Cezary Bryka: Sylwestrowy zegar z kukułką

Niegdyś zapamiętały imprezowicz, dziś domator, spośród wszystkich sylwestrowych doznań najbardziej lubię poczucie, że niemal przez całą dobę z jednego końca świata na drugi, od Nowej Zelandii po Alaskę, z miasta do miasta, ze strefy do strefy  przetacza się nade mną fala balów i spotkań, wiwatów i życzeń. Ta atmosfera mnie tak wciąga, że już-już zacząłbym wiwatować…

Niestety, mniej więcej w połowie tego szaleństwa, kiedy TO jest u nas i nasze zegary zaczynają wybijać północ a naród pada sobie w objęcia, mój entuzjazm przemienia się w szatański chichot. Rok w rok w tym uroczystym momencie przypomina mi się żart…

W Związku Radzieckim ogłoszono ogólnopaństwowy konkurs na projekt zegara z kukułką. Drugie miejsce zajął zegar, z którego o każdej pełnej godzinie wyskakiwała kukułka i wołała: „Lenin! Lenin”! Pierwsze miejsce zajął zegar, z którego o każdej pełnej godzinie wyskakiwał Lenin i wołał: „kuku! kuku!”

Zmiana ostatniej cyfry w dacie kojarzy mi się głównie z poprawianiem pomyłek podczas wypełniania kwestionariuszy, które zawsze mogą spaść obywatelowi na łeb niby obluzowane dachówki.

Postanowienia noworoczne? Mam jedno, za to niezniszczalne bo choć zawsze udaje mi się go dotrzymać – mogę je podejmować co rok na nowo. A brzmi: żadnych postanowień! Oczywiście jeszcze przyjemniej byłoby postanowić np. ze będę nadal palił po 40 papierosów dziennie, ale co ja zrobię, jeśli mi się odechce?

Nie chciałbym się postawić w sytuacji tych, którzy co rok podejmują szlachetne postanowienia, w połowie roku zaczynają odczuwać frustrację z powodu ich niewypełniania, mniej więcej w listopadzie pogrążają się w poczuciu winy, w okolicy Bożego Narodzenia tracą poczucie własnej wartości, a w Sylwestra znów postanawiają. Najczęściej to samo. Wcale mi ich nie żal.

Żal mi natomiast tych, których w mijającym roku spotkało coś tak złego, że nie wierzą już w żadną poprawę losu. Mam dla nich opowieść, z której wynika, ze nawet najgorszy los może się odwrócić i to w całkiem niespodziewanym momencie.

Pamiętacie Izaaka, kochani? Po Świętach pisałem o jego wyjeździe z Polski, ale na wszelki wypadek przypominam, kim był Izaak Lichtenbaum.

Z tego pisania można było wyciągnąć wniosek, że Izaak nieodwracalnie stał się przeszłością. To nieprawda.

Kiedy wyjechał, istotnie straciliśmy z nim kontakt, nie wiadomo było nawet, czy żyje.

Nagle, w połowie lat dziewięćdziesiątych, przypadkiem dowiedziałem się że tak, żyje, mieszka w Jerozolimie, pracuje w zawodzie i nawet  bywa czasem w Polsce. Znajomego, który był z nim w kontakcie, poprosiłem o przekazanie Izaakowi gorących pozdrowień ode mnie i ucałowań od mojej matki. Mama również pracowała kiedyś z Izaakiem i równie jak ja go lubiła.

I proszę: już po kilku miesiącach pan Lichtenbaum niespodziewanie stanął w naszych drzwiach. Ot, po prostu wpadł do nas na herbatkę. W końcu minęło najwyżej 30 lat od ostatniego spotkania…

Herbatki mojej mamusi nalewało się raczej z flaszki, niż z imbryka.

