Jarosław Dudycz: Obozy ideologiczne Kościoła katolickiego w Polsce (cz. II)

Print Friendly, PDF & Email

mariaEcclesia2013-07-16. Wyróżniłem w pierwszej części i krótko scharakteryzowałem tzw. instytucjonalizm. Dzieli się on na dwie grupy. Pierwszą jest Kościół narodowy. To główna twarz polskiego katolicyzmu. To jest Kościół mainstreamowy, Kościół, który słyszymy na kazaniach i w telewizji, który czytamy w kościelnej prasie. Kościół Episkopatu Polski. Grupa najpopularniejsza, należy do niej najwięcej wiernych, jest ściśle związana z polską historią. Kościół narodowy pielęgnuje ideały małego romantyzmu, często prezentuje wyobraźnię mesjanistyczną, podkreśla specyficzną, niemal mistyczną rolę Polski w cywilizacji europejskiej. Wierzy w szczególne powołanie Polski do krzewienia prawdziwych wartości. Jest w zasadzie pomysłem Prymasa Wyszyńskiego, który wymyślił Kościół na miarę polskiej duszy, lawirując wspólnotą pomiędzy reformami tak, by zmienić tylko niektóre sprawy, a zarazem ocalić stare polskie przyzwyczajenia. Kościół narodowy stoi blisko partii prezentujących rozbudowany program narodowy i socjalny, domaga się silnego wpływu na te partie, chce być ich architektem. Widać tutaj, że w instytucjonalizmie rozwinięte są szeroko różne więzi i umowy, stosunki lojalnościowe; Kościół chce mieć wpływ na państwo i namaszcza swoją partię, ta partia zaś głosuje zawsze według schematu, który jej Kościół podsunie. Partia jest czujna i uważna, obserwuje zachowania biskupów, wychwytuje każdą zmianę i natychmiast się dostosowuje.

Kościół narodowy charakteryzuje się bardzo dużą rozpiętością pomysłów, jest bowiem, jak już powiedziałem, bardzo utylitarny, chwyta się każdej użytecznej strategii. Gra na klasycznych obrazkach polskiej religijności, popiera pobożność ludową, stare wzorce obyczajowe, puszcza także oko do tradycjonalistów, chcąc mieć ich w swoich szeregach, zapewnia także, że szuka dialogu ze światem. Opowiada się za tradycyjną moralnością, mówi o wierności i niezmienności nauki Kościoła, najważniejsze jednak są dla niego statystyki pobożności, liczba wiernych w kościołach.

Wyraźnie widać, że Kościół narodowy jest nastawiony na walkę o wiernych, tym samym będzie się liberalizował, zmieniał swoje emocje, byleby tylko wiernych nie utracić. Zmieni się, ale – ciągle to podkreślam – nie świadczy to wcale o dynamizmie, bowiem nie dokona się to w wolnościowym kluczu, ale w kluczu kalkulacji, z wyraźną nadrzędnością wierności władzy kościelnej. Kościół narodowy zawsze będzie dążył do tego, by dbać o dobry wizerunek w Stolicy Apostolskiej, a środowiska opiniotwórcze tego Kościoła będą popierać każdy głos biskupów. Walka o in vitro, przeciw antykoncepcji czy przeciw związkom homoseksualnym będzie trwała tak długo, jak długo będzie ona głosem oficjalnym. Jeśli kurs władzy się zmieni, to ośrodki Kościoła narodowego zmienią poglądy.

Czy kurs się zmieni? Najprawdopodobniej zmieni się, bowiem chociażby etyka seksualna – tak istotna dla Kościoła narodowego – nie jest przecież zdogmatyzowana i będzie podlegała, myślę, takim samym ruchom, jak wiele innych dawnych kościelnych przeświadczeń, na przykład o rozwoju nauki czy o różnych aspektach życia społecznego. Kwestia antykoncepcji, już dzisiaj przecież podważana przez wielu, w zasadzie wraz z całą wizją seksualności wymyśloną przez Karola Wojtyłę, może za jakiś czas dołączyć w kościelnym muzeum do dawnych poglądów na tematy przyrodnicze, etc. Głos dzisiejszej awangardy, odsądzanej przez Kościół narodowy od czci i wiary, stanie się głosem biskupów i dostosują się do niego wszyscy aktywiści Kościoła narodowego. Zmiany spodziewane w przyszłości bardzo dobrze pokazują patologię Kościoła narodowego, który dziś tych zmian w ogóle nie umie sobie wyobrazić, wszystko mógłby postawić na to, że nie trzeba tego w ogóle brać pod uwagę, nie potrafi też dostrzec, że w przyszłości uzna zmiany tak samo ślepo, jak dziś sprzeciw wobec nich.

