuzyna, naonczas sierżanta armii izraelskiej, odbywającego w Elacie ćwiczenia dla rezerwistów. Droga, choć krótka, zajęła mi ponad dwie godziny. Czując, że nie doczłapię się do plaży, musiałem kilkakrotnie chronić się w wyludnionych o tej porze knajpkach, by zaznać ochłody i nabrać sił do dalszej drogi… Kiedy tak siedziałem w zaciemnionym i klimatyzowanym wnętrzu, traciłem poczucie czasu i przeżywałem halucynacje.

Wydawało mi się że czekam na fińska studentkę szwedzkiego uniwersytetu w Turku, którą spotkałem czy też miałem dopiero spotkać w Amsterdamie, bo upał zakłócał chronologię zdarzeń. Spędziliśmy wówczas kilka nocy w ciasnej kajucie na zakotwiczonym w kanale stateczku. Miała najbardziej oszałamiający biust, jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się oglądać u kobiety – prawdziwe arcydzieło kreacji boskiej, do którego winni byli pielgrzymować rzeźbiarze z całego świata we wszystkich epokach. Kształt jej piersi i ich konsystencja doprowadzała mnie do obłędu i sprawiała, że kochaliśmy się niemal bez przerwy, a potem, wyczerpani, zasypialiśmy w polinezyjskiej pozycji i zwlekaliśmy się z niewygodnej koi koło południa…

…Mokłem z nią w Pradze. Martwiłem się, gdzie się wykąpiemy, bo choć była tuż obok, choć całowałem ją i trzymałem w objęciach, tęskniłem nieprzytomnie… Pragnąłem wspaniałych naszych zabaw ze stateczku w amsterdamskim kanale tak bardzo, że hotel, położony przecież w pobliżu, zdawał się być usytuowany niemal na antypodach i był odległy o lata świetlne, a ona choć odwzajemniała me pragnienia i trawiona była tym samym ogniem, chciała jednak zachować resztki dobrych manier i wykąpać się, bo – jak mówiła zadyszanym i rwącym się głosem – musiała zmyć z siebie to umorusanie naszą rozłąką.

Niebo zrobiło się ciężkie, chylące już się ku zachodowi słońce przebijało się gdzieniegdzie przez ołowianą powłokę. Pozwoliła przyprzeć się do muru, jakbym był żołnierzem na przepustce, a ona pokojówką w domu dowódcy mego pułku – wszystko działo się niemal poza czasem i przestrzenią… Nie bacząc na tłum, nie zauważając kłębiących się obok nas ludzi, nie licząc się z przyzwoitością obnażyła je obydwie i zobaczyłem niemal jak kariatyda z elewacji nagle ożyła i zeszła na chodnik…

Uwolnione z tekstyliów wyfrunęły mi na spotkanie, a ja przygniatając ją do secesyjnego frontonu, w strugach letniego deszczu głaskałem obydwie, przywierałem do nich ustami, nie mogąc się zdecydować którą bardziej pragnę, całowałem więc je na zmianę, a ta wyczekująca nie robiła mi scen zazdrości – prężyła się w strugach wody i słodkiej pokorze. Poddawały mi się ochoczo, ale im bardziej do nich lgnąłem, tym twardsze były, im zapamiętalej je głaskałem, tym jędrniejszy stawał się opór, tym mocniej wrzynały się we mnie, kluły, przeszywały na wylot, przypiekały ogniem, zabijały i ożywiały na nowo… Stałbym tak z nią w tym praskim deszczu i zapamiętaniu, w obezwładniającej rozkoszy, w samym sercu zapomnienia, w obojętności na wszystko co nie było nią, mną, nami – stałbym tak dotychczas, gdyby wchodzący gość nie wytrącił mnie z drzemki przy stoliku… Zamarzyłem, by znów pozwoliła dotknąć się wyobraźnią, dała opaść mym powiekom i znów owładnęła mną we śnie…

Plaża była brzydka. Tuż przy brzegu dość wąski pas zwiezionego tu i wysypanego piasku. Nieco głębiej betonowe gmaszyska hoteli – Torremolinos w miniaturze. Elat nie wart był tej pięciogodzinnej jazdy autobusem i kiedy zastanawiałem się co dalej robić, dostrzegłem na plaży grupkę chłopców z plecakami. – Are you Danish or Swedish by any chance? -zapytał jeden nich. – Skąd przyszło ci do głowy? – zagadnąłem go po duńsku.- Nalepka na twoim plecaku -powiedział. Okazało się, że jesteśmy niemal sąsiadami w Kopenhadze i ośmielony tym ziomkostwem zapytałem czy nie zna jakiegoś taniego miejsca noclegowego. Znam – powiedział i wskazał ręka na piasek. To jedyne, co jest tanie w tym mieście…

