Ernest Skalski: Sic transit… refleksje po rocznicach

Print Friendly, PDF & Email

Ponury poranek ponurej pierwszej zimy stanu wojennego. Zjawia się u mnie niespodziewanie ( dla młodych; telefony, dobro wówczas cenne i rzadkie, były wyłączone, a komórkowych jeszcze dość długo miało nie być) Jacek Maziarski z odpowiedzią na pytanie zawarte w tytule książki sowieckiego dysydenta, Andrieja Amalrika: „ Czy Związek Radziecki przetrwa do roku 1984?”. Odpowiedź Jacka była zdecydowana i prosta; nie przetrwa!

Poczułem się tak pokrzepiony na duchu, że w straceńczym optymizmie wyciągnąłem ostatnie pół litra (dla młodych; wódka była wtedy, przejściowo, na kartki,0,5 l. na miesiąc) zadołowane na wszelki wypadek. Skoro Związek miał przed sobą już tylko dwa lata… Miał, jak się okazało, jeszcze dziewięć, ale tej półlitrówki mi nie żal. Opłaciło się, choć nagły i niespodziewany upadek ZSRR wykazał, że nie byłem precyzyjnym prognostą.

Niezauważone apogeum

Nieco później, w roku 1985, napisałem i wydałem w podziemiu dwie broszury na czterdziestolecie Jałty. Rozważałem tam między innymi, losy, a przede wszystkim upadki wielkich imperiów, dzieląc je na dwie kategorie. Jedna to były imperia – efemerydy, tworzone przez jednego zdobywcę i kończące się razem z nim. Podciągałem do tej kategorii Aleksandra Wielkiego, Dżingis Chana, Napoleona, Hitlera. Drugą kategorię stanowiły imperia na długo zadomowione w historii. A więc Rzymskie, Bizantyjskie, Otomańskie, Rosyjskie w wydaniu carskim i sowieckim. Jak Kucharzewski widziałem kontynuację między białym i czerwonym caratem.

Rzym był okrutnym zdobywcą i surowym władcą swego imperium, ale szanował cywilizację podbitych ludów i niósł swoją cywilizację na krańce ówczesnego świata. Zostawił po sobie prawo, miasta, szlaki komunikacyjne. Imperia: hiszpańskie, portugalskie, angielskie, francuskie były złem, ale nie samym złem. Przy zniewoleniu i wyzysku jakieś wartości ze sobą niosły i jakieś pozostawiły. Zasię Wielka Porta była dla mnie złowrogim prototypem ZSRR. Skuteczna struktura militarna i administracyjna, obejmująca ogromne i bardzo różne obszary, rządząca wieloma różnymi ludami. Korzystała z dorobku cywilizacyjnego podbitych narodów, wysysała ich wartości i zaprzęgała na służbę ich wartościowych przedstawicieli. Trudno jednakże dostrzec, co to wielkie imperium wniosło wielkiego i trwałego do naszej cywilizacji. Niszczyło. Nie mówimy już o Bizancjum. Wystarczy rozwinięte i kwitnące w średniowieczu: Serbię, Bułgarię, sprzed tureckiego podboju, porównać z Bałkanami sprzed stu lat, kiedy imperium padało. A posttureckie kraje arabskie w zeszłym i w XXI wieku w porównaniu ze średniowiecznymi Arabami, z ich wysublimowaną kulturą, ogładą, nauką!?

Związek Sowiecki był prekursorem wielkiego eksperymentu na skalę globalną – komunizmu. Na co dzień – trafnie – realny socjalizm. Wyprowadzał opanowane narody z głównego nurtu cywilizacji światowej. System ten wszędzie charakteryzował się niewybieralną dyktaturą, terrorem lub groźbą jego użycia, zacofaniem w nauce i w technologii, co najwyżej podkradanej z Zachodu, rabunkową gospodarką surowcami, przyrodą i pracą, niewymienialną walutą, brakiem wszystkiego, a szczególnie tego, co potrzebne jest do życia poddanym. Jedynym sowiecki produktem, który podbił świat okazał się karabin Kałasznikowa.