Dobrym przykładem oportunizmu tej grupy niech będzie reakcja na abdykację Benedykta XVI. Biskupi rozpływali się nad jej mądrością i głębią, gdy przecież kilka lat wcześniej mocno przeżywali dzielne trwanie Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej, nazywając je szczytem heroizmu. Zostać na urzędzie mimo chorób i niedomagań a odejść – to są dwie skrajne postawy, pomiędzy którymi rozciąga się przepaść w rozumieniu biskupiego powołania.

Dla polskich hierarchów takie kwestie nie mają jednak znaczenia, liczy się tylko to, czy chwali się władzę dostatecznie głośno, niezależnie od tego, jaką podejmuje decyzję. Zabawnym przykładem jest również rozpływanie się nad skromnością papieża Franciszka, który znacząco upraszcza kościelne środki wyrazu, kiedy wcześniej mocno broniono rozbudowanej oprawy pontyfikatów. W tej chwili Kościół narodowy chce sprawić wrażenie, że linia papieża Franciszka to jest w istocie linia Kościoła od wielu już lat. Mamy tu do czynienia z przykrą hipokryzją: Benedykt XVI wyjął z lamusa wiele szat i obrzędów i – jako wybitny znawca kościelnych znaczeń – głęboko przeżywał ich symbolikę, teraz, w dobie minimalizmu Franciszka, udaje się, że stare przyzwyczajenia Benedykta nie grały roli. Zupełnie nie dziwię się zatem tradycjonalistom, którzy przebąkują o tym, że Kościół zdradził całą pracę i wizję Ratzingera.

Zaryzykuję stwierdzenie, że ludzie instutucjonalnej formacji wyznają rozmaite poglądy nie dlatego, że głęboko rozumieją i uzasadnili sobie doktrynę katolicką, ale tylko dlatego, że w tej chwili w Episkopacie Polski dominuje taki a nie inny dobór tematów, decyzji i perspektyw. Instytucjonaliści płyną z prądem, byleby tylko utrzymać rząd dusz, i każdą zmianę umieją sobie wytłumaczyć magicznym pojęciem zmian wiernych tradycji. To zwykła nowomowa, która ma uzasadnić oportunizm i koniunkturalizm.

Kościół narodowy w ogóle nie przeżywa tradycji Kościoła, ale kroi ją do swoich celów i robi to tylko do pewnego momentu. Nadrzędną wartością dla instytucjonalistów nie jest wcale skarbiec Kościoła, ale słowa biskupa Michalika. Gdyby jutro biskup Michalik ogłosił, że nie trzeba tak radykalnie walczyć przeciw związkom homoseksualnym, to autorzy przychylni Kościołowi narodowemu pisaliby felietony za tolerancją. Można zatem powiedzieć, że Kościół narodowy jest Kościołem urzędowym, Kościołem aktów prawnych, pism, listów Episkopatu, ciągłej wymiany dokumentów. Kościołem niebywałej aktywności publicystycznej. Kościołem, który chce być przewodnikiem społecznym i chce stanowić o ludziach, i bez przerwy bombarduje ich instrukcjami, co mają czuć i myśleć.

Kościół narodowy ma swoje specyficzne fetysze. To głównie mit Jana Pawła II. Tradycjonaliści są wobec Jana Pawła II raczej krytyczni, mają kilka zastrzeżeń, zarzucają mu rozprężenie liturgiczne czy także popisowy widowiskowy ekumenizm, oparty wyłącznie na czczych gestach do niczego nie prowadzących, instytucjonaliści mają natomiast Jana Pawła II za wzór i świętość, za główną strategię duszpasterską. Janem Pawłem II bombarduje się ludzi, każde zdanie papieża jest obowiązujące, studiów krytycznych w zasadzie nie rozwija się. Widać tu, że Kościół narodowy konstytuuje się przez hasła i fascynacje, poprzez zrywy, uwielbia głośne i nachalne przywoływanie tematów sakralnych, choćby było to ledwie przywołanie właśnie, a nie poważna refleksja. Mit Jana Pawła II świetnie się do tego nadaje.