Brnąłem nadal przez plażę wśród tłumu biwakujących tu chłopców i dziewczyn, kiedy usłyszałem rozdzierający glos: Natan! Odwróciłem się i zobaczyłem Sonię, szwajcarską dziewczynę z mego jerozolimskiego hostelu. Mieszkała ze swym przyjacielem w pokoju sąsiadującym z moją domitory. Patrzyła na mnie zapłakanymi oczami…

Pokłóciłam się z Tonym – oznajmiła mi Sonia. Coś mi odbiło, miałam jeden ze swoich złych dni i nawymyślałam mu, miotałam wyzwiskami, wywrzaskiwałam że nie chcę go znać, choć wcale tak nie myślałam. Odwrócił się i poszedł ledwo powiedziawszy do widzenia. Opowiadała mi historię swego romansu ze szczegółami, które wprawiały mnie w zawstydzenie i których nie chciałem znać, ale nie przerywałem tej chaotycznej, poplątanej i bezsensownej narracji, rozumiałem, że musi to wszystko z siebie wyrzucić i że zrobiłaby to samo wobec każdego, kto znalazłby się na moim miejscu. Kiedy wreszcie zmęczyła się utyskiwaniem na zawiedzioną miłość, lub może tylko zranioną ambicję, wlepiła we mnie uważne spojrzenie i powiedziała: pojedź ze mną na Synaj, rano jest autobus…

Ciemność zapadła niemal momentalnie po zachodzie słońca i można było wreszcie odetchnąć od skwaru. tabliczki umieszczone co kilkanaście metrów informowały, że na plaży nie wolno pod groźbą grzywny spać, wszczynać hałasów, rozpalać ognisk, tańczyć i dopuszczać się czynów, obrażających moralność publiczną. Nikt nie przejmował się tymi zakazami. Po zapadnięciu zmroku nastał nieustający piknik: płonęły ogniska, grano na instrumentach i tranzystorkach, tańczono. palono marię iwanownę. wszędzie leżały pary splecione w uścisku, trzeba więc było poruszać się z pewna ostrożnością. Gęsty tłum podzielony na takich, którzy wędrowali z Izraela do Egiptu i tych, co wracali z Egiptu do Izraela. Obok biwakowały trzy angielskie dziewczyny, które śmiejąc się rozpamiętywały co pikantniejsze szczegóły swej egipskiej podróży. Zapytałem jaki jest Egipt i usłyszałem że cheap and dirty… Sonia miała śpiwór. Położyłem się obok na piasku i oparty o plecak usiłowałem się zdrzemnąć. Byłem zmęczony i hałaśliwą wesołość tłumu nie mogłaby mi przeszkodzić w zaśnięciu. Leżałem jednak obok ładnej, płowej i rosłej Helwetki, której wygląd przyciągał chmary śniadych izraelskich chłopców. Nagabywali ją bez przerwy i na nic nie zdawały się jej tłumaczenia, że jest ze mną…

Co jakiś czas na plaży zjawiali się policjanci i recytowali to, co można było przeczytać na tabliczkach. Tłum przejmował się tymi pouczeniami jeszcze mniej, niż wypisanymi na obwieszczeniach groźbami grzywien, a policjanci sami nie wierzyli, że znajdzie się ktoś na tyle głupi, by potraktować serio ich pouczenia. Miedzy naruszycielami prawa a jego egzekutorami panowała więc niezakłócona harmonia, wzajemne zrozumienie i bez mała przyjaźń….. W nocy tuż nad plażą przelatywały samoloty, które za chwilę miały wylądować na pobliskim lotnisku. Pożyczyłem od kogoś koc, bo zerwał się wiatr i otuliwszy się zasnąłem na krótko przed świtem. Rano obmyliśmy twarze w morzu i popędziliśmy na przystanek autobusu, który miał nas zawieźć do odległego o kilkanaście kilometrów przejścia granicznego w Tabie, należącej jeszcze wówczas do Izraela. Kiedy czekaliśmy na autobus niespodziewanie wynurzył się Tony. Spał, jak się okazało, o kilkaset metrów dalej i też nie bardzo wiedział co z sobą począć po tej awanturze, postanowił więc z rozpaczy pojechać na Synaj. Sonia padła mu radośnie w objęcia i wyruszyliśmy w drogę we trójkę…