Było mnóstwo wspomnień i śmiechu, było i kilka całkiem jawnych łez. Żeńskich i męskich, bez nijakich. Nasza rodzina nie należała do milczących, z pewną dozą samokrytycyzmu nazwałbym nas nawet gadatliwymi, jednak tym razem pogrążyliśmy się w milczącym zasłuchaniu. Opowieści Izaaka były, jak dawniej, niezwykłe. Jedna z nich wydaje mi się terapeutyczna.

Pojechał do Izraela w ciemno, nie miał układów, nie znał hebrajskiego (polscy Żydzi mówili w jidysz). Po długim, bardzo ciężkim czasie załapał się na pracę mikrofoniarza w jerozolimskiej telewizji (wyjaśnienie: realizator dźwięku to absolwent specjalistycznych studiów wyższych, odpowiadający pod każdym względem za jakość fonii w danym programie. Mikrofoniarz, to technik, wykonujący jego polecenia)

Pracował od niedawna, kiedy jego stacja miała transmitować na żywo wielki plenerowy koncert muzyki narodowej, podczas którego spodziewano się na widowni najważniejszych osób w państwie, z prezydentem włącznie.

Izaak nie bardzo znał tę muzykę, ale przecież miał tylko grzecznie stawiać mikrofony gdzie każą, reszta go nie dotyczyła. Odbyła się próba generalna, koncert miał się zacząć dopiero za godzinę.

Realizator dźwięku, znany i ceniony – praca przy takiej imprezie jest zaszczytem – korzystając z przerwy, skoczył do szpitala odwiedzić oczekującą porodu żonę.

Przerwa się kończyła, dźwiękowiec nie wracał.

Orkiestra zaczęła stroić instrumenty, dźwiękowca ani śladu.

Zrobiło się nerwowo: przy takiej widowni nie można było opóźniać rozpoczęcia ani o minutę.

Nagle ktoś z ekipy zawołał:

–  Ludzie, mamy tu tego z Polski, podobno był realizatorem, niech siada i zaczynajmy!

Tłumaczyli to polecenie Izaakowi na wszystkie możliwe języki, ale nie mógł zrozumieć.

Poszczególne słowa owszem, rozumiał, ale nie to, że już po tygodniu z takim trudem zdobytej pracy będzie musiał dać się wyrzucić. No bo jak miał się zgodzić? Od dłuższego czasu był poza zawodem, poza tym nie znał tej muzyki i nie miał czasu na przejrzenie partytury. Czyli trzeba powiedzieć „nie” – i do widzenia!

Nagle pomyślał: „ty nie bądź taki subtelny dureń, Lichtenbaum. Tak samo cię wyrzucą jeśli ty to zrobisz, jak jeśli nie zrobisz. To ty się naciesz ostatni raz w życiu, zanim umrzesz z głodu”.

Siadł za konsoletą.

Na szczęście wiedział gdzie stoją mikrofony, ale to było jedyne, co wiedział. Kombinował, słuchał, kątem oka obserwował, co robi wizja. Starał się pracować jakby dla siebie, żeby samemu słyszeć to, co go interesuje. Zakładał możliwość, że słuchaczy zainteresuje to samo.

Wreszcie koncert się skończył. Izaak właśnie zamierzał spokojnie dostać należnego ataku serca, kiedy poczuł potężne walnięcie w plecy. Powtykał odbite płuca i nerki na ich właściwe miejsca, następnie obejrzał się, żeby sprawdzić, kto zmienił mu przyczynę zgonu. Stojący za nim, uśmiechnięty od ucha do ucha realizator dźwięku zawołał:

–  Mazeł tow! Córka!

W ten sposób Izaak za jednym zamachem wrócił do zawodu i urodził koledze dziecko.

Jeśli wypędzony polski Żyd,  który znalazł się na obcej ziemi jako niemłody człowiek bez pieniędzy, koneksji i znajomości języka, zdołał wrócić do ukochanego zawodu i osiągnąć w nim wysoką pozycję – to żadna sytuacja nie jest beznadziejna.

Potrzeba tylko talentu, determinacji i poczucia humoru.

I właśnie tego wszystkim życzę.

Cezary Bryka

nienalezna.pl

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)