Istotną cechą Kościoła narodowego jest także absolutny brak dyscypliny teologicznej. Nie wiadomo w ogóle, co biskupi myślą o wielu zagadnieniach (natomiast zawsze wiadomo, co myślą o seksie),  nie wiadomo, czy znają literaturę kościelną, czy przejmują się kościelnymi filozofami i teologiami. Nie odwołują się do nauczania w sposób kompleksowy, a robią to – jak to już zostało zasygnalizowane, gdy była mowa o stosunku do tradycji – instrumentalnie. Nie mają żadnego dobrego aparatu teologicznego, nie są w stanie powiedzieć, czy Sobór Watykański II w ogóle u nas wszedł w życie. Byle jak zreformowano liturgię, zaniedbując formację liturgiczną wiernych, wielu zmian w ogóle nie wprowadzono, zwłaszcza w materii życia wspólnotowego. Wolano sprawdzone, bogoojczyźniane wyobrażenia, wiele dyskusji nigdy się nie odbyło. Sporo zmian soborowych przebiegło na zasadzie improwizacji.

Kościół narodowy jest także piewcą różnego rodzaju duchowych sensacji, bardzo lubi ogłaszać cuda i niesamowite zdarzenia, tropi rozmaite duchowe zagrożenia, ostatnio rozmiłował się w egzorcyzmach. Takie wydarzenia – choć są to sprawy skrajnie subiektywne, w ogóle nie sposób tego zweryfikować i łatwo to zredukować – rozpalają wyobraźnię Kościoła narodowego i uchodzą za pewny znak istnienia Boga. To dążenie do pokazania, że Bóg na pewno jest i tylko głupcy mogą mieć wątpliwości, jest zresztą największym upodobaniem Kościoła narodowego. To środowisko urządza wielką, zorganizowaną akcję na rzecz promowania życia religijnego, wciska Boga w każdą szczelinę, frymarczy świadectwami ludzi, chce pokazać, że wiara jest łatwo dostępna i jest tysiąc powodów, by wierzyć. Absolutnie Kościół narodowy nie chce przyjąć do wiadomości, że materiał, którym operuje, jest łatwo podważalny i, najzwyczajniej w świecie, tandetny, grubymi nićmi szyty. Kościół narodowy trywializuje dialog i wszelkie sygnały agnostycyzmu czy ateizmu uważa za niepoważne albo nawet grzeszne.

Teologiczną hucpę widać choćby w tzw. cudzie eucharystycznym w Sokółce. To sztandarowe dzieło Kościoła narodowego ostatnich lat. Tkanka znaleziona na hostii jest źródłem wielkiego ożywienia i ma podobno potwierdzać obecność Jezus w chlebie eucharystycznym, sęk w tym, że piewcy tej historii zupełnie zapominają, że nauka o Eucharystii, wyłożona przez Tomasza z Akwinu, stoi w sprzeczności z próbami materializowania obecności Jezusa w hostii. Obecność Jezusa, zdaniem Akwinaty, jest realna, jednak jest to realizm sakramentalny, nie fizyczny. Kościół narodowy w ogóle zdaje się takich zagadnień nie pojmować i nie ma w ogóle w tym obozie osób chętnych do analiz teologicznych poświęconych temu tematowi.

Mimo że nie do końca ma kontakt nawet z własną teologią, Kościół narodowy próbuje uprawiać naukę. Spotyka się z naukowcami, organizuje sympozja, konferencje, dyskusje panelowe. Odkąd Jan Paweł II napisał encyklikę „Fides et ratio”, Kościół w Polsce ma obsesję dialogu z nauką, chce pokazać, że światy wiary i nauki się nie wykluczają. Sęk w tym, że te dwa światy w Polsce niczego sobie do powiedzenia nie mają, wszelkie ich spotkania są próżne i nudne, naukowcy operują danymi i dowodami, a Kościół snuje metapoziomowe refleksje i na żadne pytanie nie udziela precyzyjnej odpowiedzi. Spotkania polskiego Kościoła ze światem nauki są w dużej mierze wyłącznie kurtuazyjne.

Jak widać, cechą zasadniczą Kościoła narodowego jest chaos i rozgardiasz, brak porządnego zaplecza intelektualnego, mieszanina stylów i smaków. Środowisko to chce pomieścić jak najwięcej treści w sposób jak najbardziej skondensowany, chce mieć przede wszystkim kontrolę nad jak największą ilością ludzi.