Kosztem kolosalnego wysiłku i ograbiania poddanych ZSRR był w stanie współzawodniczyć z wolnym światem w zbrojeniach, ale tylko przez jakiś czas. W roku 1982 podczas kolejnego starcia arabsko – izraelskiego, w Libanie, niezależnie od kwalifikacji wojskowych po obu stronach, sowieckie uzbrojenie okazało się znacznie gorsze od amerykańskiego. W roku 1985, w czterdziestolecie Jałty, Związek już zdecydowanie przegrywał wojnę w Afganistanie, ale zupełnie inaczej niż wcześniej Stany Zjednoczone w Wietnamie. USA, za względu na opory we własnym społeczeństwie i światową opinię publiczną nie mogły sobie pozwolić na bezwzględne i niszczycielskie wykorzystanie swojej przewagi wojskowej. ZSRR w Afganistanie nie miał takich hamulców. Po prostu nie dawał sobie rady. Miedzy innymi ze względu na demoralizację swojego wojska.

Zmierzchało się

Łatwo jest być mądrym po czasie. Minęło ćwierć wieku, zmieniła się zasadniczo Polska, zmienił się świat i ja się zapewne zmieniłem. Teraz odtwarzam to, co wiedziałem i myślałem wtedy, nie będąc odosobnionym w poglądach. Nie byłbym dziś może aż tak krańcowy w sądach. Po zeszłorocznym obejrzeniu Stambułu byłbym nieco, lecz tylko nieco, oględniejszy w ocenie dorobku sułtańskiej Turcji. Jeśli chodzi o Rosję, to znając ją, już wtedy wiedziałem, że nie była kulturową pustynią, ani za cara, ani za sowietów. Lecz i dziś uważam, że przy ówczesnym pewnym uproszczeniu, nieodzownym w warunkach toczonej rozgrywki, myślałem w zasadzie słusznie. A podbudowywała mnie wcześniejsza o parę lat rozmowa z politologiem, Adamem Bromke, Polakiem mieszkającym w Kanadzie.

W roku 1978 poznałem go u mojego śp. szwagra, Zygmunta Huebnera; uczestniczyli obaj w jakiejś harcerskiej konspiracji w czasie wojny. Umówiłem się z Bromkem na oddzielną rozmowę na mieście i pamiętam ją dobrze, mimo że sporo przy tym wypiliśmy. O sobie mówił, że jest kontynuatorem tradycyjnej myśli endeckiej w geopolityce, a przyjechał i rozmawiał ”ze wszystkimi” we władzy i opozycji – przyjął go również kardynał Wyszyński – by przestrzegać przed irredentą, która by zniszczyła XX-wieczne wydanie Królestwa Kongresowego. Gdy okazało się, że nikt nie szykował Nocy Listopadowej, przyjął to z satysfakcją i optymizmem. Na czym ten optymizm opierał?

Komunizm, reprezentowany głównie przez Rosję – uważał – przegrywał wyścig cywilizacyjny z Zachodem. To oznaczało rosnącą przewagę Zachodu, a w tym jego najistotniejszego elementu – USA – we wszystkich dziedzinach. Związek Sowiecki stawał się słabszy militarnie i mniej atrakcyjny politycznie w świecie. Ale ciągle – uważał – jest jeszcze bardzo silny i może być niebezpieczny. I dlatego, choć równowagi sił Wschód – Zachód, ZSRR – USA, już nie ma, Zachodowi opłaca się utrzymywanie instytucji równowagi, prowadzenie takiej polityki, jak gdyby ona była.

Na pytanie: czym to się skończy? Czy ”Królestwo Kongresowe” ma czekać ćwierć wieku na ”Wojnę Krymską”? – Bromke wysunął hipotezę odpadania z zachodu na wschód. Teraz – mówił w roku 1978 – nikt nie podważa stanu posiadania Moskwy. Ale gdy nierównowaga stanie się oczywista, oczywiste okaże się, że nie można tolerować podziału Niemiec i ”coś” trzeba będzie z tym zrobić. Następnym problemem powinna być zależność Polski…

– A potem stanie problem Ukrainy? – spytałem.- Ukrainę sobie zostawcie. To nie wasz problem.