Kontrast miedzy izraelskimi a egipskimi żołnierzami był uderzający. W Tabie, która na mapie jest miejscowością, a w rzeczywistości mieści się tam jeden luksusowy hotel z ośrodkiem, sportów wodnych trzeba było najpierw przejść przez izraelską kontrolę graniczną. Umundurowana panienka z security najpierw długo oglądała drewniana figurkę Jezusa, którą kupiłem na straganie przed Kościołem Narodzenia w Betlejem. Wzięła ją w rękę, opukiwała, powąchała nawet, a kiedy przekonała sie, że nie jest to plastikowa bomba, czego zapewne się obawiała, albo przynajmniej udawała że się boi, zapytała po co mi figurka Chrystusa, skoro jestem Żydem. Tak – powiedziałem – jestem, ale nie takim wścibskim jak ty, co to wtrąca sie w nie swoje sprawy. To moja praca – powiedziała – i nie wolno ci mnie obrażać, bo jestem na służbie. Odparłem, że pytanie wykracza dość daleko poza obowiązki służbowe i nie mam zamiaru jej tłumaczyć co zrobię z moim Chrystusikiem. Atmosfera stawała się gęsta, ale uratowała mnie kolejka. Spojrzawszy na czekający za mną tum warknęła cos na temat arogancji Żydów z diaspory i przystawiła stempelek w moim duńskim paszporcie.. Po przejściu jakichś trzystu metrów ziemi niczyjej wchodziło się do baraczku egipskiej kontroli granicznej. Zamiast jednego stempelka w paszporcie miałem całą stronę upstrzoną pieczątkami rożnej wielkości i kształtu. Nim sie je uzyskało trzeba było chodzić od biurka do biurka, zapełniać jakieś ankiety i wnosić opłaty, ale żołnierze załatwiający te formalności byli przyjaźni, uśmiechnięci, odprężeni, częstowali papierosami i przepraszali za egipska biurokrację.

Z baraczku szalo się do nieprawdopodobnie zdezelowanego autobusu z dawno wyblakłym lakierem, bez szyb, ze zużytymi oponami. Już przed przybyciem gromadki turystów autobus załadowany był po brzegi rozwrzeszczanym i gwałtownie gestykulującym tłumem Beduinów. Byli objuczeni tobołami, wśród których trzeba było torować sobie drogę wewnątrz wehikułu. Kiedy wsiedliśmy, wydawało się że autobus nie ruszy z miejsca z takim obciążeniem. Ruszył jednak dość żwawo i konduktor zaczął sprzedawać bilety. Musiał w tym celu wydostawać się na dach i wchodzić oknem. Ponawiał te operacje kilkakrotnie, aż wszyscy uiścili opłatę. Czekało nas około 250 kilometrowa drogi po wypalonej słońcem szosie wijącej się przez skalistą i górzystą pustynię. Byłem głodny, bo nie mieliśmy czasu na śniadanie i siedzący obok mnie stary, bezzębny beduin w wyblakłym od słońca burnusie, jakby przeczuwając moją męczarnię wyjął z torby śniadanie. Odłamał kawał stwardniałej pity, a potem wydobył kawal wyschniętego na wiór sera i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Uśmiechnąłem się i przyłożyłem rękę do serca. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że słowo: dziękuje, to shukran, ale bardzo łatwo porozumieliśmy się na migi. Kiedy posililiśmy się, mój sąsiad wydobył jeszcze bukłak z wodą i podał mi pierwszemu, a gdy napiłem się, wytarł rękawem brzeg naczynia i upił kilka łyków.. Później rozmawialiśmy, każdy w swoim języku i droga upłynęła nam na przyjaznej pogwarce. Mój towarzysz podróży, chcąc dać mi do zrozumienia, że zbliżamy się do celu wędrówki pokazał na kilka wielbłądów, objuczonych ładunkami. Prowadził je poganiacz. Na jednym siedziała majestatyczna kobieta nieprawdopodobnej urody, gęsto obwieszona biżuterią, wśród której przykuwał uwagę masywny naszyjnik i bransolety z kutego srebra.. Miała na sobie ciężką suknię, z kunsztownym haftem, przetykanym cekinami i kolorowymi paciorkami. Kiedy autobus zatrzymał się, sąsiad dal mi do zrozumienia na migi że jedzie dalej. Padliśmy sobie niemal w objęcia… Było popołudnie i nasza mała gromadkę czekało jeszcze sześć kilometrów brnięcia przez grząski piasek, Dźwigaliśmy plecaki, z nieba lał się żar. Na szczęście nikt z nas nie wyprawił się w podróż z gołą głową..

