Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (24)

Print Friendly, PDF & Email

ruryk2013-07-13.

Dochodzimy do wydarzeń, budzących zarówno wątpliwości, jak snobizmy historyków (zależy, których). Stało się coś niezwykłego i dziwnego zarazem. Na dobitek nawet imiona bohaterów tych wydarzeń nie są pewne, a już tym bardziej daty. Niemniej to się wszystko zdarzyło naprawdę i nikt z historii Nowogrodu Wielkiego owych wydarzeń nie wykreśla…

________________________________________________________________________

24. Kim był słynny Ruryk i jak się nazywał

Podejrzewałem, że to Sylwester, czyli – jego ręką Włodzimierz Monomach, tak poprawiał tekst wielkiego kronikarza, Nestora, by ci, co „wygnali Waregów za morze”, nie mogąc się między sobą dogadać, „powiedzieli sobie: poszukamy kniazia, by władał nami i rządził wedle porządku i prawa”. No bo tak zaproszono do Kijowa na tron kniazia samego Monomacha… Podejrzewałem, że tak samo subtelnie doredagowano słynne „zaproszenie”, które Czudź, Krywicze, Słowienie i Wesowie (w tej kolejności u Nestora!) przedstawili „Rusi”: „Ziemia nasza wielka jest i obfita, a ładu w niej nie ma; pójdźcie więc kniazić i władać nami”.

Ale Nestora natychmiast przepisywano, „zaproszenie” więc w takiej wersji było już w jego tekście… Spróbujmy rozplątać tę łamigłówkę. Słowo „kniazić” przyszło do Słowian i Czudzi dopiero w IX wieku z północy; wczesno-średniowieczni Goci na południu kijowskim go nie zaszczepili. „Knęgiem”, „knędzem”, a w końcu „kniaziem” został nie gocki „kuning”, lecz skandynawski „konung”, dowódca drużyny wojennej. Nie równało się to pierwotnie uprawnieniom władcy; dopiero z długimi latami potęgi ten konung dochodził pozycji „kunga”, króla, w Szwecji, czy też „Koeniga” w Niemczech. Co więcej, pierwotny sens tego „kniażenia”, dowodzenia, musiał być dobrze jeszcze w czasach Nestora znany, bo inaczej nie dołożyłby tego „władać” do zaproszenia „Rusi”.

Byłoby wielką pokusą przystać na wariant „rządzenia wedle prawa”. Skandynawowie stworzyli szczególną instytucję, urząd „głosiciela prawa”; ten „lagman”, człowiek prawa, na Islandii zwał się  „loegsoegumadr”, jego obowiązkiem było znać prawo na pamięć i recytować każdorazowo jedną trzecią przepisów na otwarcie islandzkiego althingu, zgromadzenia wszystkich wolnych. „Głosiciel prawa” występował jednocześnie jako jego komentator i interpretator w kwestiach spornych. Spisano je dopiero w dwa wieki później; przez dwa wieki funkcjonowało wyłącznie dzięki pamięci loegsoegumadrów. Prawo zwyczajowe wszędzie długo czekało na pisemne ujęcie. Mamy u Nestora szeroki, dosłownie przepisany z bizantyjskiego kronikarza, Georgiosa Hamartolosa, wykład o „prawie”. Wedle Nestora „każdy naród ma albo prawa pisane, lub zwyczaje, które u nie mających prawa pisanego uważane są za ojcowiznę”. I trudno, by je znał ktoś z zewnątrz… Natomiast sąsiedztwo cywilizacji z jej pieniądzem zainspirować mogło naczelników rodów do próby ograniczenia zemsty rodowej – zastąpiło ją u Germanów kontynentalnych, wśród plemion niemieckich „Wehrgeld”, odpłata, odszkodowanie, wcześniejsze niż nasza „główszczyzna”. „Wirę”, co sama nazwa ujawnia, przywieźli Słowianom wschodnim Skandynawowie.

Swoje prawo Skandynawowie znali – dzięki pamięci swych lagmanów. Duńscy wikingowie osiedlili je w Anglii. Czy mu się poddawali? Apolonia Załuska-Stroemberg, cytowana tu znawczyni i tłumaczka „Eddy poetyckiej”, notowała: „Przeświadczenie idealistów, że wystarczy orzeczenie sądu, by każdy wypełnił prawem nałożony obowiązek, okazało się zalążkiem waśni i początkiem upadku wolnego państwa. Strona wygrywająca proces nie miała żadnych możliwości prawnego wyegzekwowania wyroku. Toteż, jeżeli przeciwnik dobrowolnie mu się nie poddał, pozostawało tylko prawo siły. Spodziewając się oporu, przyjeżdżano więc od razu na althing jak na wojnę”. I nie darmo w „Pieśni Najwyższego” Odyn, czyli Najwyższy, głosił sentencje radzące ujmować sobie przyjaciół, pozyskiwać ich darami i otwartością duszy – z myślą o poparciu na thingu. Na thingu!