Wiadomo: endek.

Kolejne fakty potwierdzały opinię pana Adama. W roku 1979 NATO podjęło decyzję o ulokowaniu w Europie 572 rakiet średniego – kilkaset kilometrów – zasięgu typu pershing. Ale się zrobił wrzask! Pożyteczni idioci i sterowani agenci Moskwy podjęli gwałtowne akcje protestacyjne. Było to bowiem dla ZSRR posunięcie bardzo dotkliwe, likwidowało jego przewagę w postaci podobnych rakiet SS-20, wcześniej już wymierzonych w miasta zachodniej Europy. A w roku 1981 ówczesny sekretarz obrony USA, Caspar Weinberger ogłosił projekt bomby N – neutronowej. Miała ona mieć niewielką siłę wybuchu i promieniowanie o małym zasięgu, lecz bardzo przenikliwe. Przenikałoby ono ściany bunkrów i pancerze czołgów. Nowa fala protestów, bo zabijanie w taki cyniczny sposób, bez niszczenia materii miało być … niehumanitarne. A chodziło o to, że likwidowałoby kolosalną przewagę Układu Warszawskiego w czołgach.

Te pomysły uniemożliwiały Związkowi Radzieckiemu szantażowanie Europy ograniczoną wojną jądrową, bez uderzenia w terytorium USA. Miałoby to skłonić Amerykanów do zostawienia sojuszników z NATO ich losowi. Po pershingach i bombie N zostawałoby Moskwie już tylko wymiana ciosów strategicznymi rakietami. A na to prezydent Reagan ogłosił projekt SDI – Inicjatywa Obrony Strategicznej – co popularnie określono jako wojny gwiezdne. Kontrrakiety miałyby przechwytywać w locie i niszczyć rakiety strategiczne przeciwnika przed ich dotarciem do celu. W Moskwie zdano sobie sprawę, że Ameryka ma szanse na zrobienie czegoś takiego, ale Związek na pewno nie. A przy tym tracił wówczas na prawie zupełnym zawieszeniu amerykańskiego handlu z imperium zła, jak nazywał Reagan państwo, którym zaczynał rządzić młody i sensowny sekretarz generalny. W tej sytuacji, w roku 1985, Gorbaczow poprosił o kolejne rozmowy rozbrojeniowe. A wkrótce usłyszał słynne: ”Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur”. Zapowiedź Adama Bromke zaczęła się sprawdzać.

Pisząc swoje jałtańskie broszury, wracałem do wcześniejszej rozmowy z Bromkem. To, co z niej wyniosłem – było dla mnie wtedy tak oczywiste jak by to był mój pogląd od zawsze. Nie wierzyłem już od dawna, że komunizm musi zwyciężyć na całym świecie. Ani w to, że zachowa choćby tylko swój stan posiadania na wieki. Po roku 1968 i w drugiej połowie gierkowskiej ”dekady sukcesu” dałem sobie spokój z socjalizmem ”z ludzką twarzą”, z socjalizmem ”który daje się lubić”. Nigdy nie byłem zbyt przekonany do konwergencji, czyli teorii, że kapitalizm będzie się socjalizował, a socjalizm kapitalistyczniał i powstanie coś po środku, w czym da się żyć. Odbiciem tego była później tak zwana ”trzecia droga”. W latach osiemdziesiątych byłem historycznym optymistą, ale według koncepcji Awierczenki.

Faraonowie – pisał rosyjski satyryk Arkadij Awierczenko – byli strasznymi tyranami, ale historia okazała się sprawiedliwa. Przeszły trzy tysiące lat (przesadził) i zmiotła ich z powierzchni ziemi.

