Jerzy Łukaszewski: Hannibal ante portkas

Print Friendly, PDF & Email

ele52013-06-19.

To, że są w naszej polityce rzeczy śmieszne, przywykliśmy uważać za normalne. To, że panowie politycy zachowują się jak małe dzieci w piaskownicy, wielu z nas jest w stanie im wybaczyć. Gołębie serca wyborców darują każdą głupotę. Ostatecznie sam byłem niegdyś zafascynowany zjawiskiem pod tytułem „Beger Renata” i wybaczyłbym jej wszystko w zamian za niezapomniane przeżycia plastyczno-literackie, jakich mi dostarczała. Dwa wiersze na jej cześć napisałem, ha!

Bywa jednak, że rozbrykany smarkul wyciągnie z szafy flintę taty, schowaną tam jeszcze za Niemca i zaczyna nią manipulować koło naszej głowy gaworząc rozkosznie i gmerając niezdarnymi paluszkami coraz bliżej spustu.

To jest właśnie ta chwila, w której instynkt samozachowawczy każe narazić się Rzecznikowi Praw Dziecka, strzelić gówniarzowi plaskacza w tyłek, rozbroić i zesłać do zamykanego kojca.

Mam wrażenie, że chwila ta nadchodzi wielkimi krokami.

Jak informuje PAP, po wakacjach czeka nas wysyp referendów samorządowych.

Warszawa, Łódź, Olsztyn, Włocławek, Płock, Zawiercie, Sopot, Jelenia Góra, Pułtusk, Gostynin, Wyszków, Orneta …

Co się takiego stało, że nagle rok przed wyborami municypalnymi wyborcy stwierdzili, że wybrali złoczyńców i teraz chcą to zmienić nie czekając? Złoczyńcy się kamuflowali i ktoś ich tak nagle w jednym czasie zdemaskował, czy też wyborcy, dotąd idioci, nagle w jednej chwili zmądrzeli pod wpływem porannego kaca? Tertium non datur, jak mawiał znajomy barman dając mi wybór między piwem, a dużym piwem.

Aleksander Smolar z Fundacji Batorego twierdzi, że to „efekt Elbląga”, w którym udało się odwołać prezydenta miasta. „Siły antyplatformiane” chcą iść za ciosem i osłabić Platformę przed wyborami.

Diagnoza ma niewielką skazę: nie zauważa, że PO także bierze udział w tym cyrku. We Włocławku to ona chce odwołania prezydenta miasta, w Gdyni to jej młodzieżówka ośmiesza partię występując przeciw prezydentowi przy pomocy haseł godnych „Misia” Barei.

Dla wiadomości p. Aleksandra Smolara: PO jest jedyną partią, która usiłuje walczyć z popieranym na poziomie 87% przez mieszkańców prezydentem Szczurkiem i to często chwytami poniżej pasa. Po co? Przecież to ewidentne działanie wbrew woli obywateli.  Nazwa już widać nie zobowiązuje. Nie twórzmy więc antypeowskich teorii spiskowych. Tu nie ma świętych męczenników. Wszyscy są po jednych pieniądzach.

Wygląda więc, że mamy do czynienia z ogólnopolskim najazdem partii politycznych na samorządy.

No i to już nie jest śmieszne.

Samorządy lokalne są tym ogniwem władzy, które w normalnych warunkach najbardziej wiąże mentalnie obywatela z jego państwem. To w miejscu swojego zamieszkania obywatel może najszybciej dostrzegać zależność między własnym wyborem, a realnymi efektami tegoż, to tu może ocenić swój wpływ na otaczającą go rzeczywistość, to tu wreszcie uczy się podstaw obywatelskiego życia, wspólnego z sąsiadami działania itd. itd.

Istotny jest także zakres działań przewidzianych dla samorządów. Taka „koszula najbliższa ciału” obywatela. Tu najprościej jest zrozumieć czyj program wyborczy ma sens, a kto bajdurzy cuda niewidy, bo chce się dorwać do koryta. Mieszkaniec miasta czy gminy wie, że nie przeprowadzi się autostrady z X do Y, bo pomiędzy ciągną się bagna, że nie ma sensu budować linii kolejowej, bo taka już jest i choć statystycznie może i w Polsce brakuje miejsc w przedszkolach, ale akurat u nas nie, więc na hasło budowy przedszkola nie zagłosujemy.