Mitologia nordycka, jak i celtycka, mitologie łatwości okrucieństwa, były mitologiami skrajnej dzikości. W całej galerii bogów i sił nadprzyrodzonych nie ma ani jednego bóstwa, które by nadawało ludziom – prawo; żadnego w niej śladu bóstwa sprawiedliwości. Zwycięża silniejszy i chytrzejszy. Jeśli bogowie na koniec położą kres podłościom Lokiego, skują go i poddadzą torturze kapiącego nań jadu, to nie za to, że przekroczył miarę w swoich bezeceństwach, lecz za to, że urągał wszystkim Asom, wszystkich poobrażał, prowokując ich wściekłość i nienawiść. Nie ma tu niczego z dawnych Wizygotów czy Ostrogotów, uczących się cywilizacji rzymskiej i starających się ją zachować. W dziełach poświęconych wikingom najmniej miejsca zajmuje tematyka prawa i sprawiedliwości; w większości znanych mi prac nie ma jej w ogóle. I pomyśleć, że starzy romantycy niemieccy po klęsce Prus i Austrii w wojnach z Napoleonem chcieli na pociechę mierzyć wielkość narodu przywiązaniem do swego języka, zwyczajów, sposobu myślenia i życia – Fryderyk Schlegel pisał, że „im starszy i czystszy jest szczep, tym starsze i czystsze są zwyczaje” (tłum. W. Jekiel). Do mnie jednak czyste dziedzictwo mordu i zniszczenia po Normanach czy wielkopolskich Lędycach nie przemawia. Nic nie ograniczało ich łatwości zabijania. Freydhis, naturalna córka Eryka Rudego, bohaterka ”Sagi o Grenlandczykach”, zarąbała sama toporem pięć kobiet, których nie chciał uśmiercić żaden z mężczyzn, choć w spisku z nią wymordowali załogę statku Islandczyków… Tak wyglądały owe „czystsze obyczaje”. I nigdzie nie było lepiej.

Ruryk jako znawca prawa nie mieści się i w „Powieści dorocznej”. Co więcej, Nestor podkreślał różnice w obyczajach między różnymi ludami przyszłej Rusi. Prawo, które mógłby znać Ruryk, gdyby istniało, nie pasowałoby ani do nowogrodzkich Słowienów, ani do Krywiczów, ani do Czudzi.

Teraz uwaga zasadniczego znaczenia, która zmienia nomenklaturę historii: nigdy się żadni Szwedzi „Rosami”, „Rusami”, w Szwecji nie wołali, ani Swewowie ze Svealandu, ani z gockich prowincji, ani z Soedermanlandu, Kraju Ludzi Południa. Jednakże wedle opracowań, które czytałem, na północ od Sztokholmu rozciąga się w Upplandii na pobrzeżu mała kraina „Roslagen”, czyli, jakby się zdawało, „kraina pod prawem Ros”. Tymczasem na Upplandię składały się krainy owych trzech plemion, Attundaland, Tiundaland i Fjaedrundaland, a „Roden” (wedle dzisiejszej pisowni) to były szkiery nadmorskie, gdzie najmowało się załogi do statków, załogi wioślarzy – bo „Rodslag” to załoga wioślarska (szwedzkie „lag” oznacza i „zespół”, „grupę”, i „prawo”)! I nie ma większego znaczenia, że pierwotnie wedle Thomsena ten rejon zwał się Rother, Rothin, bo niczemu to nie przeczy; zwłaszcza, że Thomsen zwraca uwagę na szczegół  nieuchwytny dla kogoś spoza kręgu językoznawców – owo „Rother” to roth-er, drugi przypadek staro-szwedzkiego słowa „rod”, staronordyckiego „rodhr”, wioślarstwo, żeglarstwo. Łodzie, którymi ci wioślarze Wołchowem przypłynęli na Ilmen, nie musiały być pięknymi długimi łodziami wikingów. Ci znad Bałtyku nie potrzebowali szkutnictwa na tym poziomie – żyli wśród lasów, prościej było i szybciej ściąć drzewo, by wyciosać dłubankę. Kilkunasto-, dwudziestometrową.

Miejscowości o nazwie „Rodslag” znalazłem w Upplandii parę, a na Gotlandii niejeden kamień pamiątkowy mówi o ludziach z imionami zaczynającymi się od „Roth-”, „Ros-”. Jeśli Rosowie na przyszłej Rusi nigdy nie przyznawali się do pochodzenia od Swewów, jeśli znalazłem w Rosji tylko jedno „Sweń”, to pytanie, czy ci „Rosowie”, którzy przybyli do Nowogrodu, wyszli w ogóle z tego właśnie pobrzeża, tudzież czy ci z Gotlandii o imionach z „Roth” i „Ros” to byli ci „wioślarze” z brzegów Upplandii, a nie miejscowi. Dla przyszłych Finów Szwedzi będą „Ruotsi”, poznawali ich zatem jako „Wioślarzy”. Jeśli Szwedów utożsamiano przez wieki z „Rossmenn”, „Rodsmaen”, z tymi „Rods-karlar”, ludźmi Rods, wioseł, to informuje nas przy okazji, że bardzo wiele czasu minęło, zanim ci wioślarze opanowali sztukę operowania żaglami na swych dość chwiejnych, jajodennych dłubankach. Co nie przeszkadza, że można szukać tych „Rosów” w języku Finów, w słowie „rosvo”, zbój, rabuś, opryszek, bandyta…