Dlatego powiedzieć należy, że zasadniczą cechą Kościoła narodowego jest pyszne przekonanie, że musi skomentować każdą rzecz, jaka się w świecie wydarza. Ale skomentować i ocenić, a niekoniecznie pojąć. Nie wchodzić w interakcję, ale podjąć misję proroka i przewodnika. Kościół narodowy nie jest przy tym zupełnie świadomy, jak często zmieniają się mu preferencje. Wydaje się się mu, że ciągle jest jednakowy, tymczasem dryfuje.

Jest jednak Kościołem statycznym, bo nigdy nie wyjdzie poza inercję, nie ruszy na własnym biegu, odważnie i akcentując wolność, ale ciągle będzie przeświadczony o swoim monolitycznym charakterze, wiarę w który wciąż podtrzymuje nic nie znaczącym, absolutnie bezsensownym zdaniem, że dziewięćdziesiąt procent Polaków to katolicy. Kościół narodowy wierzy w mnóstwo zdań tego rodzaju. Jest też Kościołem przesądów i obsesji, bardzo zależy mu na wielkości, mówi o zagrożeniach tej wielkości i o jej wrogach, popularne są w nim na przykład antysemickie klisze.

Kolejną odmianą instytucjonalizmu jest ruch charyzmatyczny. Stoi on, jak będzie za moment widać, w ścisłej korelacji z Kościołem narodowym, jest przez mainstream wspierany i jest jednym z jego pomysłów na rząd dusz i ewangelizację, warto go jednak wymienić osobno, bo posiada swoją specyfikę. Zakwalifikowanie ruchu charyzmatycznego do Kościoła statycznego może wydać się niektórym niespodzianką, wszak wspólnoty tego rodzaju żywo kojarzą się ze zmianami i nową jakością w Kościele, przywodzą na myśl reformy Vaticanum II, wydają się otwarte i skłonne do uczciwego, życiodajnego przeobrażania Kościoła. Dlaczego zatem zostały przeze mnie zakwalifikowane do jednej rodziny z tradycjonalizmem i Kościołem narodowym?

Otóż ruch charyzmatyczny, wpuszczony do katolicyzmu po posoborowej odnowie z nurtu zielonoświątkowego,  charakteryzuje się postawą dającą się jakoś skojarzyć z fideizmem, który ma niezwykle statyczny – i w tej statyczności  uciążliwy – charakter prowadzący do niebezpieczeństwa radykalizmu. Ten swoisty fideizm, typowy dla mentalności protestanckiej, zwłaszcza może dla wszystkich tych ewangelikalnych wspólnot amerykańskiej (tzw. drugiej) reformacji, polega na uznawaniu wiary za kluczową przestrzeń decyzyjną i poznawczą. Ruch charyzmatyczny po prostu wierzy w Jezusa, uznaje go za swojego Pana, głosi ekspresyjnie, bardzo emocjonalnie, że Jezus jest i działa. To wszystko. Żadnych argumentów, żadnych refleksji, żadnego namysłu.

Zawiódłby się ten, kto by oczekiwał od ruchu charyzmatycznego wyjaśnień i pogłębionych analiz. Ruch charyzmatyczny – dla niego to jest dotknięcie mocy Bożej, dla postronnego obserwatora arbitralna decyzja nie mająca żadnej wykazywalnej racji – przyjmuje sobie, że Bóg przychodzi i zmienia życie, i wypełnia je rozmaitymi cudami i wyzwoleniami. Charyzmatycy kierują się iście magicznym przeświadczeniem, że spotyka ich wielkie dzieło Boga, a na wszelkie sygnały, że łatwo to zredukować i wymienić tysiąc innych możliwych przyczyn ich sytuacji, oskarżają rozmówcę o małą wiarę, o to, że niedostatecznie się otworzył na Boże dzieło, że ma zamknięte serce, że za mało pragnie Boga, etc. Ruch charyzmatyczny jest w zasadzie silnie aprioryczny, Boga ma w punkcie wyjścia i wszystko, co muszą zrobić jego członkowie, to zaakceptować ten stan rzeczy.