Brałem pod uwagę, że te trwające wiekami imperia, po minięciu swego apogeum, rozkładają się i upadają przez pokolenia. I że bywa to proces męczący i niebezpieczny. Składają się nań wszelakie kryzysy, wojny, bunty, zamachy i przewroty, rozkład społeczny, upadek gospodarki i co tam złego ludzie mogą sobie uczynić. Tak też, mniej więcej, wyobrażałem sobie upadek naszego domu niewoli, czy też wyjście z niego naszego kraju. Historia wymierza czasem – podkreślam; czasem – sprawiedliwość narodom, lecz rzadko ludziom czy nawet kolejnym pokoleniom. To przeświadczenie, lokowało mnie w latach osiemdziesiątych wśród tych, którzy wierzyli, że ”wiosna nasza”, lecz nie wiedzieli która. Nie oczekiwaliśmy za dni naszych tego co nastąpiło w latach 1989 – 1991.

 Nie przerywając snu

– Ja nie skazuje ludzi na śmierć – mawiał sędzia w angielskiej anegdocie – bo to już uczynił Bóg. Ja tylko wyznaczam termin!

Dla skazańca, jednakże, nie liczy się powszechna nieuchronność śmierci. Jego obchodzi dotyczący go termin. A zawsze inaczej traktuje nieuchronność śmierci zdrowy dwudziestolatek niż ktoś po osiemdziesiątce.

– Komunizm to błąd historii – uważał Stefan Kisielewski – którego ona nie kwapi się naprawiać. Kiedy więc nieuchronny upadek komunizmu był dla mnie tylko enigmatycznym wyrokiem historii, napisałem felieton z pozycji galernika. Przykuty do wiosła i poganiany kańczugiem galernik przekonywany jest przez nadzorców, że przecież ”wszyscy płyniemy na tej samej łajbie”. Ale my, galernicy, patrzymy z nadzieją na otwierające się furty działowe wielkich okrętów żaglowych. Wielu z nas może zginąć, lecz do stracenia nie mamy nic prócz swych kajdan, a wielu może mieć szanse na skruszenie okopów, rzucenie się do gardeł oprawcom i zdobycie wolności.

Piękna i romantyczna to była wizja, kiedy jednak zmiana ustroju stała się sprawą aktualnej polityki, bliska mi się stała oportunistyczna postawa, którą wyraził Mangosuthu Buthelezi dziedziczny szef plemienia Zulu i bantustanu KwaZulu w RPA: wszyscy pragniemy upadku Apartheidu, lecz nikt nie chce ginąć pod jego gruzami!

W latach 1989 – 1991 nikt nie chciał ginąć pod gruzami komunizmu, ani – co ważniejsze – ginąć w jego obronie. Solidarność Walcząca Kornela Morawieckiego nie wzywała do walki zbrojnej. Konfederacja Polski Niepodległej była wedle założeń jej twórcy i lidera Leszka Moczulskiego ugrupowaniem piłsudczykowskim i wyrażało się to głównie śpiewaniem ”Pierwszej Brygady”, a ”Strzelca” próbowano odtworzyć już w III RP. W latach 1989 -1891, po tak zwanej stronie społecznej panowała ostrożność. Okrągły Stół, wybory czerwcowe, rząd Mazowieckiego, reforma Balcerowicza; prezydent Wałęsa; wszystko szło coraz lepiej. Ale historia przekonuje, że w polityce zawsze istnieje szeroki margines na błąd, głupotę, szaleństwo. W roku 1989 Ceausescu czy w roku 2011 Kadafi mieli szanse by przynajmniej ocalić życie; swoje i innych. A wtedy, w Polsce, dopóki ONI mieli wojsko, milicję, bezpiekę, dopóki istniał Związek Radziecki, choćby z Gorbaczowem, można było żywić obawy. Coraz mniejsze, lecz zawsze… Potwierdził je pucz Janajewa w Moskwie. Nieudolny, to fakt, ale można się było obawiać, że zrobią to lepiej.