To, że partie urządziły sobie z samorządów zabawkę do testowania własnej siły  trzeba uznać za co najmniej nieodpowiedzialne. To, że uznały, iż może być to próba przed wyborami do parlamentu, świadczy o ich stosunku do podstaw  społeczeństwa demokratycznego.

Gdybym chciał być niegrzeczny, powiedziałbym, że dzika horda buców (ale ponieważ jestem grzeczny, to powiem: arogantów) z coraz mniejszym skrępowaniem pokazuje, gdzie tak naprawdę ma obywateli naszego kraju.

Po trosze sami na to zapracowaliśmy pozwalając im na coraz więcej, podniecając się niezdrowo walkami, jak to się kiedyś mawiało, „na froncie partyjnym”, każdą pierdółkowatą informację przekazaną przez media przeżywając bardziej, niż ślub cioci Zosi z księdzem.  Pozwoliliśmy im „urosnąć” – i to w naszych własnych oczach – ponad wszelką miarę i przyzwoitość. Przypisywaliśmy im cechy, których nie mieli i nie mają, nieproszeni tworzyliśmy mity o „mężach stanu”, łykaliśmy – jak gęś kluskę – ich „analizy” mające więcej wspólnego z analnym stosunkiem polityków do wyborcy, niż z jakąkolwiek  sensowną myślą. Nie chcieliśmy widzieć oczywistego faktu, iż rycie głową coraz bliżej dna nie oznacza, że czyjaś myśl staje się przez to głębsza.

– Na kogo narzekacie? – chciałoby się strawestować Gogola. – Sami na siebie narzekacie.

I tu leży pies pogrzebany.

Z jednej strony trudno uwierzyć, że dla mieszkańca jakiejkolwiek gminy ważniejsza jest przynależność partyjna wójta, burmistrza, prezydenta miasta od remontu drogi we wsi czy dzielnicy, że portret Tuska, Kaczyńskiego czy Millera zastąpi im sprawną komunikację i nowy sklep w pobliżu.

Z drugiej… to prawda. Widać to po dyskusji przedwyborczej w Elblągu, gdzie hałastra polityków z Warszawy (plus jeden z Brukseli) skutecznie robiła w weekend wodę z mózgu mieszkańcom.

Nawoływałem kiedyś, by iść za przykładem Gdyni i odsunąć politykę jak najdalej od miasta. Nam się to udało i owoce zbieramy po dziś dzień. Pyszne, soczyste i pachnące. Ale u nas zrobiono to od razu (też nie było to łatwe) po ’89 roku.

Czy dziś można to powtórzyć to w innych miejscach? Moim zdaniem tak, ale dziś jest to jeszcze trudniejsze.

W kilku miastach (w Elblągu też) rozpleniły się podróbki prezydenta Szczurka,  głoszące wszem i wobec neutralność polityczną, ale po bliższym przyjrzeniu się okazujące się być w najlepszym razie byłymi działaczami partyjnymi. Szczurkowe hasło „Moją partią jest Gdynia” też znalazło naśladowców z ewidentnym naruszeniem praw autorskich, co już źle świadczy o charakterze i (przepraszam za wyrażenie) możliwościach intelektualnych plagiatorów.

Słyszałem w Elblągu kłamliwe zapewnienia polityków twierdzących, że gdy ich partia wygra, fundusze europejskie na wyścigi będą łomotać do bram miasta.

Gdynia doiła kasę z unijnych wymion jeszcze przed wstąpieniem Polski do tej organizacji, a w 2003 , rok przed polską akcesją, dojna mućka przyznała jej  prawo posługiwania się unijną flagą. Miasto zrobiło to na własną rękę, nikogo nie pytając o zdanie. Później panowie politycy usiłowali podpiąć się pod ten sukces, ale pokazano im figę.

Jak z tego wszystkiego wybrnąć?