Ruch charyzmatyczny jest niezwykle emocjonalny. Szuka znaków i znajduje je we wszystkim. Każda drobna sprawa, zmiana humorów, nowe wydarzenie, pojawienie się nowej sytuacji – są odczytywane jako przejaw Bożego działania. Charyzmatycy posługują się algorytmami, nie są w stanie spojrzeć na świat z dystansu, niejako założyli sobie, że mechanizmy rzeczywistości są proste. Ich postawa poznawcza jest mało nośna, charakteryzuje się brakiem samodzielności, zakorzeniona jest w mocnych mechanizmach grupowych. Poglądy ściśle zależą od zdania animatorów i duchowych opiekunów. Za punkt odniesienia służą osobiste świadectwa, za podmiot sprawczy których uchodzi oczywiście Bóg. Charyzmatycy nie są zupełnie w stanie odpowiadać na pytania uniwersalne, dotyczące obserwowanych spraw świata i historii, w zasadzie nie mają pytań o istotę rzeczy, nie niuansują, są zaprogramowani do bezkompromisowej wiary w to, że Bóg działa w ich życiu. Nie interesuje ich więc skala globalna problemów, różne sprzeczności i nieścisłości, które w świecie widzimy, interesuje ich tylko to, czy dostatecznie mocno wierzą Jezusowi i czy dostatecznie wyraziście na niego stawiają.

Duchowość charyzmatyczna najpełniej doszła ostatnio do głosu na Stadionie Narodowym. Wspólnoty charyzmatyczne mocno wierzą w takie wydarzenia, wierzą w cuda, w masowe wylania łaski, w uzdrowienia. Wierzą, że na każdym kroku działa Bóg, wystarczy tylko się na jego moc otworzyć. To mocne postawienie na postawę „wystarczy uwierzyć” sprawia, że charyzmatycy są bardzo radykalni w swoim światopoglądzie, prezentują nierzadko postawę moralną twardszą i mniej zniuansowaną niż tradycjonaliści, mają bardzo wąskie spektrum możliwości. Przypomina to mocno ich protoplastów znanych z amerykańskiego krajobrazu. Wiara w Jezusa wymaga ścisłego podporządkowania mu każdej sfery życia, Jezus chce od charyzmatyków ich serc i ich przekonań. Charyzmatycy są purytańscy, bardzo ściśle regulują sprawy związków, tworzą prawdziwą inżynierię społeczną. Kandydaci na partnerów muszą być ściśle sprofilowani, oczywiście o tej samej duchowości, reprezentujący ten sam system wartości. Mamy tu do czynienia – choć mówi się, że idzie tu o najwyższe wartości – z uprzedmiotowieniem człowieka, znaczy on mniej niż przyjęte zasady, każda inność jest przyjmowania niechętnie.

Ruch charyzmatyczny jest sztuczny i elitarny. Nie ma tam pluralizmu, niechętnie się przyjmuje odmienność, wszelkie próby rozmowy krytycznej kończą się odepchnięciem. W grupach obowiązuje ścisła hierarchia, nie każdy jest tak samo wtajemniczony, liderzy mają najwięcej do powiedzenia, mogą różne rzeczy sugerować, ich zdanie nie podlega dyskusji. Jako że mówimy o materii wiary, a więc nieweryfikowalnej, a chęć dominacji w grupie jest czymś zupełnie realnym i wymiernym, tym samym dochodzi w ruchu charyzmatycznym do nadużyć. Sugeruje się słabiej wprowadzonym, co powinni robić, czego by od nich Bóg oczekiwał, proponuje się im kierownictwo duchowe, uzurpuje się prawo do analizowania czyjegoś życia. Oferowane dobro – rozwój duchowy – jest w ogóle niefalsyfikowalne, tym samym bardzo łatwo o manipulacje. Tworzą się przez to w ruchu charyzmatycznym rozmaite podgrupki i stronnictwa, ciągle się komentuje życie innych, wszystkiemu towarzyszy nastrój quasipsychoterapeutycznej sesji.

Grupy takie skierowane są do ludzi z problemami osobowościowymi, zagubionych, przeżywających liczne kryzysy, nie dość uformowanych intelektualnie. Ludzie tacy zostaną w grupie dowartościowani, wysłuchają bardzo przyjemnych i budujących zdań na swój temat, wejdą jednak w ten sposób w ścisłą zależność od liderów grupy. Będą musieli przyjąć w pełni ich ofertę duchową, a niechęć do używania rozumu, nawoływanie do patrzenia wiarą, nie pozwolą w ogóle sprawdzić uczciwości animatora. Tym samym obecność we wspólnotach spod znaku ruchu charyzmatycznego jest niezwykle angażująca, zawiła, wieloletnia, pełna kryzysów.