Dziś każdy wygrałby bitwę pod Warną, Cecorą czy Maciejowicami. Na podobnej zasadzie, zdecydowanych bojowników przeciw komunizmowi przybywa w miarę tego jak oddala się on w pomrokę dziejów. Ci zaś, którzy dziś najgłośniej pomstują na ugodę z komunizmem, ”który przecież i tak już upadał”, byli wówczas zadziwiająco spokojni. Jakoś nikt nie może znaleźć ich ówczesnych wezwań do broni i na barykady. Łatwo natomiast znaleźć wypowiedzi co poniektórych z nich w protokołach Okrągłego Stołu, kiedy już wiele było do wygrania i ciągle jeszcze było się czego bać.

Tak naprawdę i do końca, skończyły się wszelkie podstawy do strachu, dopiero dwadzieścia lat temu, kiedy w grudniu 1989 roku, w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej, trzech panów, mając mandat swoich narodów, po prostu, rozwiązało Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Prezydent tego interesu dowiedział się, że już nie ma tego czym rządził, przez telefon. Po prezydencie Stanów Zjednoczonych. Upadek bogów, oczekiwany jako kataklizm na skalę świata, odbył się w sposób niezauważalny. Nie przerywając snu. A Polska wkroczyła w najbezpieczniejszy – odpukać! – okres w swej ponad już tysiącletniej historii.

Wejdą, nie wejdą? Nie musieli

Rocznica na rocznicy. Dwudziestolecie końca ZSRR zbiegło się niedawno w czasie z trzydziestoleciem wprowadzenia stanu wojennego, rozpoczęcia wojny polsko – Jaruzelskiej, jak to wówczas nazwano. Za tym posunięciem stał ten sam strach, który był spoiwem i napędem systemu aż do jego końca w Europie, właśnie w grudniu dwadzieścia lat temu.

Wkrótce po wprowadzeniu tego stanu, w drugim obiegu, pod tytułem ”Bluzg”, ukazała się swoista litania najordynarniejszych wyzwisk pod adresem Jaruzelskiego. W II obiegu ukazały się głosy, że słuszność słusznością, ale to jednak nie wypada, bo przecież ruch nasz szlachetny, patronuje nam Jan Paweł II… Z jednej strony, trudno było całkowicie odrzucić te zastrzeżenia, ale wespół z wieloma rozmówcami, czułem się współautorem tego tekstu. Była to reakcja tego ’’galernika”, który zobaczył, że wybawienie się oddala i znowu usłyszał świst bata.

A był też inny tekst, krótki, w postaci inwokacji wypisywanej na murach. W mojej pamięci, to: ”Panie generale, historia być może przyzna panu rację, ale dzisiaj ja pana p….ę !”

Historia już od pewnego czasu, z jednej strony przyznaje mu racje, z drugiej – nadal ją gwałtownie odrzuca. I tak już chyba zostanie. Chyba poza najazdem tatarskim, żadne wydarzenie w naszej historii nie ma absolutnie jednoznacznej oceny. Racje Jaruzelskiego widziałem tak samo 13 grudnia roku pamiętnego jak i dziś, kiedy nadal nie jestem w stanie ich uznać. Mimo, że moje żywione wówczas emocje mi przeszły, gdy Jaruzelski przegrał realną wojnę i zostało mu odwoływanie się do historii.

Opowiadał mi Ryszard Kapuściński, że po zakończeniu konfliktu bydgoskiego, wiosną 1981 roku, kiedy atmosfera przejściowo zelżała, generał zaprosił go, wraz z grupą krytycznych i zarazem umiarkowanych w wypowiedziach intelektualistów, na obiad. Dyskutowano, rzecz jasna, o naprawie Rzeczpospolitej. Goście zgłaszali wiele pomysłów. Gospodarz uważnie słuchał, lecz kilkakrotnie kontrował uwagą: ”…lecz jeśli spojrzeć na mapę oczami sowieckiego generała…” I pomyśleć, że władza się oburzała, kiedy Caspar Weinberger nazwał Jaruzelskiego sowieckim generałem w polskim mundurze. A sowiecki generał znajdował się w nieustannym strachu.