Pojęcia bladego nie mam, choć rzecz leży mi na sercu od dawna, bo co dzień oglądam efekty tego, że żaden pan z „cyntrali” nie mówi nam co i jak i gdzie mamy robić. I z całego serca życzę tego innym, bo wierzę, iż to jedyna droga do tego, by Polakom żyło się lepiej tam gdzie są.

Nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że ani to się samo nie zrobi, ani nie zrobi tego Królewna Śnieżka. Mogą to zrobić tylko i wyłącznie mieszkańcy. Czy zechcą?

Można rzecz jasna, stworzyć odpowiednie regulacje prawne zakazujące członkom partii politycznych zasiadania we władzach samorządowych, ale po pierwsze – nie jestem pewien, czy byłoby to zgodne z Konstytucją, a po drugie nie oszukujmy się – obywatelskiej świadomości nie zastąpi żaden paragraf.

Wpatrywanie się w „wielką politykę” ma swoje plusy z punktu widzenia psychologii niektórych ludzi. We własnym ich przekonaniu zwalnia to ich ze wszelkiej odpowiedzialności za kształt tworzącej się rzeczywistości. Wybrałem – niech oni zrobią. Nie zrobione? Oni winni, nie ja.

Ten właśnie mechanizm należałoby w pierwszej kolejności zniszczyć w ludzkich umysłach.

Dygresja: zachwycałem się kiedyś pewną angielską wsią. Nic specjalnego, pola, domki, drzewa. Zero zabytków, zero jakichkolwiek atrakcji, ograniczone możliwości zarobkowania. No i któregoś razu mieszkańcy wymyślili, że w ich wsi powstanie …. Centrum Wiewiórek. Bo niby czemu nie?

Wiewiórek w okolicy nie było ani trochę więcej, niż w jakimkolwiek innym miejscu Anglii, ale oni się uparli, że będą największymi ich znawcami.

Po 10 latach turyści walą całą szerokością szosy, by obejrzeć organizowane przez nich wystawy, uczestniczyć w piknikach, bądź wysłuchać wykładów na temat wiewiórek wygłaszanych przez uniwersyteckich profesorów w miejscowym pubie.  Turysta musi mieć gdzie spać, co jeść, a i pamiątkę chętnie kupi i wyściska się z pluszową wiewiórką przed obiektywem aparatu miejscowego fotografa. Wieś żyje.

I najważniejsze: swojego pomysłu nie konsultowali z żadną partią polityczną, ale dziś, szczególnie przed wyborami, to politycy uważają za niezbędne pokazać się we wsi.

Można? Można.

Nie wierzę w cuda, więc nie oczekuję, że nagle któregoś pięknego dnia wszyscy mieszkańcy miasta/gminy rzucą się do własnoręcznego poprawiania swego losu. Wierzę jednak, że wszędzie znajdzie się grupka, znająca miejscowe potrzeby, stosunki i mająca jakiś pomysł na jutro. Problem to skłonić ludzi, by głosowali na nich, a nie na portrety „wodzów”.

Hannibal już jest w drodze i niedługo poczujemy słoniowe trąby w okolicy swoich portek.

Śp. Jacek Kuroń mawiał onegdaj: nie palcie komitetów, zakładajcie swoje.

Historia pokazała, że miał rację.

Kiedyś znaleźli się tacy, co poszli tą drogą. A dziś?

Jerzy Łukaszewski

Weź udział w naszej ankiecie

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +16 (from 18 votes)
Jerzy Łukaszewski: Hannibal ante portkas, 10.0 out of 10 based on 10 ratings

16 komentarzy

  1. andrzej Pokonos 2013-06-19
  2. elkaem 2013-06-19
  3. bisnetus 2013-06-19
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-06-20
    • andrzej Pokonos 2013-06-20
    • bisnetus 2013-06-20
  5. Marek Wlodarczyk 2013-06-20
  6. Anna 2013-06-20
  7. Jerzy Łukaszewski 2013-06-20
    • bisnetus 2013-06-20
  8. Monika Szwaja 2013-06-20
  9. Jerzy Łukaszewski 2013-06-20
  10. Jerzy Łukaszewski 2013-06-20
    • bisnetus 2013-06-20
  11. Jerzy Łukaszewski 2013-06-20
  12. bisnetus 2013-06-21