Dahab, modna dziś miejscowość wypoczynkowa nad zatoka Akaba, nieco na północ od Sharm el Sheikh, był wówczas małą beduińską osadą Na jej obrzeżach wzniesiono kilkanaście, może dwadzieścia szałasów z wikliny i liści palmowych. Uiściłem opłatę za dwie noce, z których przespałem jedną. Rano przeniosłem się do obozowiska pod gołym niebem, obok kawiarni nad brzegiem. Było nas 150-200 osób przeważnie Anglików. Kawiarnia, podobnie jak kilka innych lokali była, osłonięta dachem, ale nie miała ścian. Można było dostać herbatę i kawę, pitę z topionym serem i pitę z dżemem. Była jeszcze woda mineralna, której prawie nikt nie kupował, bo była droga i ciepła. Nasz kurort pozbawiony był elektryczności, nie było więc lodówek. W trzech funkcjonujących tam restauracyjkach podawano rybę z frytkami lub rybę z ryżem, na deser herbata lub kawa. Po zebraniu kilku zamówień kelner wsiadał w łódeczkę, wyławiał kilka ryb, patroszył je i rzucał na patelnię. Temperatura nigdy nie spadała poniżej 40 stopni w cieniu, najczęściej było około 45-ciu, nie można więc było przechowywać żadnych produktów, zwłaszcza ryb. Naczynia myło się piaskiem i spłukiwało w morzu. Tam również spłukiwaliśmy rano z siebie resztki snu i praliśmy bieliznę…

W dzień chroniliśmy się przed upałem nad wodą, zanurzając się w niej co chwila . Plaża była wspaniała i pusta, rozciągnięta na dziesiątki kilometrów. Gdy któregoś dnia wywędrowałem brzegiem dość daleko, usłyszałem głośną rozmowę po duńsku. Pięć moich awaryjnych rodaczek rozsiadło się nad brzegiem. Wdałem się z nimi w pogawędkę i kiedy dowiedziały się, gdzie mieszkałem w Jerozolimie, jedna z nich opowiedziała, że przyjechały tam w Wielkim Tygodniu i nie mogły znaleźć noclegu. Ulokowano je na materacach w piwnicy mojego hostelu, a wówczas odkryły, że mieszkał tam stary pomieszany Arab, który siedział tam od dwudziestu lat i odmawiał wyjścia na światło dzienne. Córy mojej zastępczej ojczyzny opalały się z gołymi biustami, co było naonczas wiodącą modą w Danii, nie zwróciły więc uwagi na tabliczkę z groźnym zakazem. W samym środku naszej frywolnej momentami pogwarki rozległ się warkot silnika i jeep zazgrzytał hamulcami tuż przed nami. Z pojazdu wytoczył się miejscowy szeryf – mały i pokracznie gruby sierżant egipskiej policji, który czuwał nad bezpieczeństwem naszego obozowiska. Zrobił groźną minę i wybełkotał łamaną angielszczyzną, że Egipt jest muzułmańskim krajem i topless jest ciężkim wykroczeniem, bardzo ciężkim, bo obraża uczucia religijne i zakłóca spokój ludności. Jedna z dziewczyn, wysoka i dorodna, z biustem, który byłby wymarzona reklama duńskiego nabiału, podniosła się z miejsca. Z promiennym uśmiechem na twarzy, kołysząc biodrami, tanecznym krokiem podeszła powoli do sierżanta. Była wyższa od niego o głowę, Przysunęła sie tak blisko, że jej naga pierś dotykała niemal twarzy przedstawiciela porządku publicznego. Wywijając mu przed nosem tym, czym natura tak szczodrze ją obdzieliła, powiedziała omdlewającym głosem – ach nie wolno… strasznie pana przepraszamy…zagadałyśmy się na temat wspaniałości pańskiego kraju i tak jakoś wyleciało nam to z głowy. Ależ oczywiście, drogi sierżancie, natychmiast doprowadzimy się do porządku. .Dopilnuję osobiście, żeby moje przyjaciółki zastosowały się do nakazu i zawsze go przestrzegały. .. Szeryf wił się jak na torturach, patrzał na bezwstydnie obnażoną skandynawską piękność. Burknął groźnie, że następnym razem nie skończy się na upomnieniu i poratował się ucieczką. Wsiadł do jeepa i przekręcił klucz w stacyjce. Kiedy samochód odjechał, rozległ sie potężny wybuch wesołości…

