Jarosław Dudycz: Wszyscy do wymiany

Print Friendly, PDF & Email

pilka2013-06-11.

Bywam niewolnikiem stereotypów, to prawda. Jak każdy polski mężczyzna lubię się znać na futbolu i kupować fachowe wydawnictwa. Przeglądam właśnie „Przegląd Sportowy”, jak codziennie rano, i widzę, że dziennikarze Marcina Kality za wzór wszystkich sportowych cnót, za ideał i wyrocznię mają trenera Engela, który wyrasta na łamach „PS” na guru trenerskiego fachu, na autora jakiejś cudownej idei szkoleniowej. Czytam artykuł o pomysłach na reprezentację i jego wymowa –  mniej więcej – jest taka, że Engel jest autorem jakiejś swoistej szkoły futbolu.

Nasuwa się pytanie, całkiem zasadne wobec powyższego: czy wciskanie Engela w każdy zakamarek artykułów o polskiej reprezentacji to zalążek jakiegoś fanklubu, grupy religijnej czy po prostu dyskretne lobby, by pan Jerzy znowu stał się kimś więcej w polskiej piłce niż tylko telewizyjnym mądralińskim?

Nie mam do „PS” pretensji, że ma swoje sympatie i jest konkretnym środowiskiem jednych popierającym, innych ganiącym. To zupełnie zrozumiałe, że powstają w świecie obozy o wyrazistych sympatiach. Wiarę w neutralny, wolny od polityki świat straciłem w przedszkolu. Sęk w tym, że czasami na faworytów wybiera się ludzi dwuznacznych, mających najlepsze lata za sobą, zdecydowanie przegranych, mimo dawnych momentów chwały. Czasami skazy na wizerunku są zbyt wyraźne, trzeba o nich wprost powiedzieć, nie można ciągle nadmuchiwać balonika. I to właśnie w tym miejscu mam uwagi do dziennikarzy „PS”: jeśli tak już chwalicie Engela za jego niebywałe osiągnięcia, to powiedzcie też o brakach. Lubcie sobie tego Engela, ale nie róbcie z niego herosa.

Nikt nie zakwestionuje sukcesu, jakim był przełomowy awans do mistrzostw świata w roku 2002, nikt też nie zapomni Engelowi wielu dobrych posunięć personalnych, choćby wypromowania Olisadebe, ale trzeba też, nim się dokona apoteozy tego trenera, wspomnieć dwa istotne fakty, które istotnie pomniejszają jego – tak przez dziennikarzy „PS” brązowioną – sylwetkę.

Po pierwsze, Engel trafił na najłatwiejszą od lat grupę eliminacyjną, udało mu się nie wylosować Anglii, grał bez historycznego obciążenia. Każdy, kto trafia na Anglię, gra w zasadzie z nastawieniem, że baraży nie da się uniknąć. Engel takiej presji nie miał. Jak więc nazwać najcelniej sukces Engela? Można powiedzieć, że jego osiągnięciem jest zatrzymanie Ukrainy i Norwegii. Czy to aż taka wielka sprawa? Mimo ważnego rezultatu, jakim był awans do kluczowej piłkarskiej imprezy, nie nazwałbym tych meczów najtrudniejszymi w historii polskiego piłkarstwa. W „Przeglądzie Sportowym” chwalą ekipę, którą Engel wówczas skompletował, jego metody pracy, ale trudno powiedzieć, czy ci ludzie byliby w stanie wygrać z rywalami znacznie mocniejszymi. Każdemu geniuszowi potrzebne jest szczęście, ale Engel miał go tak dużo, że już chyba nie sposób mówić o geniuszu.

Po drugie, Engel może i awansował, ale potem wszystko brawurowo spartolił. Nie muszę przypominać, jak fatalnie zaprezentowaliśmy się w meczu z Portugalią. Znowu było jak zawsze: marny styl gry, brak pomysłów i tępa bieganina po boisku. Wystarczył mocniejszy rywal i nastąpił absolutny rozkład taktyki. Krew w piach. Tutaj właśnie nabiera mocy to moje pytanie z poprzedniego akapitu: czy gdyby Engel trafił na klasowy zespół w eliminacjach, to z hukiem nie upadłby ten jego fasadowy kunszt szkoleniowy? Występem na mistrzostwach świata Engel pokazał dokładnie te sam marazm, co wszyscy jego poprzednicy i następcy, odsłonił stare problemy kadry.

Warto też zauważyć, że niezłe eliminacje do ważnego turnieju to także wyczyn Janasa i Beenhakkera, których summa summarum oceniamy negatywnie, bo  tych eliminacji nie przekuli w trwały sukces, nie stworzyli z nich standardu, który by pozwalał na lata utrzymać dobry poziom reprezentacji, nie potrafili stworzyć organicznie rozwijającego się zespołu. To samo można powiedzieć o bohaterze Engelu. Ten, który ma być takim wyjątkiem, jest dokładnie taki sam jak wszyscy pozostali. A zatem, drodzy koledzy po piórze z „PS”: trochę umiarkowania!

Jakie zatem porady może mieć kibic dla swoich trenerów i działaczy? Co dalej z reprezentacją? Dla mnie diagnoza jest bardzo łatwa i kiedyś już ją stawiałem w „Dzienniku Zachodnim”: nie będzie zmian dopóty, dopóki nie będzie nowego zaplecza, nowych ludzi odpowiadających  za szkolenie, a także nowych ludzi w roli specjalistów i doradców. Słowem, trzeba zdemontować tę radę mędrców, która od lat w polskim futbolu wywiera presję, by nie zatrudniać nikogo z zagranicy i gmera każdemu trenerowi w jego warsztacie. Trzeba się pozbyć tych wszystkich ludzi pokroju Engela, co to mieli swoje szanse, ale ich nie wykorzystali. Trzeba też pożegnać się z pyszałkami pokroju Piechniczka, którzy od dwudziestu lat nie byli na boisku. Mam na reprezentację podobny pomysł, jaki miało wielu filozofów na cywilizację: wywalić na zbity pysk wszystkich proroków, wieszczów i cudotwórców.

Szkoda, że „Przegląd Sportowy” w swoich manifestach nie sięga tak daleko. Apeluje o zmianę trenera, a tymczasem trzeba apelować o zmianę większej części decydentów. Wybór Bońka na szefa polskiego piłkarstwa jest dopiero początkiem rewolucji. Teraz Boniek musi dokonać ostrych cięć.

Jarosław Dudycz