W dyktaturze wszyscy się boją dyktatora i dyktator boi się wszystkich. Czego się trzydzieści lat temu bała rządząca kamaryla? Dosyć przy tym zróżnicowana wewnętrznie. Jaruzelski, z tą jej częścią, która na niego stawiała, bał się trwałej utraty monopolu władzy, a może i samej władzy. Bał się też gniewu ”betonu”, czyli konserwatywnej części, a nawet większości własnego aparatu. Ci bali się tego samego co Jaruzelski, ale jeszcze bardziej niż on. Ich gniew mógł być skooperowany z gniewem Moskwy, bojącej się utraty kluczowego ogniwa obozu, jakim była Polska, a także z gniewem krajów obozu, bojących się z kolei polskiej zarazy. Ten konglomerat gniewów mógł zmieść Jaruzelskiego, a on, wiedząc z kim do czynienia, nie mógł pewnym, że skończy się tylko dymisją.

Z każdym miesiącem w obozie władzy i we władzach obozu stawało się jasne, że wyjściem jest rozwiązanie siłowe. Berlin, Praga, Bukareszt nie miały nic przeciw udzieleniu Polsce ”braterskiej pomocy”. Moskwa, w końcu 1981 roku już zdecydowanie tego nie chciała. Dużo i słusznie pisze się teraz u nas dlaczego nie chciała. Jaruzelski zabiegał o interwencję, a Moskwa odpowiadała: radź sobie sam! To prawda, ale nie cała prawda. Gdyby Jaruzelskiemu zależało na opanowaniu sytuacji przy pomocy czołgów sowieckich, byłby idiotą i samobójcą. Patrz: poprzedni akapit. To wszakże byłoby wyjście awaryjne, bo jeszcze bardziej bał się, że mu nie uda się wprowadzenie stanu wojennego. A to było brane pod uwagę przez władzę. Tę ocenę, dość oczywistą dla orientujących się w ówczesnej sytuacji, reprezentuje dziś, między innymi, profesor Antoni Dudek, którego przecież nie można podejrzewać choćby o cień sympatii dla generała Jaruzelskiego.

Do strachów dyktatorskiej władzy trzeba bowiem dodać jej stały strach przed rządzonym narodem. Wtedy straszyła ona Solidarnością na tyle skutecznie, że sama zaczęła się bać. Aktywiści partyjni na swych drzwiach zaczęli znajdować jakieś znaki. W różnych miejsca zaczęli dostawać broń. Z drugiej strony przeceniała swą siłę Solidarność. Po obu stronach można sobie było wyobrazić strajk generalny, masowe demonstracje, wojsko bratające się z ludem. I zastanawiać się jak na to zareaguje Związek Radziecki. Czy uzna, że jest w stanie tolerować to co się w Polsce dzieje, nie wiedząc co będzie dalej, czy też nolens volens jednak podejmie interwencję. I czy w nerwowej atmosferze byłoby go stać na wyważone decyzje?

Dylemat ”wejdą, nie wejdą”, ultima ratio systemu, ciążył nad całą historią PRL, a szczególnie nad całym okresem legalnej Solidarności. Jednych straszył, innych irytował jako sposób na paraliżowanie ruchów społecznych. ”S” się nie dała sparaliżować, ale było się czego bać.

Już wkrótce po 13 grudnia było jasne, że stan czerwonemu ”się udał” i wszystkie inne przewidywania okazały się nieistotne. Dziś, po trzech dekadach, wydają się nawet śmieszne. Wtedy jednak nikomu nie było do śmiechu. Ale i dziś można sobie wyobrazić tragedię bez porównania większą od tej, która miała miejsce 13 grudnia i później.

Ernest Skalski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

10 komentarzy

  1. narciarz2 2011-12-26
  2. narciarz2 2011-12-26
  3. Roman Czubiński 2011-12-29
  4. Magog 2011-12-30
  5. narciarz2 2011-12-31
  6. narciarz2 2011-12-31
  7. narciarz2 2011-12-31
  8. narciarz2 2012-01-01
  9. narciarz2 2012-01-02
  10. narciarz2 2012-01-04
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com