Byliśmy zwartą grupą, rodzina niemal i ci, którzy , ci którzy po jednym dniu biwakowania nie wywędrowali do Nuweiby, do malo jeszcze wówczas zaludnionego Sharm el Sheikh lub na Świętą Katarzynę, dokąd praktycznie można było dojechać tylko taksówką, jeżeli podróż miała trwać mniej, niż. dwa dni, wiedzieli nawzajem jak się nazywają, co robią i skąd przyjechali. Mogliśmy spokojnie zostawiać plecaki bez nadzoru, mając pewność, że nikt nie będzie w nich grzebał. W ciągu mego trzytygodniowego pobytu raz tylko zdarzył się wypadek kradzieży. Jedna z naszych dziewczyn, Sheila, ekspedientka w sklepie odzieżowym w Bath zakochała się bez pamięci w wysportowanym, opalonym i śniadym chłopcu, z twarzą amanta filmowego. Wjechał on pewnego dnia w sam środek obozowiska na swoim BSA. Sheila, mila, niebrzydka i pogodna, ale będąca usposobieniem angielskiej przeciętności, rzuciła się przybyszowi w objęcia na pierwsze skinienie. W Anglii nie miałaby nigdy sposobności, nawiązania romansu z kimś takim jak Derek. Pochodzący ze znakomicie sytuowanej i mającej świetne koneksje rodziny student archeologii z Oxfordu musiał wydać się jej jedną z postaci, które ogląda się tylko na filmach. Widzieliśmy ich ciągle wpatrzonych w siebie, splecionych uściskiem, nie zwracających na nikogo uwagi. Pewnego ranka Derek zniknął, a Sheila zaniosła się histerycznym płaczem. Kiedy dziewczyny jęły ją pocieszać i tłumaczyć, że może nie wart był aż takiego uczucia, Sheila wrzasnęła: w dupie mam uczucia. Ten skurwysyn zabrał mi wszystko co miałam. Co do grosza. Nie mam nawet na to żeby sie przeżywić, nie mówiąc już o dotarciu na lotnisko… Opodatkowaliśmy się wszyscy i wyrównaliśmy Sheili ubytek…

Miejsca były ogólnie respektowane. Ja znalazłem siedzenie z wraka kabiny ciężarówki i przytargałem na biwak. Jedna sprężyna trochę wystawała, ale można się było przyzwyczaić. Mój sąsiad, Dieter, lekarz z Hamburga. który odkąd porzuciła go żona przyjeżdżał tu corocznie, rozwiesił hamak na dwóch palach wbitych w piasek i wszyscy wiedzieli, ze jest to hamak Dietera. Wieczorem siedzieliśmy na miejscu. po to żeby się ruszyć dokądkolwiek, nawet do pobliskiej restauracyjki potrzebna była latarka, W bezksiężycowe noce czerń pochłaniała wszystko bez reszty i można było potknąć się o jakiś konar, lub kamień, albo stoczyć się ze zbocza… Wyprawialiśmy sie wiec w grupach do restauracyjki, wracaliśmy również razem. Zasypialiśmy późno. Rano najpierw budziły nas roje muszek. Opędzaliśmy się przez sen. Potem były stada karłowatych kózek. Właziły miedzy nas i lizały nas po twarzach… Jeszcze później, kiedy słońce wynurzało się zza horyzontu, z wody obok saudyjskiego brzegu, Male beduińskie dziewczynki w koszykami wypełnionymi pitą budziły nas wrzaskami: bita, bita! Targu dobijano niemal przez sen… Potem myliśmy się w zatoce, albo szukaliśmy ustronnego miejsca z dala od obozowiska. Nieopodal była wprawdzie wygódka, ale nikt od dawna z niej nie korzystał: smród i miliony much mogły odstraszyć największego śmiałka.. W dzień. siedzieliśmy w wodzie, lub chodziliśmy wzdłuż plaży, czekając na nadejście wieczoru, kiedy słońce przestanie prażyć. Któregoś dnia z trudem dowlokłem się do restauracyjki, żeby napić się herbaty z ziołami. Wypijałem 20-30 filiżanek dziennie, bo Dieter odradzał mi nawet picie wody. Przy stole siedziały dwie dziewczyny, jedna nieprawdopodobnie brzydka i kiedy zbliżyłem się na odległość pozwalająca rozróżniać słowa, słyszałem że mówiły po norwesku. Ładna tłumaczyła brzydkiej: hun betalar femtifire procent i skat – ona płaci 54 procent podatku. Po to było trzeba całej tej wędrówki, brnięcia przez piasek w czterdziestokilkustopniowym upale, żeby znów znaleźć się w gąszczu skandynawskiej codzienności.. Ostatkiem sił dobyłem z siebie głos i powiedziałem:. Cześć siostrzyczki, miło mi… nareszcie niemal w domu. Pochłonięte tematem nie wychwyciły ironii w moim powitaniu…

nathan gurfinkiel

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 3 votes)
nathan gurfinkiel: dahab, dahab..., 10.0 out of 10 based on 3 ratings