Rzadko zwraca się uwagę, że delegacja pojechała nie do Ruryka, lecz „ku Rusi”. Jak łatwo dedukować, nie komu innemu, ale thingowi, czyli wiecowi naczelników rodów tej „Rusi”, nadmorskich wojowniczych wioślarzy, wysłannicy przedstawili swoje zaproszenie. To wprost powiedziano, mówiąc nawiasem: „rzekli Rusi”, a nie Rurykowi. Podczas, gdy arcykapłan Samuel wybrał dla Izraela nie plemię Beniamin, lecz Saula, a Kijów zaprosił na swój tron w XII wieku nie Perejasławian, lecz Włodzimierza Monomacha osobiście.

Wybrali się z tej „Rusi” podobno trzej bracia. Historycy nam współcześni słusznie chyba domyślają się dzisiaj, że „Sineus” to nie staro-nordycki „Signiutr”, jak chciał wielki Thomsen, lecz po prostu „sine hus”, czyli „jego dom, rodzina” (Ruryka), podwładna drużyna jego „dzieci”, a „Truwor” to nie thomsenowski „Thorvardr”, lecz jego, Ruryka vaeringowie, czyli „mocno (thru) związani przysięgą”, woje złączeni mocniejszym węzłem braterstwa, niż bracia rodzeni. Nie sami; ze swymi rodami – znak, że byli to ludzie w sile wieku, ale dostatecznie młodzi, jeszcze nie starcy zniedołężniali, którym by żywot należało skrócić. Po prostu naczelnicy grup ludzi ze swoich rodów; jak łatwo się dorozumieć – z wojennym doświadczeniem.

Poszła do Słowienów z Rurykiem, jego „domem” i Waręgami – „wszystka Ruś”. Gdyby Ruryk i „bracia” już kniaziowali tej „Rusi” w późniejszym znaczeniu słowa „kniaź”, konung, nie byłby tego Nestor przemilczał; ta „Ruś” jednak stałych władców jeszcze nie miała. Nie wygląda ta „wszystka Ruś” na wielkie, liczne plemię. Poszło chyba nie więcej niż paruset wojów. Na owe czasy i na ten rejon Bałtyku, bardzo, bardzo dużo.

Dalej też się wszystko układa logicznie: Ruryk „siadł” w Starej Ładodze, u bram do ziem Słowienów i Czudzi, ktoś z jego „domu” u Wepsów w Białym-Jeziorze, a ktoś z drużyny w Izborsku. W Izborsku – z kim? No, niby z Krywiczami. O Czudzi nic nie słyszymy, ale – przepraszam! – Stara Ładoga była w przewadze nadal ugrofińska, Iżory lub Karelów, nie słowieńska, Ruryk być może stamtąd wypędził Danów, zaś Izborsk, wyraźnie ugrofińsko- skandynawskiego imienia, leżał na granicy ziem Krywiczów i Czudzi, archeologia znalazła tam dla wieków VIII i IX osadnictwo czudzkie, zatem Wotów lub Iżory… Z tego rozmieszczenia wyraźnie widać, że obsadzono punkty dla obrony przed najeźdźcami strategiczne. I nie ma co mnożyć interpretacyjnych bytów ponad potrzebę.

Nie dano wcale Rurykowi Nowogrodu. Zresztą tych Słowienów znad Ilmenu można było teraz co najwyżej napadać. Podbić takiego grodu, jak Nowogród, nie było jak. Nigdy o zdobyciu Nowogrodu nie usłyszymy. Należało więc raczej zostać przez Nowogrodźców przyjętym i wejść pomiędzy nich. Tak, jak to prawdopodobnie zrobił Ruryk. Tylko, że nie dopiero w roku 862, a na pewno – jak się przekonamy – przed rokiem 839. I to chyba sporo lat przed rokiem 839!

Imię Ruryka nie wygląda na imię własne. Mówi, że to ktoś z „rike”, „królestwa”, ziemi, Rusów. To imię-symbol, podnoszące chwałę jego pochodzenia. A jego autentyczne imię własne równie dobrze mogło brzmieć jak to, które zapamiętała legenda z Suroża – Brawlin…

Stefan Bratkowski

Weź udział w naszej ankiecie

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 3 votes)
Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (24), 10.0 out of 10 based on 1 rating

Jedna odpowiedź

  1. elkaem 2013-07-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com