Wielkim problemem w rzetelnej ocenie ruchu charyzmatycznego jest eksponowanie przez charyzmatyczne wspólnoty na potrzeby publikacji, audycji czy dyskusji ludzi światłych, sprawiających dobre wrażenie, wykształconych i komunikatywnych. Ma to spowodować w odbiorcy przeświadczenie, że ruch charyzmatyczny jest bardzo cywilizowany i mądrze służy rozwojowi. Pomija się jednak w taki sposób warstwy niższe tego ruchu – a przecież tu właśnie leży punkt ciężkości! – zindoktrynowanych, uzależnionych od grupy nastolatków i studentów, którzy podążają za przywódcami jak bezwolne owce, mają rozstrojone emocje, słuchają wiernie wszystkich zaleceń, wierzą w szczególne powołanie liderów i godzą się na fideistyczne podejście do świata, byleby tylko zyskać poczucie towarzystwa i sensu. Nie dziwi więc, że z powodu takich metod wielu autorów oskarża te wspólnoty o stosowanie instrumentarium sekciarskiego i wytwarzanie toksycznych więzi.

Zdarza się w ruchu charyzmatycznym przyjmowanie biblijnej, apokaliptycznej narracji, uzależnianie historii świata od religijnej wyobraźni. Oto Pan przyjdzie, czasu coraz mniej, trzeba działać, trzeba się nawracać, trzeba werbować innych, pokazywać im Jezusa z całą determinacją. Taka postawa czyni ruch charyzmatyczny niezwykle zapalonym i aktywnym, obecnym w wielu miejscach, nie marnującym czasu.

Ta aktywność sprawia, że ruch charyzmatyczny jest obecnie najmilszym dzieckiem Kościoła narodowego, który w pełni korzysta z jego możliwości. Kościół narodowy, jak już zostało powiedziane, kieruje się przeświadczeniem, że każda metoda pozyskiwania wiernych jest dobra, tym samym żywo popularyzuje ruch charyzmatyczny, popiera jego liderów i ich utensylia, widząc, że rzeczywiście ściągają one wiernych, zwłaszcza młodzież. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że Kościół narodowy w pełni się zrósł z emocjonalnością grup charyzmatycznych, przyjął ich styl bycia i popiera mocno fideizm. Niech świadczy o tym potrzeba cudów i różnych duchowych sensacji, a także propagowanie masowych wydarzeń, które mają na celu głośne, bezrefleksyjne manifesty religijne. Kościół narodowy czuje, że takie postępowanie bardzo się opłaca.

Postawię zatem na końcu taką tezę, że kluczowe dziś ośrodki opiniotwórcze Kościoła narodowego pomału mocno ulegają ewangelikalnym, neoprotestanckim wzorom. Ważne kościelne fora stają się coraz częściej oazą różnej maści charyzmatyków, entuzjastów różnych duchowych rewelacji. Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że nasz kościelny instytucjonalizm upodabnia się w pewnych obszarach do amerykańskiego radykalizmu religijnego.

Warto poświęcić jeszcze słowo ruchom nacjonalistycznym w instytucjonalizmie. Jak już powiedziałem wcześniej, ruch narodowy przewija się przez cały Kościół statyczny, ma inklinacje tradycjonalistyczne, ale przede wszystkim jest mainstreamowy, wspiera Kościół narodowy, jest przywiązany do głównego głosu biskupów. Wyżej, myślę, w jakiś sposób oddano te miejsca Kościoła narodowego, które mogą być miejscem krzewienia idei nacjonalistycznych, nie trzeba więc chyba tego uszczegóławiać w osobnym akapicie.

W kolejnej części tekstu zacznę przyglądać się Kościołowi dynamicznemu.

Czytaj pierwszą część: Jarosław Dudycz: Obozy ideologiczne Kościoła katolickiego w Polsce (cz. I)

Jarosław Dudycz

Weź udział w naszej ankiecie

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 4.8/10 (21 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: -3 (from 15 votes)
Jarosław Dudycz: Obozy ideologiczne Kościoła katolickiego w Polsce (cz. II), 4.8 out of 10 based on 21 ratings

12 komentarzy

  1. Czajtel 2013-07-16
  2. Jerzy Łukaszewski 2013-07-16
  3. obirek 2013-07-17
    • Jarosław Dudycz 2013-07-17
      • obirek 2013-07-17
  4. bisnetus 2013-07-17
    • Jarosław Dudycz 2013-07-17
  5. marval 2013-07-17
    • Jarosław Dudycz 2013-07-17
  6. ANDRZEJRAKOWSKI 2013-07-18
  7. Jarosław Dudycz 2013-07-27
  8. grzegorz 2014-01-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com