Do ministra skarbu

Niedługo po Nowym Roku Miesiąc będzie już miesiąc od dnia, kiedy wieść poszła w mediach, że ABW aresztowała członka zarządu Orlenu Marka S. pod zarzutami łapówkarstwa. Mija ten miesiąc i nic. Pytamy więc ministra skarbu naszego, dlaczego nie przyjął jeszcze dymisji prezesa tej spółki? Bo, że prośba o dymisję do ministra natychmiast wpłynęła , to czytając w mediach o cnotach i wszechstronnych przymiotach prezesa – wątpliwości mieć nie możemy.

Stała się rzecz niesłychana. Jeden z szefów największej polskiej firmy połakomił się – zdaniem służb państwa – na brudne pieniądze. Widocznie było mu za mało po kilkunastu już latach na wysokich i najwyższych stołkach w polskim metalowym, stalowym i aluminiowym biznesie. Czyżby Orlen pod knutem ministra płacił mniej niż huty i odlewnie? Sięgnęliśmy do źródła – do rocznych raportów PKN-u, i gdy je kartkujemy, znowu mina rzednie.

Korzystaliśmy już kiedyś z tej skarbnicy, więc wiemy, że było dobrym zwyczajem wprowadzonym w czas słynnej „afery” i sejmowej komisji ds. Orlenu, że firma ta rozliczała co roku starannie i po nazwisku apanaże wszystkich członków jej władz i najwyższego kierownictwa. Wiadomo więc było, ile zarobili w danym roku i z jakich tytułów prezes, wiceprezesi, zwykli członkowie zarządu, przewodniczący rady nadzorczej i jej członkowie. Wydawało się zatem, że wystarczy sięgnąć do raportów rocznych za 2008, 2009 i 2010 rok, żeby sprawdzić, czy Marek S. nie był czasem przez przełożonych finansowo krzywdzony lub wręcz sekowany, co byłoby usprawiedliwieniem wielkiego stopnia jego niechybnej desperacji.

Gdy idzie o 2008 r., czyli jego pierwsze miesiące w spółce – nie ma problemu. Marek S. pobrał z kasy koncernu kontrolowanego ściśle przez państwo (za pośrednictwem ministra skarbu i jego nominatów w radzie nadzorczej) marny 1 milion 151 tysięcy, czyli drobne 164 tysiące miesięcznie. Jego szef w nie pierwszej już spółce – Dariusz Krawiec uciułał nieco tylko więcej, bo 1 milion 437 tysięcy, tj. 205 tysięcy przez każdy z siedmiu w tymże roku miesięcy sprawowania funkcji w zarządzie.

Po prawdzie rok 2008 był jednak pod wieloma względami nietypowy. Kierowało w nim Orlenem aż 3 prezesów. Jeden został najpierw zawieszony, a z końcem kadencji w czerwcu – odwołany za publiczne spory z ministrem. Drugi, który wygrał konkurs, nie pobył na tym stołku długo. Tak się w szybkiej rozgrywce na zardzewiałe szpadle stało, że rządy objął Dariusz Krawiec i jego podopieczni, a w tym Marek S. Wszyscy, łącznie z prezesem – mianowańcy, wyznaczeni na najwyższe w Polsce biznesowe stołki poza wymaganym (tak przynajmniej w rządzie i ministerstwie stale piszą i mówią) konkursem.

Nachylamy się w naszym Studio (nietuzinkowych Opinii) nad kolejną „półką” w Internecie – tą na której umieszczono raport finansowy Orlenu za rok następny – 2009. Kartkujemy opasły dokument dokładnie i pilnie, a tam zamiast szukanych z wypieczonym licem indywidualnych danych – „zbioróweczka” oznajmiająca, że pięcioosobowy zarząd otrzymał w 2009 r. wynagrodzenia łączne w wysokości złotych 14 milionów i 358 tysięcy. W następnym roku jest podobnie. Są przebiegłe zmiany w prezentacji, które miałyby świadczyć o płacowym umiarkowaniu zarządu, ale nadal nie wiemy ile kto zarobił.

W świetle dobrego obyczaju i zasad, o których grzmią od 4 lat krajem rządzący, nie widać przyzwoitego powodu, dla którego Marek S. i jego koledzy z zarządu Orlenu odrzucili normę wyznaczającą obowiązek publikowania wysokości wynagrodzeń każdego z członków władz spółek z udziałem skarbu państwa. Dziś wiemy tylko, że średnio otrzymali dwa lata temu po prawie 3 mln zł (240 tys. zł miesięcznie), a za 2010 r. prawdopodobnie po niemal 3,4 mln każdy (ponad 280 tys. zł miesięcznie).

Z niewiedzy i przydanego nam miłosierdzia musimy więc w sytuacji braku wiarygodnych danych założyć, że Marek S. był bardzo dyskryminowany pod względem wynagrodzeń, bo tylko to przychodzi nam do głowy na wytłumaczenie jego domniemanych, bo nie osądzonych jeszcze zbrodni.

Był minister, który nazywał się Ćwiąkalski i który za nie swoje winy pożegnał się bardzo szybko z urzędem. Był wicepremier Schetyna, którego nikt o nic nie podejrzewał, a musiał w końcu zostać marszałkiem. Były setki takich, których nazwisk publiczność już w ogóle nie pamięta, a odeszli w ciszy i niesławie po wyczynach swoich podwładnych.

Panie ministrze Budzanowski, wyznacza Pan nowe cele wielkim państwowym spółkom energetycznym – czytamy w wywiadzie dla Rzeczpospolitej. Jedna z nich, ta największa, najważniejsza i najbardziej zasobna, w dodatku międzynarodowa, działa nadal pod kierownictwem, które nie ustrzegło jej przed najgorszym w biznesie bezeceństwem. Ministrze! – Oszczędź Pan dłuższego wstydu człowiekowi, pod którego pieczą doszło do skandalu, za który sam premier musi się czerwienić. Przyjmij dymisję prezesa Orlenu, a także innych członków obecnego zarządu, którzy też przecież poczuwać się muszą do wielkiej winy i którzy sami przestali wierzyć, że ima się ich jeszcze jakakolwiek wiarygodność.

Studio Opinii

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Jedna odpowiedź

  1. super-senior 2011-12-29